niedziela, 19 października 2014

Rozdział XIII

Uciekam. Nie wiem przed czym, ale to co mnie goni jest straszliwe. Nie chcę tego zobaczyć. Czuję wilgotny oddech tego czegoś na karku, mimo tego, że gdy się odwrócę za mną nic nie ma. Po prostu pustka. Ciemność. Przede mną widzę jakieś pomarańczowe światło. Wiem, że musze tam dobiec. Nim pochłonie mnie ciemność. Nim złapie mnie to straszliwe coś.
Moja sukienka do kolan zaczyna się wydłużać i ciągle się o nią potykam. Zmienia swój kolor. Staje sie czarna. Skóra nabiera lekko ziemistego odcienia, a włosy stają się bardziej brązowe niż czerwone. Nie, Nyks! Nie...
Zatrzymuję się i tracę władzę nad swoim ciałem. Przede mną, w dole, majaczy pomarańczowa poświata. Podchodzę tam, choć tego nie chcę. I widzę to, czego sie spodziewałam. Pode mną w płomieniach stoi Hacjenda... Will... Ethan... Nick... Veronica... Jeremy... Nie mogę ich stracić.
Ku mej uldze, lub strachu, ktoś mnie woła. Odwracam się i do moich stóp pada Ethan. Chłopak ma ręce związane za plecami, jego ciemne oczy patrzą na mnie z obrzydzeniem i nienawiścią. Chcę się cofnąć. Pobiec gdzieś daleko. Z dala od tej nienawiści.
Ale tylko się śmieje. Nie... nie ja, tylko Nyks, która przejęła moje ciało. Jeden ze Cieni, w czarnym kapturze podaje mi sztylet. Obracam go w dłoniach i ze śmiechem łapię Ethana za żuchwę. Wściekła mina i nienawiść w oczach nadają jego twarzy zwierzęcy wygląd. Przykładam nóż do jego gardła i bez skrupułów podrzynam my gardło.
Widok krwi sprawia, że robi mi się słabo. Stojąca obok mnie Rillianne śmieje się jak szalona, elegancko zasłaniając usta ręką. Lecz jej śmiech urywa się, gdy pod moimi spotami ląduje William. Patrzy się na brata z chłodną obojętnością, ale widzę ręce zwinięte w pięści, napięcie szczęki... Rillianne nie chce bym zabijała Willa, mimo to nie sprzeciwia się woli Nyks.
Klękam przed nim. W jego błękitnych oczach widać inne uczucia niż u Ethana. On walczył, wyrywał się, nie chciał umierać. Will za to był spokojny. Przyjął do wiadomości, że zabije go bogini z moją twarzą, moimi dłońmi. Jego wzrok jest pełen strachu, ale też poddania i... miłości... Patrzy na Rillianne z błaganiem. Wie, że ja nic nie zrobię. Nysk ma zbyt wielką władzę nade mną, nie potrafię się jej przeciwstawić.
Ale... na moment mi się to udaje, częściowo. Moja ręka, której przedłużeniem jest sztylet kieruje się do gardła Willa. Mimo to daję radę oprzeć czoło o czoło Willa, spojrzeć w jego oczy wypełnione smutkiem i strachem i wyszeptać tylko jedno słowo :
- Przepraszam.
Krew Williama Evela rozpryskuje się na mojej sukni, a jego ciało bezwładnie opada na moje kolana.

Marceline gwałtownie podniosła się na łóżku, ledwo tłumiąc krzyk.
Will... Ethan... Ona ich... zabiła...
Zamknęła oczy i wzięła dwa głębokie wdechy. Otworzyła oczy i rozejrzała sie po pokoju. Łóżko Veronici było puste. Ciekawe, gdzie poszła siostra?

Mar jednak nie zaprzątała sobie tym głowy. Bardziej bała się swojego snu i spotkania z Rillianne.
Z westchnieniem znów się położyła i zasnęła. Tym razem, na szczęście bez snów.
Gdy się obudziła, wciąż była sama w pokoju. Spojrzała na zegarek. Śniadanie trwa juz od 10 minut! Szybko się ogarnęła, ubrała i pobiegła do stołówki.

