niedziela, 3 maja 2015

Rozdział XX

Zaczęło się od zmarłych...
                Najpierw pojawiali się zupełnie jej nie znani herosi, zmarli w pożarze Hacjendy... Mieli pretensje do niej, że to z jej winy nie żyją. Przecież to nie jej wina!

                Potem było tylko gorzej...
                Przychodzili do niej ludzie, którzy spłonęli w dzień jej siedemnastych urodzin... Wywoływali jeszcze większy ból. Pamiętała każdą chwilę tego okropnego dnia... Czuła też ich ból. Każdego z osobna.
                Nyks przychodziła co jakiś czas śmiejąc się z jej żałosnych prób pozbycia się duchów. Pogorszyła jeszcze sprawę uświadamiając jej, że dziś mija osiemnasty rok jej życia (nie licząc lat spędzonych jako gwiazdozbiór).
                - Ty przeklęta ladacznico! - wrzeszczał jeden z duchów. Gdy uniosła głowę zobaczyła, że to jej były narzeczony. - To wszystko twoja wina! Przez ciebie cierpieliśmy w naszych czasach, a teraz z twojej winy cierpią ludzie żyjący teraz!
                Łzy zaczęły jej płynąć jeszcze mocniej.

                Niech herosi się pospieszą. Z każdą chwilą Nyks coraz bardziej, i coraz boleśniej próbowała wtargnąć to umysłu Marceline... Nie wiedziała ile jeszcze wytrzyma...

***
Will

                Pół roku. Wytrzymał tu pół roku zdobywając akceptacje i szacunek Cieni. Wytrzymał pół roku bez widzenia Mar w lochach. Rillianne mówiła mu że cierpi. Że Nyks jest coraz bliżej opętania jej. Że wariuje. Że Cienie ją głodzą. Że biją.
                Wiedział, że robi to specjalnie, ale widział też, że nie kłamała. Czasem w nocy, gdy cała kwatera była pogrążona w ciemnościach, tylko kilkoro półbogów miało warty, słyszał jej krzyki. Słyszał jej błagania o litość, o pomoc. Zdarzało się też, że wołała jego imię. Wołała go, by ją uratował, by wybawił ją od tych cierpień. Ile razy miał ochotę po prostu rozwalić ten budynek, wyciągnąć stamtąd Marceline i uciec gdzieś daleko...
                Ale jednak wszystko szło zgodnie z planem i nie mógł tego zrobić. Cienie zaczynały mu ufać, stał na wysokiej pozycji jako brat Mroku, poznawał sekrety tej organizacji. Wiedział już jak niepostrzeżenie otworzyć bramy i podziemne przejścia, by herosi z Hacjendy mogli dostać się tutaj. By zniszczyli to przeklęte miejsce.
                Na razie herosi przybywali pojedynczo, czasem parami. Niektórych Rillianne znała i wiedziała, że uczyli się w Hacjendzie Grizzelda, niektórych nie kojarzyła, ale w tym uczuciu nie była odosobniona, bo Will jednej czwartej herosów w życiu na oczy nie widział. Najwyraźniej dyrektor zawarł umowy z innymi szkołami dla Herosów. Wszyscy w jakiś sposób dawali Willowi znak, że są z nim sprzymierzeni. Aktualnie było ich około piętnastu. Piętnastu herosów, przeciwko tysiącu Cieni... Wiedział, że musi czekać, aż Mar podda się Nyks, chociaż to jeszcze bardziej podjudzało jego złość, dopiero wtedy przybędą inni. Ale czasem miał ochotę poderwać tą piętnastkę i pozabijać wszystkich sługusów Nyks.

                Jednego wieczoru, z serii tych, gdy słyszał krzyki Mar, a serce mu się krajało, do jego pokoju weszła Rillianne. Nawet się nie podniósł wzroku.
                - Czego? - zapytał zakrywając ręką oczy, gdy siostra zapaliła światło odganiając tak ukochany mu mrok.
                - Ten moment nadszedł - błysnęła zębami w boleśnie znajomym uśmiechu.
                Spojrzał na nią udając, ze nie wie o co jej chodzi. Chciał jak najdłużej odkładać ten moment. Nie był gotowy na ten widok.
                - Will - powiedziała ostro - Nie zgrywaj mięczaka i chodź do cholery jasnej! Jesteś Cieniem, prawda? - podeszła do niego z groźna miną - Ślubowałeś wierność mi, Nyks, Cieniom, a nie Obdarzonej i twoja miłość do niej jest nie ważna. I tak nie zdołasz jej ocalić. Już za późno. - uśmiechnęła się uśmiechem godnym córki samego diabła, co w sumie jest trafne, gdy jest się dzieckiem Jacquile Evel. Ile razy on ten uśmiech widział w lustrach, szybach i oczach Marceline, ale na własnej twarzy.
                Warknął cicho, ale wstał i ruszył za siostrą.

                Każdy krok sprawiał mu coraz większą trudność. Już w połowie drogi do lochów krzyki Marceline były wyraźnie słyszalne, a każdy z nich był jak ostra igła wbijana mu prosto w serce.
                Niestety męczeńsko krótka droga dobiegła końca i dotarli do celu. Zebrało się tu już kilkoro najważniejszych Cieni. Tylko najistotniejszych wpuszczano do lochów.  Ci mniej znaczący stali przed wejściami w oczekiwaniu na wieści o triumfie ich bogini. Z wyjątkiem Willa i piętnastu herosów wysłanych z Hacjendy. Z nich wszystkich do lochów dostał się jedynie pierwszy przyjazny mu sojusznik - Oliver Brent, syn Nemezis, któremu Cienie odebrały ojca i przyrodnią siostrę. Will kiwnął delikatnie głową w jego kierunku. Chłopak odpowiedział tym samym.
                Po lochach rozniósł sie kolejny przeraźliwy krzyk. Rillianne przyspieszyła kroku, ciągnąc brata za sobą. Szedł z obojętną miną, próbując maskować swoją wściekłość, chęć rozniesienia tego całego przeklętego budynku i wszystkich, którzy się tam znajdowali.
                W końcu po raz pierwszy od tych długich sześciu miesięcy zobaczył Marceline.

                Szczerze? Wolałby nadal trwać w błogiej niewiedzy o jej stanie.
                Pamiętał jej stan, gdy przez kilka dni nie wychodziła z łóżka, po poznaniu prawdy o swoim pochodzeniu. Wyglądała jak zombie.
                A teraz było milion razy gorzej.
                Była strasznie wychudzona, pomiędzy dziurami w jej niegdyś niebieskiej bluzce wyraźnie rysowały się żebra. Jej ręce trzęsły się niemiłosiernie, mięśnie praktycznie zanikły. Wcześniej obcisłe dżinsy stały się luźne i obwisłe. Nie dali jej nawet czegoś na zmianę. Nadal miała na sobie te same ubrania, które dostała od rodziny Nicka.
                 Miał ochotę uciec, nie patrzeć na nią. Widok Marceline w takim stanie, krzyczącej i kulącej się w kącie był nie do zniesienia.
                I wtedy Mar uniosła głowę, wcześniej schowaną pod czymś ciemnym, wyblakłym, matowym i skołtunionym, co kiedyś było czerwoną burzą jej pięknych grubych, miękkich i mocnych włosów, które tak uwielbiał.
                Byłoby o wiele lepiej, gdyby tej głowy nie podniosła. Byłoby o wiele łatwiej patrzeć jak jego ukochana Marceline wrzeszczy ochrypłym głosem, jak beznadziejnie błagalnie woła jego imię, patrząc prosto w jego oczy. Byłoby o wiele łatwiej stać i nie móc nic zrobić...
                Jej twarz była żałosna. Miał ochotę wydłubać sobie oczy, by tylko na nią nie patrzeć.
                 Miała zapadnięte policzki, jej kości policzkowe wystawały niemiłosiernie, a skóra na nich była tak naciągnięta, jakby w każdej chwili miała pęknąć. Jej niegdyś różowe, miękkie usta stały się sine i popękane. Cera przybrała szarawy odcień.
                Ale najgorsze były jej oczy.  Ich zielono szary kolor przygasł, były podkrążone, całe powieki przybrały straszny fioletowoniebieski odcień.
                To nie były te same oczy, w które tak kochał patrzeć, które ociekały troską po bitwie na plaży. Już nie było w nich tego zawstydzenia, gdy się z nią droczył, ani tego wojowniczego błysku, gdy zdarzało jej sie odpyskować i nabrać pewności siebie.
                To były oczy osoby, która zdradzona i zostawiona już się poddała. Wiedziała, że to koniec, że nie ma ratunku.  

                Przez chwilę te straszne oczy wpatrywały sie w niego i w lochach nastała przerażająca cisza, przerywana tylko dwoma kropelkami wody, które spadły z sufitu, gdzieś w oddali.
                A potem ta złowroga cisza została przerwana jeszcze bardziej przerażającym krzykiem.
                Marceline przez pewien czas, szlochając miotała się po celi.
                 W pewnym momencie nagle znieruchomiała, a jej szloch przeszedł w śmiech, który wstrząsnął jej chudymi ramionami.
                Wstała wiedziona nową siła.  Kiedy uniosła głowę, gdzieś na górze trzasnął piorun.
                Dokładnie w momencie, gdy jej oczy spoczęły na jego.
                I to już nie były oczy nieśmiałej Marceline, którą pokochał. To nie były też oczy osoby świadomej swojego końca, które patrzyły na niego chwile temu.

                To były oczy Nyks, czarne, nieprzeniknione, złowrogie oczy rozświetlone jedynie kilkoma srebrnymi punkcikami.
                Spojrzał kątem oka na Oliviera. Ten mrugnął o pół sekundy dłużej niż normalnie i Will wiedział, że teraz każdy heros, który przymierza sie na atak na Cienie dostał jedną, krótką wiadomość.

"Już czas."
____________
Oto dwudziesty rozdział!
Tak ja jednak żyję! Naćpana słonecznikiem, ale żyję!
Miała być tu jeszcze scena opętania Mar z jej perspektywy... ale nie jestem w stanie jej napisać. 
Rozdział napisany jest od trzech dni... ale majówkę miałam zawaloną i nie mogłam go przepisać *ah jak ja kocham pisać w zeszycie* 
Mam nadzieję, że się podoba ;)
No to zostawiam Was z tym, bo jutro mam test z historii, powinnam się do niego uczyć a jedynie przepisuje rozdział i pisze na fb z przyjaciółkami :P
Nie zanudzam, bo tak naprawdę pewno nikt tego nie czyta
Laciata <3

poniedziałek, 30 marca 2015

Rozdział XIX

Will

Chciał do niej wrócić. Świadomość, że tkwi sama w tych ciemnościach sprawiała, że miał ochotę pobiec tam z powrotem i uwolnić ją. Zacisnął pięści. Wiedział, że nie mógł tego zrobić. Gdyby wrócił po Mar, cały plan ległby w gruzach, a Cienie złapałby by go w momencie, gdy zszedłby do lochów. Uciszył więc, milczące przez lata sumienie, które wołało za zostawioną w wilgotnym, ciemnym lochu Marceline. Potrząsnął niezauważalnie głową. Nie może się zdradzić.

Skupił wzrok na idącej przed nim Cindy. Czuł na sobie żarliwy wzrok Lordly'ego, idącego za nim. Prychnął rozbawiony, wywołując jego cichy warkot.

Przeszli kilkanaście korytarzy, aż w końcu weszli do ślepej uliczki, kończącego się jednymi drzwiami. Lewa ściana była cała przeszklona i widać z niej było pole treningowe Cieni. Kilka sylwetek, mimo później pory, nadal biło się z manekinami, lub celowało do tarcz. Prawa ściana, pomalowana na delikatny niebieski ozdobiona była kilkoma obrazami i jednymi dużymi dwuskrzydłowymi drzwiami.

Cindy poprowadziła go do drzwi na końcu korytarza. Zapukała i poczekała chwile. Will myślał, że nie doczekawszy się odpowiedzi po prostu odejdą. Ale kobieta po prostu weszła, a za nią Will i Lordly.
W dużym i przestronnym gabinecie stało jedyne białe biurko, a pod ścianą kilka regałów. Podłoga była ciemna, a ściany białe, z wyjątkiem tej za biurkiem, która przedstawiała mapę świata, która była poznaczona czarnymi i niebieskimi punktami. Ściana po jego prawej stronie była cała przeszklona i ukazywała widok na drugą salę treningową, zajmującą około trzy piętra.
Na aż za dużym biurku siedziała Rillianne. Tyłem do nich. Z rozpiętym suwakiem sukienki. Do jej dekoltu, czego na szczęście nie widzieli, dobierał się jakiś facet. Uszy Willa były drażnione przez jej ciche jęki.
Cindy odchrząknęła. Rin Odchyliła głowę do tyły tak, że ich widziała.
- Oh, Cindy... Zajęta jestem. - wyjęczała, zamykając oczy i oddając się pieszczotom swojego chłopaka.
- Rin, mogłabyś okazać trochę przyzwoitości i z takimi rzeczami przenieść do sypialni. - powiedział Will opierając się o ścianę - Twój ukochany braciszek do ciebie przyjechał, by ofiarować ci dozgonną wierność.
Znowu otworzyła oczy i spojrzała na nich.
- O, Willy - wyprostowała się, odpychając od siebie mężczyznę, wywołując tym jego pomruk rozczarowania. Odwróciła się w ich stronę. Facet za nią zapiął jej sukienkę całując po szyi, po czym wyszedł mierząc Willa wrogim spojrzeniem. Chłopak zaśmiał się. Tym razem krzywe spojrzenia padły na niego ze strony wszystkich w pomieszczeniu, Przewrócił oczami. - Willy - powtórzyła Rin - Jesteś ostatnią osobą, której bym zaufała, gdyby przyszła do Cieni oferując wierność.
Położył dłoń na sercu.
- Ranisz moje uczucia, siostrzyczko. - powiedział z teatralną przesadnością. Jednak jego twarz i oczy pozostały niezmiennie poważne. Will nie miał ochoty na wygłupy. Chciał jak najszybciej wykonać swoje zadanie w kwaterze Cieni. Nie mógł się bawić ze świadomością, że Marceline siedzi sama w zimnym, wilgotnym, ciemnym lochu. - Nie wierzysz mi? Zejdź do swoich lochów. - uśmiechnął sie paskudnie - Przyjechałem do twojej zapyziałej kryjówki, bo mam dość Grizzelda, dość tej głupiej szkółki, marginesem, to był dobry ruch by ją spalić, ale mogłaś napisać by mnie ostrzec, a jeśli myślisz, że chciało mi się jechać 200 kilometrów wzdłuż Stanów Zjednoczonych tylko po to by zobaczyć moją z lekka paranoiczną siostrę, która jeszcze nie powiedziała mi o co chodzi, to się mylisz. Proszę cię.
Rillianne okrążyła biurko zamiatając długą suknią podłogę. Nigdy nie zrozumie jej zamiłowania do tego typu ubrań wyjętych wprost z garderoby damy z początków dwudziestego wieku. Długie włosy zgarnęła na lewe ramie.
- Lochy? A co takiego ciekawego kryje się w moich lochach, braciszku?
- Obdarzona - odpowiedział zimno.
- Marceline - rzucił w tym samym czasie Lordly, przez co teraz to na niego zwróciły się wrogie spojrzenia rodzeństwa. Tylko Will miał na ustach ten paskudny uśmiech.
- Wszyscy tutaj znamy twoje upodobania, Ethanie Lordly, więc nie maskuj ich Obdarzoną. Pamiętaj, że jesteś tu nowy i zawsze mogę kazać cię wywalić, albo zabić. Nikt nie będzie się sprzeciwiał woli Mroku. - dopiekła mu Rin i uśmiechnęła sie wrednie. Jej bratu o mało nie udało się powstrzymać śmiechu. To okrutne, nawet jak na niego, zważając na to, że to On był 'obiektem' upodobań Lordliego, ale nie mógł się powstrzymać. Ten facet za bardzo zalazł mu za skórę już w Hacjendzie.
Syn Aresa nic nie powiedział, tylko zacisnął dłonie w pięści.
- Powiedzmy, że ci wierzę, Will. Chociaż nie do końca tak jest - szepnęła Mrok przechodząc obok brata - Ale to że przywiodłeś tu Obdarzoną, twoją wielką miłość... - zaśmiała się cicho - Zobaczymy jak sie spiszesz.
Wyminęła go i wyszła. Na odchodne rzuciła jeszcze tylko :
- Cindy, zaprowadź Willa do pokoju. Tego pustego, obok mojego i Heath'a.
Blondynka stanęła przed nim z wrednym uśmiechem na wąskich ustach.
- Za mną.
Nie oglądając się za siebie wyszła z pomieszczenia. Will wyszedł za nią. W gabinecie Mroku został jedynie Lordly, który po chwili i tak go opuścił.

***

Marceline

Siedziała skulona w rogu celi. Jej ręce przybrały już siny kolor, choć spędziła w lochach dopiero około godziny. Nie czuła palców, które skostniały już do samych opuszków. Gdy przyjechała tu z Willem, miała na sobie kurtkę zimową, ciepłe buty i szalik, ale jakieś półgodziny temu przyszedł jeden z Cieni i z okrutnym uśmiechem pozbawił ją jedynej ochrony przed przejmującym zimnem.
Chuchała sobie w dłonie, próbując jakoś przywrócić je do funkcjonalności.