Zastała tam Veronicę przytuloną do Jeremiego. "Już się pogodzili" westchnęła w myślach z pobłażliwym uśmiechem. Nick siedział na przeciwko i bawił się sosem czekoladowym rysując nim różne rysunki na naleśnikach. Mar zaśmiała się cicho i ruszyła w stronę bufetu po kanapki z żółtym serem i czarną herbatę. Zmierzała  w stronę swoich przyjaciół, gdy prawie wpadła na nią piętnastoletnia dziewczyna.
- Gomenasai! - krzyknęła, ledwo odwracając się do Mar i nadal biegnąc do drzwi.
Westchnęła, usiadła obok Nicka i przywitała się, rzucając siostrze i jej chłopakowi lekko zdziwione spojrzenie. Nick przełknął spory kęs swojego naleśnika, który zostawił wokół jego ust i na brodzie liczne ślady sosu czekoladowego i pomachał sobie dłonią przed nosem.
- Oni tak cały czas. Jedzie od nich hormonami na kilometr.
Veronica przewróciła oczami i bez słowa zabrała się do swojej jajecznicy.
- W ogóle. - zaczął Nick, przełykając kolejny kęs naleśnika, brudząc się jeszcze bardziej i celują w Mar widelcem, też upaćkanym czekoladą - Znasz tą dziewczynę, co przepraszała cię po japońsku?
- To był japoński? - spytała lekko zdziwiona. Myślała, ze to było jedno z tych niewielu angielskich słówek jakich jeszcze nie znała.
- A) zadałem ci pytanie B) tak, C) nie pytaj skąd wiem, że to było przepraszam - nakazał karcącym tonem z surową miną, na co wybuchnęła śmiechem. Przyjaciel posłał jej spojrzenie typu "żartujesz sobie ze mnie?!"
- Wybacz. - wymamrotała przez śmiech, bo Nick z tą miną i czekoladą na twarzy wyglądał co najmniej komicznie - Nie, nie znam jej. A ty?
- I skąd wiesz co mówiła? - dołączyła się Veronica.
- Odpowiadam tylko dlatego, że mam świadomość iż : siedzisz na kolanach syna Hadesa, który jest mistrzem w rzucaniu nożami, w szafie masz zardzewiałą piłę, naczytałaś się Creepypast, naoglądałaś sie Piły, twoim idolami są Jeff the Killer i Jigsaw i kocham swoje klejnoty. - wytłumaczył z poważną miną, kiwając głową z każdym punktem, na co na usta Veronici wstąpił dumny uśmieszek, a Jer niby odruchowo zaczął bawić się nożem do masła - Tak znam ją i kilka japońskich słówek jakich mnie nauczyła.
- A kim ona jest? - dopytywała się Marceline.
- A co zazdrosna? - zapytał z zawadiackim uśmiechem -  Muszę powiedzieć Willowi, ze wybrałaś mnie. Biadaczek się załamie - pokręcił z politowaniem głową, cmokając ze współczuciem, na co policzki Mar przybrały odcień jej włosów - To Luna Grace Elenwood, moja narzeczona.

Po tych słowach przy stoliku zapadła dziwna cisza przerywana, odgłosem sztućców uderzających o talerze i szklanek odstawianych na stolik, przerwana dopiero przyjściem niebieskowłosej, która oparła się o ramiona Nicka.
- Cześć, kochana! - przywitał się zanim ta zdążyła powiedzieć choć słowo i objął ją w talii - Jak tam przed naszą nocą poślubną?
- Weźźź! - walnęła go ręką po głowie i usiadła obok - Hej! - pomachała do reszty przyjaciół - Jestem Luna Grace Elenwood. Córka Hermesa i siostra, tak siostra, nie narzeczona jak to lubi mawiać, tego idioty siedzącego obok - wskazała na Nicka.
- Hermesa? - zdziwiła się Veronica - Nick jest synem Apollina.
- No cóż. - powiedział Nick neutralnym tonem odkrywającego coś naukowca - Powiedzmy, że nasza matka była wszechstronna.
Veronica uniosła brwi, ale nie drążyła tematu. Śniadanie minęło na śmiechu i poznawaniu Luny i jej i Nicka sekretów z dzieciństwa, jak to, że Nick przez pół dzieciństwa bał sie wszelkich obrazów w domu, bo bał się, ze porwą go do swojego świata i on będzie na tym obrazie już na zawsze i nie wyjdzie.

***

Dwa dni jakie Marceline miała do spotkania z Rillianne minęły błyskawicznie.
Mar odziana w ciemniejsze ciuchy wymknęła się z Hacjendy, gdy słońce zaszło, nie wzbudzając podejrzenia przyjaciół i przeszła się do Viel.

Na początku nie rozpoznała wysokiej postaci uczesanej w znajome dwa kitki po bokach. Ubrana w małą czarną, bez maski nie przypominała tamtej dziewczyny jaką Marceline widziała na plaży. Rillianne machnęła na nią ręką znad kieliszka whiskey, jak widać rodzeństwo ma podobne zamiłowania do trunków.
- Sławetna Obdarzona przybyła! - powiedziała, gdy Mar usiadła naprzeciwko - Umówiłabym się z tobą na wczoraj, ale był finał Free! i nie mogłam tego przegapić! - usprawiedliwiła się i upiła łyka alkoholu.
- Free? - zdziwiła się Mar. O czym ona mówiła?
- Anime? Haru? Rin? Makoto? Pływanie? - rzucała hasła, a gdy jej towarzyszka pokręciła głową, westchnęła : - Obdarzona? - dodała z cwaniackim uśmiechem, który tyle razy widziała na ustach Willa - Chyba o tym miałyśmy mówić.
- Tak... - wyszeptała niepewnie Marceline, kurczowo ściskając torebkę w której miała ukryty sztylet, tak na wszelki wypadek.
- Mam większy w bucie i potwory na każde skinienie palcem. Nie radzę - powiedziała z sztucznym uśmieszkiem - Ale wracamy do naszej Obdarzonej, nie mam całego wieczoru. Kurosiek na mnie czeka. - rozsiadła się wygodnie na swoim krześle - Znasz mit o Pandorze?
- Znam. - potwierdziła Mar, ze strachem puszczając torebkę. Kelner przyniósł jej sok jabłkowy, choć o niego nie prosiła. Upiła łyk, a Rillianne rozpoczęła opowieść :
- Obdarzona jest kimś podobnym. Pewnej kobiecie, która była w ciąży ze swoją drugą córką, przyśniła się Hestia. Powiedziała jej, że dziecko, które nosi zostało wybrane przez bogów. Po narodzinach przyszła do niej we własnej boskiej osobie razem z zastępem nimf i zabrały je córkę na Olimp, a tam...
- Bogowie obdarzyli ją mocami - przerwała jej Mar, mówiąc jak w letargu, wpatrując sie w szklankę - Nadali jej moje imię i oddali rodzicom. - podniosła wzrok na siostrę Willa i zauważyła jacy są podobni - Miałam wizję. Wtedy na plaży.
- Hm.... - Rillianne zamyśliła się, biorąc łyk whiskey - Czyli bogowie chcą byś to pamiętała.
- Ale czemu? I co? - dopytywała się.
- Marceline, córa Kasandry i Nickolaosa z Gór, Obdarzona, która...