Nagle po cichych korytarzach lochów rozniósł się dźwięk obcasów stukających o podłogę. Kroki z każdą chwilą stawały się coraz donośniejsze, aż nagle ucichły. Marceline z uniosła głowę i jej wzrok zatrzymał sie na ciemnej sylwetce. Nie musiała widzieć jej twarzy, by wiedzieć, że stała przed nią Rillianne. Obie przez moment mierzyły się wzrokiem. Siostra Willa nie miała przy sobie żadnego źródła światła, ale przemierzyła korytarze lochu bez problemu. Jak widać znała je doskonale.
- Wrzucili cię do najgorszej celi... - powiedziała Mrok obojętnie i pochyliła się w stronę krat, lekko przekrzywiając głowę - Nie chcę byś mi szybko umarła... - westchnęła - Nyks nie byłaby zadowolona. - wyprostowała się i Mar poczuła się naprawdę mała w porównaniu do niej. A w końcu to ona miała trzy tysiące lat i została obdarzona mocami...

No tak! Moce!

Jak to się stało, że wcześniej o tym nie pomyślała? Mogła przecież stopić te kraty!
Podeszła do krat, powoli jakby była już przegrana, złapała je w dłonie i oparła o nie głowę. Delikatnie zaczęła rozgrzewać ręce, ale metal wciąż pozostawał zimny.
Rillianne zaśmiała się, jak osoba, która właśnie wyszła ze szpitala psychiatrycznego, odchylając głowę do tyłu.
- To jednak cię nie przeniosę, Marceline - wypowiedziała jej imię z takim szyderstwem i rozbawieniem, że dziewczyna od razu poczuła się słaba i bezradna - W życiu nie stopisz tych krat. Są specjalnie zaczarowane przez dzieci Hekate. - jej białe zęby błysnęły w morderczym uśmiechu, gdy kucała, by zrównać się z Mar. Przez chwilę jej się przyglądała, poczym z głośnym, diabelskim śmiechem odeszła, a odgłos jej kroków i śmiechu jeszcze długo rozbrzmiewał w głowie Marceline.

Nie wiedziała ile tam przesiedziała, ale było jej okropnie zimno. Zasnęła bardzo niespokojnym snem.
Nie miała bladego pojęcia co jej się śniło, ale obudziła się z krzykiem, cała zlana potem.

Po korytarzach znów rozniosły się kroki, ale o wiele delikatniejsze od tych Rillianne. I cichsze. Po chwili przed jej celą stanęła ciemna postać, w ogół której roznosił się delikatny czary dym. Jej czarne oczy, usłane gwiazdami błyszczały w ciemności, tak, że Mar od razu poznała stojącą tam osobę.


- Witaj, Marceline - rzekła Nyks przechodząc przez kraty - Będziemy miały bardzo dużo czasu by się poznać, gdy siedzisz w tej celi. - uśmiechnęła się i pochyliła w jej stronę, tak, że jedyne co Marceline widziała to jednocześnie piękna i przerażająca twarz bogini z całymi czarnymi oczami, przyozdobionych srebrnymi punktami - I dużo czasu by cię złamać...
_________
Ta dam! Oto dziewiętnasty rozdział!
Nie wierze, że udało mi się go napisać przed rozpoczęciem kwietnia!
Mam nadzieję, że się podoba ;)
I czy macie świadomość, że minął już ponad rok odkąd jesteśmy tu z Marceline, Willem, Ethanem i Nickiem? ^u^
Zostałam też nominowana do LBA więc, jeżeli ktoś ma ochotę poczytać moje odpowiedzi na pytania Radosnej Oli zapraszam http://tak-cie-prosze-obudz-mnie.blogspot.com/p/liebster-blog-award.html zachęcam też, do brania udziału xD (nie mam kogo nominować ;-; )
Nie zanudzam
Laciata <3

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział XVIII

Z góry przepraszam! Jestem na siebie wściekła, że nie udało mi się napisać tego rozdziału szybciej. Bardzo przepraszam!
I przepraszam też za przekleństwa Willa. Ale nie mogłam ich ominąć.
_____________________

Mijały minuty ciszy. Marceline i Will wpatrywali się w napis na ścianie, a Nick bezgłośnie szlochał nad ciałami krewnych.
Nagle coś uderzyło w ścianę przed nimi dokładnie przed oczami Mar. Dziewczyna odskoczyła tłumiąc krzyk. Spojrzała na Willa. Jego twarz wykrzywiał grymas złości. Rzucił kolejnym przedmiotem w ścianę. Mar nie zdążyła zarejestrować co to było. Nick nawet nie podniósł głowy.
- Will... - szepnęła pojednawczo, gdy wziął do ręki wazon z kwiatami - Odłóż to. Uspo...
Nie dała rady dokończyć. Chłopak złapał ją za nadgarstki .
- Po pierwsze. Nie rozkazuj mi. W szczególności, gdy jestem wku*wiony. Po drugie. Nie uspokoję się do pie*rzonej cholery! - krzyknął i odepchnął Mar.
Dziewczyna cofnęła się kilka kroków, ale nie udało jej się złapać równowagi i po chwili siedziała na podłodze wpatrując się w Willa z przerażeniem w oczach. Nic by się nie stało, gdyby to było delikatne odepchnięcie. Gdyby się tylko zachwiała. Ale chłopak użył wręcz gladiatorskiej siły. Przez chwilę wpatrywał się w swoje dłonie, ale szybko o tym zapomniał. Wyjął z kieszeni telefon, który nagle zaczął dzwonić. Ciszę wypełnił metaliczny, lekko irytujący głos. Mar juz go kiedyś słyszała. Gdy po spotkaniu Daniela z Ateną, szła z Willem na lunch. Chłopak odebrał od razu niecenzuralnie witając siostrę.
Rozmowa trwała około pół minuty, a Mar nie słyszała nic oprócz stłumionego śmiechu Rillianne i głośnych przekleństw jej brata. W życiu nie słyszała tylu przekleństw jak podczas tych trzydziestu sekund. Nie sądziła, że to możliwe wypowiedzieć ich tyle w tak krótkim czasie.
Oderwała wzrok od bruneta. W tej pozycji widziała wszystkie trupy. Najpierw oczy zaszły jej łzami, chwilę później całe policzki miała mokre. W tym momencie w jej podbrzuszu zebrało się dziwne uczucie, tworząc coś w rodzaju bańki. Z każdą kolejną łzą, z każdym kolejnym przekleństwem Willa, z każdym kolejnym szlochem Nicka ta bańka rosła, gniotąc jej wnętrzności. Kilka minut później, gdy w jednym momencie z ust Willa padło kolejne przekleństwo, z piersi Nicka wydobył się szloch, a łza kapnęła z policzka Mar, ta bańka pękła, rozlewając w dziewczynie wściekłość, żal i czystą, najprawdziwszą nienawiść. Świat przed jej oczami zatrząsł się. Imitacje świeczek na tym okropnym żyrandolu, z którego nadal zwisały sznury, zapaliły się, jakby były prawdziwe. Woda polała się z kranów w całym domu, po chwili mocząc podłogę i spływając po schodach. Szyby wypadły z okien, wpuszczając wiatr, który rozwiał wszystkim włosy. Żyrandol zaczął się bujać i jedna z palących się świeczek spadła na zasłony, które w jednej chwili stanęły w ogniu. Ogień się rozprzestrzeniał. Tynk zaczął spadać z sufitu.
Will ponownie głośno zaklął, nie wiedząc co robić. Podbiegł o Nicka, uderzył go pięścią w policzek. Rozkazał mu coś, ale oszołomiona Mar nie zrozumiała. Była jak w transie. Widziała wszystko, ale nie rejestrowała tego co dzieje się wokół niej. Nick rozejrzał się i, nagle, pognany adrenaliną, pobiegł na piętro. Will za to podszedł do niej. Nie była w stanie się ruszyć. Jej rozbiegane oczy latały wzrokiem po całym pomieszczeniu nie widząc nic. Chłopak zakrył je i pociągnął ją za rękę, stawiając do pionu.
- Ruszyłabyś swój szanowny tyłek, Mar, a nie ciągać cię trzeba.
Nie odpowiedziała. Nawet nie usłyszała tych słów. Jej umysł ich nie zarejestrował.
- Wybacz - to jednak usłyszała.
A po chwili cały widok spowiła ciemność