Ale Mar nie dowiedziała się jaka Obdarzona, bo przerwał im znajomy głos :
- Proszę, proszę... Moja najlepsza przyjaciółka gada z moją byłą i siostrą mojego przyjaciela. Ciekawe...
Nad nimi stał Nick z surową miną
- O Nicky! - Rillianne dopiła drinka i wstała - Miło cię znów widzieć - cmoknęła go w policzek - Ale skoro nam przeszkodzono - wskazała na Mar - To ja już idę. Sebcio czeka! Resztę ci opowie Willy - pomachała im na pożegnanie i wyszła z Viel.
- Sebcio?
- Sebastian Michaelis z Kuroshistuji. Rin to klasyczna Otaku i yaoistka przy okazji. Tak jak moja siostra. I fanka vocaloidów, wciąż czesze się jak Miku. - westchnął - Dziwne, że jeszcze się na niebieski nie przefarbowała. A może to był zielony? Ale my nie o tym...
- Co z nią robiłaś?! - przerwał mu Will, który ze złością wpadł do środka.
Marceline skuliła się za Nickiem.
- Will spokojnie... - powiedział przyjaciel z podniesionymi rękoma.
- Spokojnie?! Rillianne mogła ją zabić! - krzyknął na całe pomieszczenie, tak, że barman zagroził mu wyprowadzeniem z baru, na co Will zareagował wzruszeniem ramion i złapał Mar za rękę, po czym siłą wyciągnął ją na zewnątrz.
- Hej! - zawołał Nick, rozdzielając ich ręce - Lordly-Wilkołak traktuje ją delikatniej!
Will spiorunował go wzrokiem.
- Poszła do mojej nieprzewidywalnej siostry, nikomu o tym nie mówiąc! Mam prawo być wściekły!
- Nie jesteś jej chłopakiem by sie o nią martwić! Lordly jest bliżej tego niż ty! - Nick przytrzymał za ręce przyjaciela, który był blisko rozwalenia szyby za Marceline.
- Lordly ma sekret, który oboje znamy, więc nie wyskakuj mi tu, że prędzej on będzie z Mar niż ja! - wrzasnął wyrywając mu się.
- Jestem tu. - pisnęła Marceline, chowając głowę w ramionach, cała zaczerwieniona bo usłyszeniu wymiany zdań pomiędzy przyjaciółmi. Ledwo hamowała łzy. Wściekłość Willa ją raniła, bo to ona była jej powodem. Nie chciała, by Will się wściekał. Nie lubiła złości, ogarnia ja wtedy strach i smutek.
- I właśnie w tym problem! - odgarnął sobie włosy z twarzy i oparł dłonie po obu stronach głowy Mar - Nie powinno cię tu być! Nie powinnaś milczeć w sprawie tego spotkania! Powinnaś była mi powiedzieć... - wyszeptał już cicho opierając głowę o jej ramię - Myślałem, że zacznę zabijać z niepokoju o ciebie. - musnął delikatnie ustami jej obojczyk, wywołując delikatne dreszcze. Poczuła, że się uśmiechał.
- Już wam chyba coś mówiłem w szpitalu! - westchnął Nick - Pomiźacie się w pokoju. Najlepiej Mar. Bo ja nie chcę na to patrzeć... - zrobił gest jakby wymiotował .
- Jesteście razem w pokoju? - spytała, gdy Will już odsunął się od niej niechętnie, i gdy jej rumieniec toroche zbladł i odzyskała zdolność mówienia bez zająknięcia.
- Niestety... - westchnął Will.
- Ja ci zaraz dam niestety! - przyjaciel walnął go po głowie - Dobra wracamy do Hacjendy, bo nam zaraz umrą tam z tęsknoty.
Śmiejąc się ruszyli w stronę szkoły. Ale Mar wciąż nurtowały słowa Rillianne. Nie ma innego wyjścia. Będzie musiała dopytać Willa.

***
Ethan

Siedzi obok mnie. Jedziemy autokarem gdzieś. Nie ważne gdzie. Nie obchodzi mnie to w ogóle. Ważne, że jedziemy tam razem i że jest to daleko od Hacjendy.
Śpi, opierając głowę o szybę. Na ramiona ma zarzuconą moją kurtkę. Wygląda pięknie. Uśmiecham się jak głupi na ten widok.
Pochylam się i odgarniam kilka kosmyków jakie opadło na tą piękną twarz. Serce bije mi jak oszalałe. Mamrocze coś cicho, delikatnie poruszając tymi słodkimi ustami. Robi mi się gorąco na myśl co potrafi nimi uczynić. Przybliżam się jeszcze bardziej i całuję je, wplatając dłoń w te jedwabiste włosy i nakręcając ja na palec.
- Kocham cię - szepczę cicho i spoglądam w, teraz już otwarte, piękne, niebieskie oczy Williama Evela.

Ethan zerwał się z łóżka z przerażeniem. Znowu?! Kolejny raz śnią mu się takie rzeczy. Chociaż to nic w porównaniu z, na przykład, wczorajszym snem... On i Will... razem... Wzdrygnął się.
- Nie, to nigdy nie nastąpi - szepnął do siebie - Nie pozwolę na to. Przecież nie jego pragnę...