***

Obudziła się w samochodzie. Na dworze nadal było ciemno. A może znowu? Nie wiedziała ile czasu minęło odkąd straciła przytomność. Podniosła sie do pozycji siedzącej. W głowie czuła tępe pulsowanie.
- Jak mocno tobą przywaliłem? - doszedł ją głos z siedzenia przed nią.
- Ałł... - jęknęła - Za mocno, Will. - poskarżyła się Marceline. Rozglądnęła się na boki - Gdzie jedziemy?
- Do kryjówki Cieni, moja zakładniczko. - odwrócił się do niej, ukazując w uśmiechu białe zęby. Wyglądał lekko przerażająco.
- Zakładniczko? - przełknęła ślinę - O czym ty mówisz, Will?
- Odkryliśmy, gdzie jest główna kwatera Cieni. I chcemy ją zniszczyć. A ty nadajesz się do tego idealnie, Mar. - uśmiech nie zszedł mu z twarzy, ale znów patrzył na drogę - Ja jadę z tobą, bo mnie jako jedynemu uwierzą, że przechodzę na ich stronę. A ty jesteś moim podarunkiem dla nich, w ramach lekkiego podlizania się. Chociaż Mrokiem jest moja bliźniaczka. Trudno nie będzie.
Marceline pokiwała głową. Kilka kosmyków opadło jej na twarz. Chciała je odgarnąć, ale jej dłonie napotkały opór.
- Czemu mnie związałeś?!
- Dla wiarygodności. Poza tym zaraz będziemy. Udawaj, jakbym zabierał cię tu wbrew twojej woli. - sięgnął ręką do tyłu i odsunął przeszkadzające jej kosmyki. Spróbowała ugryźć go w rękę. - Hej!
- Jestem tu wbrew mojej woli. Will, wytłumacz mi to. Wiesz, że nawet ze skrępowanymi rękoma, mogę wysadzić ten samochód w powietrze. - zagroziła, chociaż nie była taka pewna swoich słów. Nie panowała nad swoimi mocami i nie była pewna, czy udałoby jej się je przywołać. Will najwyraźniej przejrzał jej myśli.
- Nie zrobiłabyś mi nic. A poza tym nie panujesz nad swoimi żywiołami. Mar, jesteś człowiekiem. Nie półbogiem. Nie jesteś przystosowana do magicznych mocy. - odparł twardo, bez uczuć. dziewczyna spuściła głowę. Nie musiał jej tego przypominać - A odpowiadając na twoje pytanie. Podczas, gdy ty byłaś nieprzytomna, skontaktowaliśmy się z Grizzeldem, dostaliśmy auta, Nick pojechał na doki, gdzie jest teraz większość herosów i mentorów. Nasza dwójka została posłana prosto do gniazda szerszeni, kwatery Cieni. Mamy szpiegować. Znaczy... Ja mam szpiegować. Znając Cienie. Posiedzisz w lochu.
- Lochu? - wykrztusiła.
- Tak, lochu. Nie wiesz co to loch? - zakpił. Widać było, że się nią bawi.
Westchnęła. Znów używa swojej obrony. Staje się tym złym, wrednym Willem, którego Mar tak nie lubiła.
- Wiem, co to jest.
- Właśnie - powrócił do opowieści - Mamy ich zaatakować od środka. I w właściwym momencie wpuścić naszą armię do środka, a ty masz wybuchnąć swoimi mocami. I nie dać się Nyks. Jej dzieci, których w Cieniach nie brakuje, będą wzywać swoją matkę, by cię opętała. Masz się nie dać, rozumiesz?

Pokiwała głową. Kolejne dziesięć minut przejechali w ciszy. Nagle ich oczom ukazał się dwupiętrowy budynek. Spowijał go cień, światło paliło się tylko w kilku oknach. Will wjechał przez wielką bramę, która otworzyła się gdy tylko pod nią podjechali. W oszklonych drzwiach budynku stały dwie postacie. Will zatrzymał się przed nimi i wyszedł z samochodu, trzaskając drzwiami. Kiwnął głową do postaci i otworzył drzwi Mar.
- Farsę czas zacząć... - szepnął cicho i jego usta delikatnie, przelotnie musnęły jej usta. W jednym momencie z łagodnego, jego twarz przybrała lekko zirytowany wyraz, złapał ją za włosy i mocno pociągnął - Wyłaź, dzi*ko!

Automatycznie zaczęła się szarpać i krzyczeć. Uścisk na włosach na moment zelżał, by Will zakneblował jej usta jakąś szmatką. Znów złapał ją za włosy i wyciągnął z samochodu. Nie przestała się wyrywać.
Chłopak ciągnął ją do postaci.
- Zamawiał ktoś irytującą, szarpiącą Obdarzoną? - warknął na wstępie, zaciskając mocniej pięść na czerwonych włosach Marceline.
- Nie popisuj się, Evel. - rzuciła obojętnie postać przy drzwiach.
Mar doskonale znała ten głos.
To on był pierwszym dźwiękiem jaki usłyszała, po przebudzeniu w tych czasach.
W drzwiach stał Ethan Lordly razem z jakąś kobietą.
- Łoo.. Lordly. Czyżbyś jednak nie był taki głupi na jakiego wyglądasz? A może robisz to dla mnie? - jego głos przybrał lekko lubieżny ton. Ale Mar nie zwróciła na to uwagi. Wpatrywała się w Ethana. Co... co on robi w kwaterze Cieni? Może też został tu wysłany jako szpieg... Ale Will by jej o tym powiedział,
Wtedy dotarła do niej straszna prawda. Poczuła się jakby ktoś wymierzył jej policzek. Ethan ich zdradził. Dołączył do Cieni z własnej, nieprzymuszonej woli.
- Evel... - powiedziała kobieta oparta o framugę. Była wysoka i szczupła. Miała sięgające za uszy blond włosy i niebieskie oczy. Lekko wykrzywione wąskie usta i uniesione brwi świadczyły o lekkiej irytacji - Jak ja cię dawno nie widziałam.
- Jakoś chyba nie tęskniłaś, Cindy.  - odszczekał jej - Wejdziemy? - zaczął iść, ciągnąc Mar za sobą, ale przed drzwiami drogę zastąpiła mu kobieta, którą Will nazwał Cindy.
- Owszem, nie tęskniłam. Ale ty tu nie wejdziesz.
- Posłuchaj mnie, panienko - podszedł krok bliżej - Co jak co, ale to ja tu mam na nazwisko Evel i to moja siostra jest twoja przełożoną, nie odwrotnie. I to ja w tej chwili trzymam za włosy dziewczynę obdarzoną przez każdego boga tuż po przyjściu na świat, urodzoną trzy tysiące lat temu, która większość swojego życia spędziła jako gwiazdozbiór. I tak się składa, że wasza bogini - w jego ton wkradła się nuta pogardy - jej potrzebuje. Jak myślisz. Które z nas powinno teraz rozmawiać z Mrokiem?
Blondynka warknęła, ale przepuściła ich w drzwiach.
- Za mną - rzuciła i ruszyła jakimś korytarzem.
Mar nie miała za ciekawych widoków, przez przymus bycia pochyloną i przez ciągnięcie za włosy. Cały czas się potykała. Nawet podłogi z ciemnego drewna nie widziała za dobrze, bo jej burza włosów zasłaniała jej wszystko.
Przeszli parę korytarzy. Za sobą słyszała kroki Ethana. Obróciła głowę by spojrzeć na niego, ale Will błyskawicznie pociągnął ją w swoją stronę.
- Tu masz się gapić. - warknął.
Wściekłość wypełniała ją od środka. Każde słowo z ust Willa dolewało oliwy do ognia. Ale wiedziała, że nie może się poddać. Bo Nyks od razu wykorzysta okazję. A wtedy nie będzie tak zabawnie.

Korytarz w jakim teraz się znaleźli był o wiele ciemniejszy i zimniejszy. Czuć tu było wilgocią. Wiedziała gdzie są. To lochy. Zerknęła w bok, a to co zobaczyła utwierdziło ją w tym przekonaniu. Panowała tu złowroga cisza, którą przecinały jedynie odgłosy ich kroków.
- To tu. - Cindy przystanęła, przed jedną z cel. Wyjęła z kieszeni klucz. Oczy Marceline rozszerzyły się. Wiedziała, że trafi do celi, ale... Gdy teraz zobaczyła ten klucz... klucz do jej wolności... przeraziła się. Jej oddech przyspieszył. Uścisk Willa na jej włosach zelżał i delikatnie przesunął dłonią po jej głowie w pocieszającym geście.
Kobieta otworzyła celę i wskazała Willowi jej wnętrze. Brutalnie wrzucił tam dziewczynę. Cindy z powrotem zamknęła drzwi. Zamek trzasnął a cała trójka odeszła. Nawet Will sie nie obejrzał.