Z tą myślą położył się znowu spać.

Ale w jego głowie odezwał się cichy znajomy głos, który nawiedział go w snach "Czy aby na pewno, Lordly?"
_____________
Oto trzynasty rozdział!!!
Coś mam wrażenie, że znienawidzicie mnie za końcówkę, ale co tam xD Mam nadzieję, że wciąż będziecie to czytać :*
Mam też nadzieję, że rozdział się podoba. I przepraszam za błędy.
W ogóle pisze to w pokoju, w którym są tylko meble, bo mam mieć remont (głupi sufit mi spadł), co cię równa z tym, że teraz nie będę mogła pisać zbytnio. Rozdziału proszę się szybko nie spodziewać.
Ten rozdział dedykuję trzem osobom : 

Lunie, wiesz czemu xD
Radosnej Oli, dzięki że wzięłaś się też za tego bloga i wiedz, że znalazłam cię na Facebooku xD

i Roldze (dobrze odmieniam) cieszę się, że tak cię niecierpliwisz co do następnych rozdziałów. 
Nie zanudzam
Laciata <3

Jeśli czytasz to skomentuj!!!

niedziela, 21 września 2014

Rozdział XII

Will wylądował w szpitalu. Mar prawie poszła w jego ślady, ale udało jej się wybłagać, by pielęgniarki tylko nałożyły jej opatrunek na rany, a ona mogła wrócić do pokoju.

Stanęła przed drzwiami swojego pokoju i delikatnie zapukała, poczym otworzyła drzwi i weszła do środka.
W pomieszczeniu zastała Nicka leżącego na jej łóżku z nogami opartymi na ścianie i głową zwieszoną poza krawędzią łóżka. Veronica stała obok swojego biurka wyraźnie czym podenerwowana.
- Gdzie byłaś? - spytała na wstępnie.
- Jak migdalenie z Willem? - powiedział w tym samym momencie Nick, a Marceline od razu oblała się rumieńcem na wspomnienie pocałunku - W ogóle żałuj, że cię nie było, chociaż wnioskując po twoim rumieńcu myślę, że czas z Willem spędziłaś równie owocnie. Ominęła cię epicka - położył nacisk na to słowo - pierwsza kłótnia Veremy. Epicka. Zrobili scenę na całą stołówkę! - klasnął w dłonie.
Mówił z takim przejęciem, że Mar nie mogła się nie zaśmiać. Veronica spiorunowała ich wzrokiem.
- O co? - spytała Marceline z lekko udawanym przejęciem, by udobruchać siostrę.
- Zrobił mi scenę zazdrości, bo wpadłam na Gale'a Jacobsena i on mnie złapał. I wyglądało jakbym go przytulała. A ten idiota Jer zrobił mi scenę zazdrości.
- Oficjalna wersja. A prawdziwa  jest taka, że Jer zapytał się czemu ona go przytuliła, a po wyjaśnianiu uznał że nie do końca mu się to podoba. No i się zaczęła... BUM - zrobił rękoma gest jakby coś wybuchało - Apokalipsa. Pamiętaj, Mar - wskazał na nią palcem w nauczycielskim geście - Nigdy nie wkurzaj Veronici Lynch. Nie, niestety to nie jest żona Rossa Lyncha. Wkurzona Vera to jak wszystkie demony piekła i pięciu jeźdźców Apokalipsy razem wzięte.
Mar zaczęła się śmiać jak głupia. Entuzjazm Nicka tak ją śmieszył, że w końcu rozbolał ją brzuch. Za to właśnie kochała swojego przyjaciela. Jego humoru nie dało się nie lubić, potrafił ją rozśmieszyć w każdej sytuacji.
- Nick? - spytała słodkim głosem Veronica. - Jak bardzo kochasz swoje klejnoty?
Spojrzał na nią z mieszanką przerażenia i rozbawienia, powoli przewracając się na brzuch i siadając.
- Bardzo - pisnął, widząc jej morderczy wzrok.
- To wynoś mi się stąd nim obetnę ci je zardzewiałą piłą, którą trzymam w szafie na wypadek spotkania z Jigsawem. - zagroziła śmiertelnie poważnym tonem i chłopak z piskiem, trzymając się za krocze, wybiegł z pokoju, potykając się o własne nogi.
Marceline kolejny raz zaczęła pokładać się ze śmiechu tak, że padła na swoje łóżko i zaczęła się po nim tarzać.
- Z czego się śmiejesz? - burknęła Veronica, odwracając się bokiem do niej i zaplatając ręce na piersi.
Mar usiadła wyprostowana, zasłoniła dłonią usta i pokręciła głową, próbując powstrzymać śmiech. Veronica westchnęła.
- To co ty tam z arcypodłym Williamem Evelem robiłaś? - spytała z nutą podejrzenia w głosie.
Marceline automatycznie się zarumieniła, nagle wyraźnie czując smak mięty na języku.
- Jeździliśmy konno... - wymamrotała, odwracając wzrok.
- Na pewno...? - siostra uniosła brew.
Dziewczyna pokiwała głową, zasłaniając twarz włosami. Nagle sobie przypomniała o Rillianne i Lily.
- Will miał siostry?
Vera spojrzała na nią dziwnie.
- Dwie. Skąd wiesz? Mówił ci?
- Nie, ale.. Widziałam je.. - szepnęła - I jego matkę też...
- Widziałaś Jacquline Evel? To może lepiej będzie jak poznasz całą historię... - zaproponowała Veronica niepewnie.

Mar pokiwała głową. Historia rodziny Willa z każdą chwilą bardziej ją ciekawiła. Siostra usiadła po turecku na swoim łóżku i podjęła opowieść :

- Jacquline po urodzeniu bliźniaków założyła organizację zwaną Cieniami. W jej skład wchodzili ludzie, którzy przysięgli wierność Nyks i Mrokowi czyli szefowi Cieni, w tamtym czasie Jacquline. Pod jej dowództwem atakowali Szkoły, takie jak nasza Hacjenda, w różnych krajach, tym samym próbowali obalić Radę.
Ale mówimy o Jacquline a nie o Cieniach.
Gdy urodziła dzieci przekonała, za plecami Zeusa, czyli faktycznego ojca bliźniaków, Aresa - zaczęła wyliczać na palcach - Apollina, Hadesa, Posejdona i Hermesa, ominęła tylko Dionizosa i Hefajstosa, iż William i... nie wiem jak ma jego siostra na imię...
- Rillianne. - wtrąciła Marceline.
- Aha, okay... Iż William i Rillianne są ich dziećmi, błagając o ich błogosławieństwo. Wiesz żeby mieli moce od danych bogów. Oczywiście każdy z bogów w to uwierzył. Bo jak inaczej. W między czasie nakłaniała Zeusa, by ze swoich dzieci zrobił bogów potężniejszych niż jakikolwiek Olimpijczyk, a z niej samej zrobić nową Herę, a starą zabić czy wywalić do śmiertelników. Kiedy Zeus miał się zgodzić dowiedział się o jej związku z Cieniami i manipulacji innymi bogami. Wściekł się. Amerykę przez kilka dni nawiedzały burze i pioruny. Jacquline została skazana na śmierć, ale uciekła razem z dziećmi. Przez dziesięć lat nikt o niej nie słyszał ani nie widział. Krąży pogłoska, że Zeus znalazł ją dwa lata po ucieczce. Jako dawni kochankowie... wszyscy wiemy co się działo. Po akcji Zeus nie mógł jej wydać, więc pozwolił jej uciec pewny że niedługo ją znajdą. Prawdopodobnie z tej jakże owocnej nocy Jacquline wyszła z brzuszkiem. Bynajmniej. Przez dziesięć lat Jaquline kierowała Cieniami z ukrycia i wychowywała dzieci. W końcu ją znaleziono, ale gdy dotarli do jej domu zastali ruiny. Jacquline wywołała pożar we własnym domu, zabijając siebie i córkę. W ruinach domu odnaleziono ciało jej i ośmioletniej dziewczynki. Przeszukali urzędy i doszli do wniosku, że była jeszcze jedna z Evelów. Dwa lata młodsza od Williama i Rillianne.
- Lily. - szepnęła Mar, przypominając sobie słodką dziewczynkę ze stajni.
- Jeśli tak mówisz... Jest teoria, iż jest ona córką Zeusa, ale nie zostało to potwierdzone.
- Jest. - kiwnęła głową Mar - Gdy z nią rozmawiałam nazwała Zeusa tatusiem. - nastała chwila ciszy. - A co się stało z Willem i Rillianne?
- Po dwóch miesiącach odnaleźli Williama, schowanego w jednej z klas w szkole do której chodził. Zapytany o Rillianne powiedział, że jego siostra zniknęła kilka dni wcześniej. Jego wysłano do nas do szkoły, a po nie owocnych poszukiwaniach, Rillianne została uznana za zmarłą. - zakończyła opowieść - Już znasz jego historię.
Mar pokiwała głową.
- Ale... Skąd ty ją znasz?
- Robiłam album o Jacquline na historię. W bibliotece można go wypożyczyć. - wzruszyła ramionami i ziewnęła - Nie wiem jak ty, Mar, ale ja idę spać.
Veronica przeciągnęła się, upadła bokiem na łóżko, wgramoliła się pod kołdrę i nie minęło pół minuty a do uszu Marceline już doszedł jej równy oddech.

Mimo zmęczenia, później pory, i tego, że godziny odwiedzin minęły dawno dziewczyna postanowiła odwiedzić Willa w szpitalu.

Bez butów, jedynie w skarpetkach skradała się przez część żeńską z wielką nadzieją, że jakiś zbłąkany chłopak, wychodzący od swojej dziewczyny jej nie przyuważy.
- Mar? - usłyszała za sobą znajomy męski głos - Co tu robisz?
Ledwo powstrzymała się od jęku.
- Ethan? - odwróciła się do niego i zaplotła ręce na piersi - A ty? To chyba nie jest twój akademik... - powiedziała, odczuwając lekką irytację. Traciła przez niego minuty...
Chociaż doskonale wiedziała co chłopacy robią w damskim akademiku. Ukuła ją mała igiełka zazdrości. Przecież Ethan nie wykazywał zainteresowania inną dziewczyną niż Mar... Ale w sumie Will... Nie powinna tak myśleć o ich obu... Musi wybrać jednego.
- Byłem u siostry. - wytłumaczył się podchodząc do niej. Doszła do niej delikatna woń alkoholu. Złapał ją za nadgarstki - A co? Zazdrość cię ogarnia, skarbie? - przyparł ją do ściany. - Bo ja bardzo. Do kogo idziesz?
- Ethan... puść mnie - powiedziała spokojnie, starając się nie reagować na jego oddech muskający jej szyję. - Idę do szpitala.
- Po co? - spytał zachrypłym głosem - Chodź ze mną...
- Ethan... - ostrzegła.
- Kocham jak wymawiasz moje imię... - wychrypiał i ją pocałował.
Uwielbiała pocałunki Ethana. Nie dało się zaprzeczyć. Ale... od razu przed oczami stanęła jej scena z plaży. Tak, Droga Marceline odezwał się jakiś głos w jej głowie Jednego dnia całowałaś się z dwoma innymi facetami. Zignorowała go i dalej dała się całować Ethanowi, powoli dochodząc do wniosku, że wybiera jego, a Willowi powie, że nic z tego, ale gdy jego dłoń powędrowała do zamka na jej plecach, odepchnęła go i z całej siły uderzyła płaską dłonią w twarz. Zatoczył się do tyłu patrząc na nią głodnym wzrokiem.
- Nie zbliżaj się... - zagroziła lekko drżącym głosem. Wyraz oczu Ethana przerażał ją. Przywołała na czubek palca płomyk i powoli się cofając się do tyłu, odeszła od niego. Gdy skręciła puściła się biegiem.