Została sama w tej ciemnej celi.
_____________
Oto osiemnasty rozdział!
Mam nadzieję, że się podoba. I znowu przepraszam
Trochę późno, ale co tam
Wszystkim dziewczynom życzę wszystkiego najlepszego w naszym dniu ;*
Nie zanudzam (bo nie mam siły)
Laciata <3

piątek, 6 lutego 2015

Rozdział XVII

Ethan

Od trzech godzin próbował zasnąć. Pulsującego bólu głowy nie uśmierzył nawet woreczek lodu, który cały czas przykładał do czoła. Na dodatek jego duma była podeptana przez Marceline... Ehhh ta dziewczyna... Piękna i słodka. Dała się omotać zdradzieckim Williamem Evelem...A może chodziło o coś odwrotnego? A może bolało go to, że Evel omotał Marceline. Że chciał jej. Zacisnął dłoń w pięść i odgonił te myśli od siebie.
- Głupi Evel... - wyszeptał cicho i ukrył głowę w poduszce.
W tym momencie do jego uszu doszedł  śmiech niczym dźwięk dzwonków. Śliczny i delikatny, ale złowrogi. Podniósł się i sięgnął po broń schowaną pod łóżkiem.
- Kto tu jest? - warknął rozglądając się w ciemności, próbując wyłowić jakiś obcy kształt. Dopiero po minucie zobaczył wyraźnie odznaczający się cień siedzący na biurku. Była to kobieta. Wysoka, seksowna kobieta. Długie włosy były związane w dwa kitki.
- Jesteś zabawny, Ethan, wiesz? - usłyszał jej delikatny ale mocny głos. Sposób w jaki wymawiała poszczególne głoski i ten przeszyty na wskroś jadem, sarkazmem i udawanym rozbawieniem ton - Udajesz, że kochasz Obdarzoną... A tak naprawdę ciągle śni ci się Evel... Kocham yaoi, a z udziałem tego idioty to jest jeszcze śmieszniejsze. - odchyliła się do tyłu - Możesz zapalić światło. Nie chce ci nic zrobić.
Nie spuszczając z niej oczu sięgnął do lampki nocnej i ją włączył. Pokój rozjaśniło słabe światło, a kobieta na biurku stała się wyraźna. Ubrana była w długą czarną suknię. Włosy miała spięte w dwa kitki, a jej oczy zakrywała maska trochę podobna do tych weneckich. Była piękna. Nawet nie widząc jej oczu mógł to stwierdzić. Ale jej poza... jej styl mówienia... z kimś mu się kojarzył.
- Kim jesteś?
- Heroską, sierotą, siostrą, wrogiem, przyjaciółką, zapomnieniem, ulgą, córką, kochanką, królową, przywódczynią, zdrajczynią, siostrą, radością, nienawiścią, smutkiem, furią... - odpowiedziała wstając i zmierzając powoli w jego stronę. Przy ostatnim pochyliła się przed nim i uniosła jego brodę palcem zakończonym długim ostrym paznokciem. Zza siatki w masce skrywającej jej oczy, ujrzał niebieski przebłysk. I już wiedział. Wiedział kogo przypominała mu ta kobieta - Mogę być kim chcę... i kim ty chcesz bym była... Wybór jest twój - odsunęła się i odwróciła tyłem do Ethana.
- Masz oczy Williama Evela. - odpowiedział zanim ugryzł się w język - Kim. Jesteś? - powtórzył dobitnie.
- Siostrą osoby której nienawidzisz z całego serca, i którą kochasz tak samo mimo że się wypierasz i zapełniasz umysł Obdarzoną. Siostrą niewinnej duszy, która za wcześnie mnie opuściła. Córką największej zdrajczyni o jakiej nasz świat słyszał. Największej manipulantki, uwodzicielki. Ethanie Lordly... Jestem Rillianne Evel i mam dla ciebie propozycję...


Marceline

Mar była zdruzgotana.
Nie dość, że nie pochodziła z tych samych czasów co jej przyjaciele, a była trzy tysiące lat starsza, to jeszcze zabiła całą swoją rodzinę, a bogowie chcą ją zabić...
O! I jeszcze spędziła trzy tysiące lat jako gwiazdozbiór...
Od momentu, gdy obudziła się w tamtym parku chciała poznać swoją przeszłość. Ale teraz jest to rzecz którą najbardziej chciała cofnąć. Nie chciała tego pamiętać. A pamiętała wszystko. Śmiech siostry, nieliczne zabawy odbywające się w jej domu, dotyk, usta, słowa jej narzeczonego, który kochał ją, i którego kochała ona, mimo jego dziwnego charakteru.
Jej telefon nieustannie dzwonił. Ethan, Veronica, Daniel... chcieli się dowiedzieć co się z nimi stało. Ale ona nie chciała z nikim rozmawiać. Ignorowała wszystkie telefony i każdego kto przychodził do jej pokoju.

Nie wychodziła z niego przez kilka dni (z wyjątkiem odwiedzana łazienki). Nie schodziła na posiłki, nawet gdy były one dostarczane jej do pokoju ich nie jadła. Nie miała za grosz apetytu. Ominęła ją Wigilia, jednak Willi Nick, w asyście Luny, przynieśli jej prezenty spod choinki. Wciąż leżały nietknięte obok łóżka.
Babcia Nicka i Luny razem z córką i wnuczętami była zmuszona wyjechać do siostry i zostawić Willa i Mar samych w ich wielkim domu. Uczyniła to niechętnie, zmartwiona zachowaniem Mar, jednak Will zapewnił ją, że zajmie się dziewczyną.

Przez trzy dni Marceline miała święty spokój w swoim małym pokoiku, ale w końcu wszedł do niej wściekły Will.
- Ile jeszcze zamierzasz tu siedzieć? - warknął zabierając Mar kołdrę.
- Wieczność - wymamrotała w poduszkę, próbując odzyskać swoją własność, którą w ostatniej chwili złapała, jednak na próżno, bo Will był zbyt silny. Westchnęła i już bez kołdry skuliła się pod ścianą.
- O nie... - pokręcił głową - Nie zostajesz tu.
Złapał ja za rękę i siłą ściągnął z łóżka. Odwrócił Mar na kilka sekund w jego stronę.
- Napatrz się - powiedział groźnym tonem to jej ucha - bo przez kolejne godziny go nie zobaczysz.
Poczekał jeszcze moment i pociągnął dziewczynę na dół do kuchni. Posadził ją na krześle i ruszył w stronę lodówki.
Mar nie chciała jeść. Nie chciała też nigdzie wychodzić. Chciała tylko znów zaszyć się w swoim wygodnym łóżku i nadal ignorować cały świat. Jednak Will miał inne plany.
Postawił przed nią szklankę z herbatą i kanapkę z serem. Usiadł na przeciwko niej i oparł brodę na dłoniach.
- Smacznego - powiedział z wrednym uśmiechem.
Mar specjalnie nie zwracała uwagi na zawartość talerza i na chłopaka na przeciwko. Rozejrzała się po kuchni. Nie duża, ale ładna. Biało brązowe meble dobrze komponowały się z kremowymi kafelkami na ścianach i korkową podłogą. Stół stał pod oknem, były przy nim tylko dwa miejsca. No tak... Jadalnia była obok.
- Jedz, Mar... - na jego usta wstąpił chytry uśmiech - Chyba że chcesz bym cię nakarmił.
Wzruszyła ramionami. Nie zdobędzie się na to. Will jest ostatnią osobą jaką zna, która nakarmiłaby zdołowaną dziewczynę.
Jednak brunet ją zaskoczył. Wstał wziął kanapkę do jednej ręki a drugą przytrzymał jej brodę rozchylając usta.
Wyrwała mu kanapkę z dłoni, rzucając krzywe spojrzenie i zaczęła jeść nadal go ignorując. On po prostu się zaśmiał.
- Śmieszna jesteś, wiesz?
Nadal nie zwracała na niego uwagi. Gdy zjadła i dopiła herbatę, wstał i wziął łyk kawy również stojąej na stole.
- Mam ci pomóc się ubierać, czy dasz radę sama? - jego usta znów przybrały ten niesamowicie irytujący łuk pewnego uśmiechu.
Przewróciła oczami i przeszła do salonu gdzie przytuliła się do poduszki, plecami do Willa.
- Bardzo śmieszne. - warknął chłopak, wziął ją na ręce i zaniósł do łazienki. Posadził na brzegu wanny i wyszedł. Wrócił z jej ubraniami, które Luna razem z Rose wybrały dla niej. Rzucił je w jej strone.
- Masz pięć minut. Jak nie wyjdziesz do tego czasu. - znów się uśmiechnął - Pomogę ci z tymi ubraniami.
I zamknął drzwi. Marceline westchnęła zirytowana. Czemu nie może jej po prostu odpuścić i pozwolić jej nadal się pogrążać? Pozbyła się swojej piżamy i ubrała ciuchy od rodziny Nicka, nawet na nie nie patrząc. Podeszła do dużego, podświetlanego lustra nad umywalką i spojrzała w swoje odbicie. Na początku Mar w ogóle nie poznała dziewczyny patrzącej na nią z tafli szkła. Strasznie blada cera, wory po oczami, roztrzepane, tłuste, skołtunione włosy. Westchnęła i podeszła do drzwi.
- Will? - powiedziała słabo, zachrypniętym głosem.
- O, zmieniłaś zdanie? - usłyszała kpiący głos spod drzwi.
- Nie... - powiedziała ostrzej niż zamierzała, nie miała ochoty na zabawy - Daj mi więcej niż pięć minut. Dużo więcej.
Do jej uszu doszedł jego śmiech. Czy on wcześniej tez miał taki słodki śmiech?
- Dobra, nie spiesz się.
- Dzięki. - uśmiechnęła się delikatnie i odeszła od drzwi. Pozbyła się wcześniej założonych ubrać i nalała do trójkątnej wanny wody. Znalazła pilniczek, i ładny, miętowy lakier do paznokci po czym zaszyła sie w ciepłej wodzie z wielką warstwą piany. Porządnie umyła włosy. Jak ona mogła się doprowadzić do takiego stanu? Wypiłowała paznokcie i starannie je pomalowała.
No to teraz ma z dziesięć minut czekana aż lakier wyschnie. W tym czasie rozejrzała się po łazience. Utrzymana w ciepłym brązie, i kolorze kawy z mlekiem była bardzo ładna i przestronna. Spojrzała w ukośne okno. Płatki śniegu spadały na nie i po chwili topniały, bo szyba była zaparowana od wody w jej wannie.