Po chwili dotarła do szpitala.
Chowając się w wnękach unikała nimf-pielęgniarek. Po kilku próbach znalazła salę w której przebywał Will i jakaś kobieta... Dopiero po chwili odkryła do kogo należą dwa kitki. Rillianne siedziała przy bracie i delikatnie nawijała jego włosy na palec, szepcząc coś cicho. Podniosła głowę i zauważyła Marceline. Uśmiechnęła się wrednie, pocałowała Willa w czoło i zniknęła. Chłopak przewrócił się na brzuch i cicho jęknął, gdy naruszył bandaże. Mar usłyszała kroki w głębi korytarza i szybko wkradła się do pomieszczenia.
- Will? - szepnęła prawie niesłyszalnie, bojąc się, że go obudzi, jeśli spał.
- Willy bardziej mi się podobało, Marceline. - wymamrotał otwierając jedno oko i przeszywając ją błękitnym spojrzeniem.
Dziewczyna oblała się rumieńcem aż po szyję, co on skomentował śmiechem. Odsunął się kawałek na łóżku i odchylił kołdrę.
- Schowaj się by cię pielęgniarki z obchodu nie złapały. - wytłumaczył widząc jej zdziwione spojrzenie.
Mar pokiwała głową, ale obeszła łóżko i usiadła obok krzesła na którym siedziała Rillianne, skazując przy tym Willa na odwrócenie się na drugi bok, co wywołało kolejny jęk bólu.
- Przepraszam! - pisnęła, rzucając się w stronę jego łóżka - Boli?
Prychnął rozbawiony.
- Walnąłbym teraz taki głupi tekst, ale wyszedłbym na idiotę, a tego nie chce. Jak twoje nogi? - powiedział, wyciągając rękę w jej stronę, zatapiając palce w jej czerwonych włosach. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do ich nowego koloru.
- Oh, Piękna Marceline, boli mnie tylko wtedy, gdy jesteś daleko i nie mogę cię dotknąć! Me serce przeżywa wtedy najstraszniejsze cierpienia! - dobiegł ich spod drzwi znajomy głos - To chciał powiedzieć.
Mar odskoczyła od Willa, wywołując tym ból w nogach, który (jak cały wieczór) zignorowała.
- Nick? - westchnął Will - Czemu nie jestem zdziwiony?
- Bo łączy nas taka mocna nierozerwalna nić miłości, że zawsze wiesz kiedy się zbliżam, bo twe serce bije wtedy mocnej. - powiedział wyniosłym, teatralnym tonem, odbijając się od framugi drzwi, o którą się opierał. - A nie, sorry. To z Marceline tak masz. - machnął lekceważąco ręką - Mnie po prostu za bardzo znasz.
Mar jednocześnie zarumieniła się po szyję i nie mogła pohamować śmiechu. Nick był mistrzem w rozbawianiu jej. I nie tylko jej, bo zauważyła, że Will, mimo markotnej miny małego dziecka, również się uśmiecha.
Nick wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Kurde, płacić mi za to powinni. Jednocześnie sprawiłem, że a) - zaczął wyliczać na palcach - Marceline spiekła buraka, b) śmiejąc się przy tym, c) wielki William Evel się uśmiecha.
- Tak, tak, tak, Nick. Jesteś bogiem. - powiedział Will, próbując usiąść, ale skrzywił się z bólu i zaprzestał próby.
- Pomogę ci. - chicho szepnęła Mar i delikatnie pomogła mu usiąść po turecku. Zgarbił się i zasłonił włosami twarz, chowając uśmiech.
- Noż, wy nawet w obecności przyzwoitki się do siebie milicie. Wiecie wy co... - zarzucił im syn Apollina, gestykulując jedną ręką.
- Nick... - zaczął Will - Zamknij oczy.
- Po co? - zaprotestował.
- Zamknij oczy. - powtórzył groźniejszym tonem.
- Tak jest, panie Złe i Potężne Zeusiątko. - skłonił się, ale wykonał jego polecenie.
Will skinął na Mar palcem. Dziewczyna lekko zmieszana usiadła na łóżku obok niego.
- Zatkaj uszy. - wydał następne polecenie, które Nick wykonał bez protestu - I odwróć się.
- I tak mam zamknięte oczy, więc po co? - zaprotestował dziecinnym głosem.
- Nick... - zagroził, jego przyjaciel.
- Już, już - powiedział, wykonując przy tym kilka śmiesznych min, ale odwrócił się.
Potem Will na migi pokazał Marceline, że też ma zamknąć oczy. Grzecznie wykonała jego polecenie, domyślając się co zamierza zrobić.

I oczywiście zgadała. Will powoli i delikatnie ją pocałował, tak jak nigdy nie robił tego Ethan. Myślała, że się rozpłynie, ale przeszkodził jej głos sumienia :
"Tak, Marceline. Całowałaś się dwa razy z Ethanem i dwa razy z Willem. Jednego dnia. Naprawdę... robi się z ciebie rozpustnica... Nie wstyd ci?"
Gwałtownie odskoczyła od chłopaka, spadając przy tym z łóżka. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że "głosem sumienia" był Nick, który się odwrócił i otworzył oczy. I który teraz pokładał się ze śmiechu. Co utwierdziło ją w przekonaniu, że ma wybrać i nie bawić się oboma.
- To ja... - zaczęła Mar, wstając niezgrabnie - To ja może... już wrócę do siebie... - wyszeptała ze spuszczoną głową i pobiegła do swojego pokoju.

Otworzyła drzwi i od razu owiał ją chłodny podmuch wiatru. Okno było otwarte, firanki trzepotały na wietrze, jakaś kartka zleciała z biurka. Ten widok zdziwił Marceline. Przecież jak wychodziła z pokoju okno było zamknięte. Podeszła i zamknęła je. Jej wzrok przykuła mała, biała kartka. Ładnym, schludnym pismem była napisana krótka wiadomość :

Jeśli chcesz wiedzieć o co chodziło mi z Obdarzoną przyjdź za dwa dni do Viel.
Sama.
~R.E

Marceline patrzyła przez chwilę na kartkę, poczym schowała ją do swojej szuflady w biurku. Wiedziała, że Rillianne jest w tej chwili jedynym źródłem informacji. Will nie powie jej, o co chodziło jego siostrze. Była tego świadoma. Tak samo jak tego, że grozi jej niebezpieczeństwo ze strony Mroku. Ale musiała iść. Musiała spotkać się z Rillianne. Zapytać ją o parę rzeczy. Musiała poznać prawdę o tamtym dziecku z wizji i o tym kim jest jako Obdarzona.


Z tą myślą położyła się spać.
_______________
Oto przed Wami dwunasty rozdział!!!
Nareszcie!!!
Przepraszam bardzo za taką przerwę. Trzydzieści trzy dni nie było rozdziału. Ale teraz już jest!
Co mam na swoje usprawiedliwienie?
Szkoła... No dobra miałam jeszcze pół miesiąca wakacji, ale... Klątwa Tygrysa i Dengeki Daisy były zbyt przekonujące, wybaczcie. 
Mam nadzieję, że rozdział Wam się podoba. I oczywiście przepraszam za błędy. 
A i jeszcze jedno... Od teraz rozdziały będą rzadziej. (Miasto Niebiańskiego Ognia w środę ma premierę, wiec będę bardzo zaczytana <3 ) Szkoła i wiece... *przewraca oczami* 
Nie zanudzam
Laciata <3

Dziękuję bardzo za ponad 3000 wejść! Jesteście wspaniali <3


Jeśli czytasz to skomentuj!!!

niedziela, 31 sierpnia 2014

One Shoot...

(zamiast trzech kropek powinien być tytuł, ale nic a to nic mi nie wpadło do głowy)
Na piękne zakończenie wakacji!
Oto przed Wami one shoot z...!!!
_________________________

Kagamine Len. Gwiazda, którego piosenki są rozsławiane na całym świecie. Sukces ostatniego kawałka SPICE* przyniósł mu taki rozgłos, że w Japonii jest znany przez każdego. Miliony dziewcząt chce go chociaż zobaczyć, zamienić z nim słowo, lub dotknąć, choćby musnąć ramieniem.

A ja chodzę z nim do klasy.
Ale ten "zaszczyt" spotkał nie tylko mnie. Jest jeszcze dwadzieścia pięć osób, które dzielą ze mną ten "przywilej". I połowa nie jest zbyt z tego zadowolona. Dziewczyny oczywiście Len zachwyca. Ciągle proponują mu nieprzyzwoite rzeczy związanie z niektórymi jego piosenkami (#SPICE).
Wtedy na wierzch wychodzi prawdziwa natura Lena. Chłopak jest nieśmiały. Nigdy by nie pomyślał o niektórych rzeczach jakie śpiewa. Mimo iż to on pisze wszystkie teksty (nie mam bladego pojęcia jak może jednocześnie śpiewać to bez zażenowania, a w szkole czerwienić się i jąkać jak ktoś tylko o tym wspomni. Może był na haju jak pisał niektóre piosenki?).
Z czego oczywiście chłopcy z klasy się śmieją. Len jest najbardziej nielubianym chłopakiem w klasie. Zbiera laury w nauce. W sporcie trochę gorzej, ale radzi sobie. To akurat powinno imponować innym, ale działa w zupełnie odwrotny sposób. Chłopak jest najprościej mówiąc czarną owcą.
Ale jedna osoba jest dla niego miła.

Przewodnicząca.

Kagamine Rin. Ku memu utrapieniu, nie są rodziną. Jest to jedynie zbieżność nazwisk. Dodajmy iż jest przyjaciółką z dzieciństwa Lena i też koleżanką po fachu.. Nagrali razem mnóstwo piosenek. I nie zapomnijmy, że Przewodnicząca to damska wersja Lena. Tylko Len ma ociupinkę dłuższe włosy, które wiąże w taką słodką kitkę. Gdyby ubrali się tak samo i Len rozpuściłby włosy prawdopodobnie by się ich rozróżnić nie dało. No chociaż Len jest wyższy.