Westchnęła i cała się zanurzyła trzymając dłonie nad taflą.
W końcu około po półgodzinie wyszła z wanny i owinęła się w ręcznik. Wysuszyła włosy, ponownie załamała się swoim stanem, choć było już tysiąc razy lepiej niż przedtem.
Spojrzała na ubrania od Willa. Ciemne spodnie i turkusowa bluzka. Westchnęła i się ubrała. Podeszła jeszcze do lustra i używając kosmetyków Rose zamaskowała ślady płaczu. W końcu wyszła z łazienki, o mało nie potykając się o nogi śpiącego, opartego o ścianę Willa. Uśmiechnęła się delikatnie i poszła po kołdrę i poduszkę. Okryła go i uklękła by włożyć pod jego głowę poduszkę. Jej dłonie były Milimetr od jego głowy, gdy otworzył oczy i złapał ją za nadgarstki. W następnej chwili leżała na ziemi przygnieciona jego ciężarem.
- Już wyszłaś? - zapytał z typowym dla siebie łobuzerskim uśmiechem - A miałem taki ciekawy sen.
Mar przełknęła ślinę i odwróciła wzrok od jego oczu. Skupiła sie na jasnych panelach na podłodze, listwie i pistacjowozielonej ścianie. Widziała też kawałek schodów w dół, ale dobry widok zasłaniała jej ręka Willa.
- Jaki? - wykrztusiła, czując, że jej policzki robią się czerwone. Poczuła, że Will się uśmiecha. Przybliżył usta do jej ucha.
- Hmm... Wyglądało to mniej więcej jak my teraz... Tylko brakowało jednego, małego szczegółu... - obniżył głos i zahaczył ustami o płatek jej ucha.
- Jakiego? - Mar wiedziała, że nie powinna pytać. Wiedziała, ze tego pożałuje. Była tego pewna.
- Naszych ubrań - jego usta zniżyły się do jej szyi, a dłoń zahaczyła brzeg jej bluzki. Policzki Marceline stały się szkarłatne. Will zaśmiał się - Już? Rozbudzona? - zapytał wstając i podając jej rękę. Złapała ją i podniosła się do pionu.
- Nie obchodzi cię to? - spytała oskarżycielski - Nie wiesz co z twoim Damonem, co z Sybil. Twój dom spłonął, zginęli herosi. A ty masz to gdzieś?
- Hacjenda nigdy nie była moim domem - odparł śmiertelnie poważnie juz bez tych iskierek rozbawienia w oczach - Szkoda mi tych ludzi, owszem. Martwię się o Damona i Sybil. Ale nie załamuję się z tego powodu. - przez moment wpatrywał się w nią intensywnie niebieskimi oczami - A teraz chodź. Zabieram cię na łyżwy - zarządził stanowczo i pociągnął ją za rękę w stronę schodów?
- Łyżwy? - spytała zatrzymując się przed pierwszym stopniem. Will stał kilka stopni niżej, więc ich oczy były na tym samym poziomie. Uśmiechnął się lekko pobłażliwie i Marceline znów ukuła świadomość, że nie urodziął się w tych czasach i nadal nie zna wielu nowoczesnych terminów.
- No wiesz... Takie buty z płozami, na których jeździ się po lodzie.
Pokiwała głową i zeszła z nim na dół.
- Ale ja nie mam łyżew - uświadomiła sobie, gdy zakładali buty w holu.
- Owszem masz - Will wskazał stojący na komodzie obok czarny, wypchany plecak. Widząc jej zdziwione spojrzenie powiedział : - Jeden z twoich świątecznych prezentów, które rozpakowałem za ciebie. Wybacz - mimo przepraszających słów w jego głosie nie było ziarna skruchy. Marceline prychnęła, ale w duchu przysięgła sobie podziękować rodzinie Nicka za prezenty, a przede wszystkim za opiekę.

Ubrali sie i wyszli. Will powiedział, że do lodowiska jest tylko kawałek drogi i samochód jest im nie potrzebny (i tak go nie mieli). Na dworze nie było bardzo zimno, jednak mróz szczypał ją w policzki i w dłonie. Schowała je głęboko w kieszeniach. Przeszedł ją dreszcz zimna. Will spojrzał na nią kątem oka, ale nic nie powiedział. Tylko delikatnie poprawił jej szalik na szyi.
Szli przez naprawdę uroczy park. Wykładana kamieniami droga wiodła obok górki, z której na sankach zjeżdżały dzieci. Wszędzie był śnieg. Liście, które opuściły drzewa jakiś czas temu zostały zastąpione białym puchem. Marceline dostrzegła małego ptaszka błąkającego się na jednej z gałęzi. Kilkanaście metrów dalej na innym drzewie zobaczyła opuszczone na zimową przerwę gniazdo.
- Jak tu pięknie... - wyszeptała zachwycona.
Will tylko cicho przytaknął.
Resztę drogi przeszli w milczeniu. Po około półgodzinie doszli do lodowiska. Will zapłacił za bilety i poszli ubrać łyżwy. Były śliczne. Skórzane, białe z miękkim ocieplanym futerkiem w środku. Po bokach miały złote śnieżynki. Były proste, bez udziwnień, ale piękne.
Na lód weszli jako pierwsi. Chłopak trzymał cały czas Mar za ręce.
- Tylko spokojnie, okay? - powiedział na wstępie - To łatwe. Odpychasz się jedną nogą, jedziesz na drugiej i zmiana. Patrz.
Puścił ją na chwilę i odjechał tyłem do niej. Mar obserwowała ruchy jego nóg... chyba wiedziała jak to robił.. ale nie wiedziała czy uda jej się to powtórzyć. Will zgrabnie się odwrócił i znów do niej podjechał. Złapał ją za rękę.
- Gotowa?
Pokiwała głową i ruszyła. Przejechała mały kawałek i nawet nie spostrzegła, gdy znalazła się na lodzie. Will uklęknął i podjechał do niej
- Nic ci nie jest? - zapytał z troską. Pomógł jej wstać. Złapał ją za obie ręce, stojąc niepokojąco blisko, ale teraz to Marceline nie przeszkadzało. Nawet tego chciała. Will cicho mówił jej do ucha którą nogą ma co robić i tak przejechali dłuższy kawałek. Cały czas była skupiona na lodzie i swoich łyżwach. Podniosła głowę dopiero gdy Will minął ją ze śmiechem, jadąc z zawrotną prędkością. Pisnęła i znowu wylądowała na tyłku. Też się zaśmiała. Winowajca jej upadku podjechał do niej, w jakiś sposób nie odrywając łyżew od lodu. Wyciągnęła do niego ręce. Złapał je bez podejrzeń. Po chwili wylądował obok niej. Oboje zanieśli się śmiechem. Will oczywiście śmiał się cicho, niepewnie i krótko. Mar za to słyszało całe lodowisko. Podszedł do nich ochroniarz karcąc ich za siedzenie na lodzie i przeszkadzanie innym. Grzecznie wstali i jeździli dalej. Nadal trochę się wygłupiali, ale nie tak, by ochroniarz musiał zwracać im uwagę.
Spędzili tak piękną godzinę.
Zeszli z lodowiska nadal się śmiejąc. Przy ich rzeczach ktoś siedział. Gdy podeszli, wstał i zaczął klaskać.
- Moje gratulacje! Właśnie zaliczyliście pierwszą oficjalną randkę! - przywitał ich Nick.
Mar poczuła, że cała czerwienieje, a Will prychnął, ale nie potrafił ukryć uśmiechu.
- Zamknij się. - uderzył go po głowie rękawiczką.
Gdy już zdjęli i wyczyścili łyżwy Will kupił im gorącą czekoladę na rozgrzanie.
Usiedli na jednej z ławek w parku, przez który szli wcześniej, by ją wypić. Po kilku minutach ruszyli w drogę powrotną. Śmiali się, żartowali, wygłupiali. Marceline nie wiedziała, że mogła się tak bawić. Mimo, że było jej smutno, że Hacjenda to teraz tylko ruiny, że nie wiadomo co z Sybil i Damonem... Przyjaciele odwracali jej uwagę od zmartwień. Przypomniała sobie, że od przyjazdu do babci Nicka, nie rozmawiała z Veronicą. Siostra pewno się o nia martwi... Moment... Vera nie była jej siostrą. Mar nawet nie była półbogiem... Jednak... nadal będzie ją nazywała siostrą, bo tym Veronica była dla Marceline. Właśnie siostrą. Mimo, że nie łączyły je żadne więzy krwi. Będzie musiała do niej zadzwonić, uspokoić ją.

Kiedy już w końcu dotarli do domu Nicka było już ciemno. Samochód Rose stał na podjeździe, a w środku paliły się światła.
- Czyli juz wrócili! - ucieszył sie Nick. Razem podeszli do drzwi.
- Jesteśmy! - krzyknął chłopak na wejściu - Tęskni...
Przerwał.
Will gwałtownie się zatrzymał, tak, że idąca za nim Marceline wpadła na niego.
- Co sie stało? - zapytała i wyjrzała zza chłopaka.

Pożałowała.

W na środku sufitu w salonie wisiał pięcioramienny żyrandol lekko przypominający gotycki świecznik. Mar wcześniej nie przywiązywała do niego zbytniej uwagi.

Do teraz.

Cała podłoga była we krwi. I nie tylko podłoga. Wszystkie meble były w ciemnoczerwonych plamach. Po jednej ze ścian krew nadal spływała, co znaczyło, że to stało się niedawno.

Wracając do żyrandola...

Na każdym z ramion wisiał jeden z członków rodziny Nicka. Chłopak opadł na kolana. Zaczął płakać, walić pięściami o podłogę.
Na wprost nich wisiała Luna. Jej włosy z niebieskich przybrały fioletowawy odcień, zaplamione krwią. Ktoś wyciął jej usta w uśmiech "od ucha do ucha" tym razem dosłownie. Jedno oko miała wydłubane. Ubrana była w jaskrawą żółtą sukienkę, teraz podartą co dawało przerażający efekt.
Obok wnuczki była babcia. Ją "oszczędzono" nie miała ran. "Tylko" ją powiesili.
Stan Rose był prawie równie przerażający co Luny. Miała białą suknie. "Białą" Biało-czerwoną ze względu na krew. Na środku jej klatki piersiowej była rana postrzałowa. Posoka wokół niej tworzyła przerażająco piękny efekt róży. Ktoś zrobił sobie żart z jej imienia. Podobna sytuacja była na policzku tylko o wiele mniejsza.
Kaia i Jo na szczęście nie widzieli. Mar miała nadzieję, że tak jak babcię, dzieci "oszczędzono".
Nick podbiegł do rodziny. Ściągał ich. Krzyczał by się obudzili. Potrzasał nimi. Błagał zaklinał. Próbował uleczyć.
Na nic...
Will podszedł do niego. Podniósł go na ramiona.
- Ogarnij się, stary. Spokojnie - mówił z kamienna twarzą i zimnym głosem, jednak z nutką zamartwienia. Ale Mar wiedziała, że drży. Jego głos nie był tak pewny.
- Spokojnie?! To moja rodzina!
Will więcej nie próbował. Odwrócił się w stronę korytarza, by wrócić do Mar. Zamarł wpół kroku.  Wypowiedział jedno słowo :
- Cienie...
Dziewczyna podbiegła do niego, by zobaczyć to co on. Na ścianie krwią było napisane :

"Hello, Brother*
Cienie przesyłają pozdrowienia
Kochająca siostra,

Rillianne"

_______________________
Oto siedemnasty rozdział!
Tak ja jednak żyje! Poświęcam się i do 2 w nocy piszę! Mam nadzieję, że chociaż kilka osób to czyta...
Mam nadzieję, że rozdział się podoba. Niestety (ze wzgledu na godzine) nie chce mi się go sprawdzać. Więc powiadomienie mnie o błędach w komentarzu będzie wręcz wskazane :D
Muszę powiedzieć, że powoli zbliżamy się do końca. :( 
I takie pytanko czy tylko mnie do tej pory jakoś irytowała Marceline? (Ta Marceline. Nie Marcelina, że ja. Tak dałam jej imię w odnośniku do mnie. Ale nie przypomina mnie z charakteru. To Moni xD)
Mam nadzieję że nie zawiodłam nikogo tym rozdziałem ;) 
Wiecie, że juz zaraz rocznica bloga! o.O Jak ten czas szybko leci! Do rocznicy jeszcze spokojnie dociągniemy! Nie wiem w ilu rozdziałach zmieszczę to co mam do zrobienia tu jeszcze. Mam nadzieję, że dotrwacie do końca!
Nie zanudzam 
Laciata <3


* Jakby ktoś nie znał angielskiego "Hello Brother" to cześć barcie xD

wtorek, 6 stycznia 2015

Rozdział XVI

Obudziła ją skrzypiąca podłoga. Nie spała twardym snem jak zwykle, bo zamartwianie się o Sybil, Damona i inne konie ze stajni, rozpacz za ukochanym domem, myśl, że Cienie dopuściły się czegoś takiego, sprawiały, że sen nie był przyjemny i spokojny. Przed oczami wciąż miała tlące się ruiny.

- Nie śpisz? - dotarł do niej cichy, niepewny głos Willa.
Wolno się podniosła. Jej głowa zaczęła pulsować bólem. W pokoju było ciemno, jej oczy wciąż nie przyzwyczaiły się do ciemności, wiec ledwo widziała sylwetkę chłopaka siedzącego pod ścianą na przeciwko jej łóżka.
- Will? - oparła się o ścianę i przetarła oczy dłonią - Co tu robisz? Jest... - spojrzała na zegarek - trzecia w nocy.
- Wiem... - westchnął cicho... - Nie mogłem spać i... - obraz powoli nabierał ostrości i Marceline zobaczyła, że Will odwraca głowę w stronę okna. Wzruszył ramionami - Po prostu... wstałem i chciałem się przejść... I wylądowałem tutaj.
Gdy Mar uświadomiła sobie co powiedział, cała jej twarz oblała się rumieńcem. Schowała twarz w ramionach i podciągnęła pod brodę nogi.
- To straszne, prawda? - szepnęła cicho.
Chłopak przez dłuższa chwilę nie odpowiadał. Już myślała, że jej nie usłyszał, ale odpowiedział :
- Rillianne chciała mnie ostrzec... - oparł czoło o zgięte kolana, przez co jego głos był trochę zniekształcony i Mar nie była pewna czy dobrze usłyszała.
Przekrzywiła głowę, patrząc na jego ciemną sylwetkę.
- Hmmm?
Głowa Willa delikatnie się podniosła, jego niebieskie oczy, patrzące na nią spod rzęs, przeszyły ja na wskroś.
- Miałem się z nią spotkać. O dwudziestej drugiej, wczoraj... Nie przyszedłem... Może, gdybym poszedł... gdybym się z nią zobaczył... może... udałoby sie nam uratować Hacjendę. Tych herosów co zginęli...
Mar gwałtownie podniosła głowę, z szokiem wymalowanym na twarzy.
- Zginęło 20 półbogów... Znałem kilku z nich... - wyszeptał i znów schował twarz za kolanami, obejmując je ramionami.
W oczach Mar w jednej chwili zebrały się łzy. Próbowała je powstrzymać ale cichy szloch, który wydobył się z jej piersi zdradził ją. Will w jednej chwili znalazł się przy niej i ją przytulił. Nawet sobie nie wyobrażała jak bardzo tego potrzebowała. Schowała twarz w jego ramieniu i dała upust łzom. Obecność Willa działała na nią w pewien sposób uspokajająco. Był ciepły, a jego zapach sprawiał, że nie chciała się odsuwać. W końcu, nie wiedziała, kiedy zasnęła.

- Pobudka!!! - krzyknęła śpiewnym tonem Luna, wbiegając do pokoju Marceline razem z Jo i Kaiem, ubrana w różową piżamkę z kocimi łapkami na spodniach.
Mar zignorowała ją, nakryła się kołdrą i odwróciła na drugi bok, napotykając przeszkodę. Otworzyła jedno oko i zobaczyła jedynie obojczyk Willa, który muskało kilka kosmyków jego kruczoczarnych włosów. Pierwszą reakcją była chęć wyrwania się, drugą - rumieniec i pytanie co on tu robi, ale trzecią - uznała, że jej to nie obchodzi i chęć spania dalej.
- Halooooo - głos Luny stawał się bardziej natarczywy. Sięgnęła nawet po kołdrę, by ściągnąć ją z nich, ale Will przykrył ich znowu i posłał siostrze Nicka mordercze spojrzenie.
- Zostaw. - warknął i objął Mar.
Luna spojrzała na niego lekko przestraszonym wzrokiem.
- Dobra, dobra, Panie Wielkie i Złe Zeusiątko. - uniosła ręce w geście poddania - Idę, idę. Możesz nadal gwałcić tą biedną istotkę.
Z gardła Willa wydobył się cichy warkot i siostra Nicka wyszła z pokoju.
- No. - mruknął cicho i przyciągnął Mar bliżej siebie - Już jest spokój.
Marceline tylko westchnęła i znów oddała się w objęcia Morfeusza, bo tam zapominała o troskach i o tym, że Hacjenda to teraz tylko dymiące zgliszcza.

Śmieję się. Ludzie w moim towarzystwie też się śmieją. Kojarzę ich twarze, ale nie potrafię przypasować do nich imion. Jednak rozpoznaję Nikolaosa i Kasandrę. Jak i ich córkę, która, wychodzi na to, że jest moją siostrą. Widzę w niej rysy podobne do moich i Kasandry.
Nagle wstaje jakiś mężczyzna. Jest kilka lat starszy ode mnie. Ubrany w chiton. Jako jeden z niewielu tutaj, nie ma zapuszczonej brody. Moje serce podskakuje delikatnie. Czy to był ktoś mi bliski?
Rozglądam się. To miejsce nie wygląda jak współczesne mieszkanie... Wygląda jak... dom w starożytnej Gracji, które widziałam na rysunkach w podręcznikach. C-czy ja... Czy ja urodziłam się w starożytności? Czy to naprawdę moje czasy?
Mężczyzna chrząka i uderza kielichem o stół.
- Drodzy przyjaciele, rodzino! Jak wszyscy wiemy dziś są siedemnaste urodziny mojej cudownej narzeczonej Marceline! Chciałem ci, kochana, życzyć wszystkiego najlepszego i tego byś była idealna w roli mojej żony. Jeśli wiesz o czym mówię  - mruga do mnie znacząco. Po sali niosą się śmiechy. A moja twarz oblewa się rumieńcem.

Ten mężczyzna jest moim narzeczonym. To rozumiem... ale... Mówienie takich rzeczy na głos przy takim tłumie... Tak się nie powinno robić... Czuję iskierkę wydobywającą się z mojego palca. Zerkam na moją dłoń. Rozgrzewa się. Nagle gliniany talerz roztapia się pod moimi dłońmi. Drewniany stół w sekundę zajmuje się ogniem. Odskakuję od niego. I jakoś próbuję powstrzymać płomienie, jednak mi nie wychodzi. Moja siostra reaguje zbyt późno i jej ozdobny chiton zajmuje się ogniem. Próbuje go ugasić lecz na próżno. Odrywa tlący się kawałek i wybiega razem z innymi w stronę wyjścia. Jestem zaraz przed nią. Krzyki ludzi ranią moje uszy. Łzy ciekną mi z oczu. Znowu... znowu coś zniszczyłam. To znowu moja wina. To znowu ja wszystko zniszczyłam.

Moja siostra jest zaraz za mną. Trzymam ją za rękę. Nagle coś wyrywa jej dłoń z mojego uścisku. Wypadam na zewnątrz, a siostra zostaje za drewnianymi belkami, które rozdzielają nasze ręce. Słyszę jej krzyk wołający moje imię. Staram się zniszczyć dzielącą nas barierę za pomocą powietrza lub ziemi, ale na próżno. Bezradnie osuwam się na ziemie i zalewam łzami. Przez moją głupotę. Przez jedno głupie zdanie wypowiedziane przez mojego narzeczonego! Ja zniszczyłam wszystko. Podpaliłam cały mój dom. Stoi w płomieniach przede mną, a ja nie mogę nic zrobić. Rozglądam się dookoła. Na zewnątrz udało wydostać się tylko kilku nielicznym mężczyznom, jednej kobiecie, dziecku, które miało około sześć lat i które płakało na cały głos za mamą, zamkniętą za belkami, w tym pożarze. Przyglądam się mężczyznom... żaden z nich nie okazuje się moim ojcem... Ale jeden... jest moim narzeczonym. Wstaje i biegnę gdzie najdalej mogę. Nie patrzę na drogę, wpadam na ludzi, niektórzy na mnie krzyczą, niektórzy ignorują. Jednak mnie oni nie obchodzą. W końcu się zatrzymuje. Rozglądam się. Jestem na Panteonie. Pięknej świątyni poświeconej bogini mądrości - Atenie. Ateno... - myślę - Czemu nie dałaś mi na tyle mądrości, bym wiedziała jak uwarować bliskich mi ludzi, z pożaru, który sama spowodowałam. Kolana się pode mną uginają i siadam na ziemi z nogami przyciągniętymi do piersi.

Nagle przede mną naprawdę pojawia się Atena... Podchodzi do mnie i bierze moją brodę w dłoń.
- Oh, biedna Marceline... Wybacz, chciałam by cię zabito...
Patrzę na nią wielkimi oczami. O czym ona mówi?
Atena odchodzi kilka kroków i zaczyna spacerować po świątyni.
- Wielka Obdarzona... obdarowana przez wszystkich bogów jakąś zaletą, talentem... W przypadku Zeusa, Posejdona, Demeter i Hefajstosa była to władza nad żywiołami... czyli największy błąd w ich nieśmiertelnym życiu... - bogini wzdycha - To było do przewidzenia, że stracisz nad nimi władzę... W końcu jesteś tylko zwykłym człowiekiem... Nie powinniśmy dawać ci tych mocy... A teraz jeszcze nie możemy cię zabić... Bo Selene musiała wtrącić swoje trzy grosze i uznać, że zaopiekuje się tobą jako gwiazdozbiorem... - kręci głową z zażenowaniem.
- Masz do mnie pretensje, bo chciałam uratować życie młodej dziewczynie, którą los skazał, gdy była jeszcze małym dzieckiem? - odzywa się głos zza bogini mądrości. Przed moimi oczami staje Selene, bogini, która nazywa mnie swoją córką.
Atena prycha, a bogini księżyca odwraca się do mnie i podaje mi rękę.
- Chodź, dziecko - uśmiecha się miło. Łapię jej rękę i wstaję.

Nagle przenosimy się do ciemnej komnaty. Rozświetlają ją jedynie jasne punkciki, które mają imitować gwiazdy. Selene staje przede mną i patrzy na mnie smutnym wzrokiem.
- Żegnaj, Marceline - szepcze i całuje mnie w czoło.
Świat przysłaniają mi mroczki. Nie widzę już nic i padam na ziemię nieprzytomna.

Obudziła się gwałtownie wstając. Will leżący obok spojrzał na nią z zdziwieniem w oczach. Normalnie by się zarumieniła, ale była zbyt przejęta. Z jej oczu po raz kolejny polały się łzy. Musiała wyglądać już jak królik, ale nie obchodziło ją to.
Chłopak znów ją przytulił.
- Ciiii... - wyszeptał w jej włosy - Co się stało?
- Ja... - szlochnęła - Spaliłam całą moją rodzinę... Wszystkich znajomych... W moje siedemnaste urodziny... - przytuliła się jeszcze mocniej do niego.
- Nic takiego się nie stało... - powiedział cicho, a jego głos brzmiał pewnie - Twoje siedemnaste urodziny musiały być w tym roku. W mediach by o tym mówili. A ja na pewno bym o tym usłyszał, a tak nie było. Możesz być spokojna... to był tylko sen.
Wyrwała mu się.
- Nie! - krzyknęła kręcąc głową - Ty nic nie rozumiesz! Nie urodziłam się siedemnaście lat temu! - zakryła ramionami oczy - Urodziłam się w starożytności - podkreśliła dobitnie ostatnie słowo - Ponad trzy tysiące lat temu! Gdy ludzie nie znali elektryki, Archimedes wyskakiwał z wanny, na Igrzyskach Olimpijskich był bieg hoplitów, mężczyźni nie golili bród, stawiano waszym rodzicom świątynie, składano im ofiary, a grecka mitologia nie żyła jedynie na kartach książek dla większości ludzkości, tylko była prawdziwą religią, którą wyznawała cała Grecja!
Will patrzył się na nią z wyrazem niedowierzania na twarzy, a z oczu Mar wypłynęło jeszcze więcej łez. Chłopak szybko się ogarnął i przytulił ją.
- Spokojnie... Wierzę ci... Wiem, że jesteś Obdarzoną, a znam jej historię. Po prostu.... Nie dopuszczałem tego do siebie... To co się wtedy stało to nie twoja wina... - pocałował ją w czubek głowy.


Łzy nadal nie przestawały cieknąć i nawet ciepłe słowa Willa, jego ramiona przytulające ją, nie dawały pocieszenia.
_________________
Oto szesnasty rozdział!
Dedykuję go Roldze. Już masz co czytać. Przez następny miesiąc... łups...
I obiecany : "Will pachnie świeżymi ciasteczkami" Luna. Tak Lunałko, pachnie ciasteczkami...
Mam nadzieję, że rozdział się podoba, że nic nie schrzaniłam, jak zawsze, i że nie ma zbyt wielu błędów za które przepraszam ;)
Czy tylko ja rozpaczam, że wracamy już do szkoły?
Nie zanudzam
Laciata <3

Jeśli czytasz to skomentuj!!!