Nie można też ominąć tego, że Len najwyraźniej czuje coś do Rin. Bez wzajemności, bo Rin jest ostatnio widywana z Kaito.

No, do listy miłych dla niego osób dodałabym jeszcze jego fanki, ale... to się nie liczy.
I powinnam się tam też znaleźć ja.
Gdybym miała tyle odwagi chociaż odezwać się do Lena.
Nie raz jak zostawiałam dłużej w szkole, ucząc się przyłapywałam go w klasie muzycznej z gitarą, czy przy fortepianie. Można powiedzieć, że słyszałam SPICE zanim zostało wydane, siedząc przed drzwiami do sali muzycznej, gdzie zawsze ma próby. Znaczy coś tam robi jeszcze z tym w domu, ale głównie zajmuje się tym w szkole. Gdzie ja mam okazję go posłuchać, odrabiając lekcję.

Jak ja go tam w ogóle znalazłam?

Jeszcze nim Len zdobył sławę, wychodząc z klasy po nauce, zobaczyłam go opuszczającego salę muzyczną z futerałem na gitarę na plecach.  Następnego dnia z czystej ciekawości podkradłam się pod tą salę i słuchałam. Poznałam jego debiut zanim usłyszał go świat. I tak stało się to moją tradycją.
Gdy muzyka cichła ja zbierałam się pospiesznie z mojego miejsca i wychodziłam zanim Len mnie zobaczył.

Do czasu...

Przygotowywaliśmy się do egzaminów. Byłam tak skupiona na podręczniku do historii, że nie zauważyłam, gdy Len przestał grać i wyszedł z sali muzycznej tak zamyślony, że potknął sie o moje nogi. Cudem złapał równowagę, upuszczając przy tym wszystkie nuty i teksty jakie miał ze sobą, które rozsypały się dookoła, w tym jedna z kartek wylądowała mi na głowie, a druga na biuście.
Ja zbyt zajęta nauką nie zauważyłam tego. Bo jak? Chłopak, którego codziennie podsłuchuje, i który podoba mi się od wieków, właśnie potknął się o moje nogi, a na mnie wylądowały dwie kartki z nowym dziełem nad jakim pracował. Normalka.
Zauważyłam go dopiero, gdy jego ręka sięgnęła po kartkę. Odtrąciłam ją pospiesznie, źle odczytując jego zamiary. Rzucając na bok książkę odczołgałam się jak najdalej.
- Zostaw mnie, zboczeńcu! - krzyknęłam, nie patrząc na niego.
- P-przepraszam. - usłyszałam zawstydzony szept wypowiedziany tym cudownym głosem jakiego słucham popołudniami i uświadomiłam sobie, że moje pierwsze słowa do Lena brzmiały " Zostaw mnie, zboczeńcu!" Spuściłam głowę. - Ja tylko chciałem wziąć kartkę...
Wtedy uświadomiłam sobie o kartce, która teraz leżała w połowie drogi między mną a Lenem i to że leżała na mnie jeszcze minutę temu.
- To ja przepraszam. Nie zauważyłam cię. - powiedziałam z lekkim uśmiechem - Jestem Cross Yume. - wyciągnęłam do niego rękę.
- Kagamine Len. - złapał ją i delikatnie pocałował jak dżentelmen - Chodzimy razem do klasy prawda? - zarumienił sie lekko.
- Hai. Zapytałabym się co robiłeś o tej godzinie w sali muzycznej, ale... - zacięłam sie, czując, że na policzki tanecznym krokiem wstępuje mi rumieniec.
- Hmmm? - spytał i delikatnie przechylił głowę w pytającym geście.
- Doskonale wiem co tam robisz... - dokończyłam zażenowana - Przepraszam, ale już od jakiegoś czasu słucham jak grasz tutaj.
- Wiem. - odparł z najsłodszym uśmiechem jaki w życiu widziałam. - Siedzisz w takim miejscu, że zawsze cię widzę. Odrabiasz lekcje, tak?
- H-hai. - zająknęłam się - Czasem jak skończę, czytam książkę. - wskazałam na leżącą obok niego powieść.
- Mogę wiedzieć, czemu nie robisz tego w domu? - spytał, biorąc książkę do ręki i obracając ją w dłoniach.
- Bracia mnie irytują. Wybacz jeśli cię zezłościłam tym, że tu przesiadywałam. - wymamrotałam.
Len wyglądał tak cudownie, kucając metr ode mnie i patrząc niewidzącym wzrokiem na książkę w ręce. Na prawdę nie wiem kiedy się w nim zakochałam.
Moment!
Zakochałam?!
Czy. Ja. Właśnie. Przyznałam. Że. Kocham. Lena?!
- Słucham? - spytał, wyrwany z myśli. Boże, czy ja to powiedziałam na głos?! Błagam nie. Tylko nie to. Zginę. Zapadnę się pod ziemię. Zmienię się w bezkształtną szarą masę, jeśli to usłyszał.
Len spojrzał na mnie wnikliwie tymi swoimi lazurowymi oczami.
- Nie, nie. Nie złości mnie to. - pokręcił głową - To nawet przyjemne uczucie myśleć, że siedzisz tu tylko po to by posłuchać jak gram.
Dzięki Ci, Boże!!! Te myśli wciąż są tylko częścią moich rozmyślań i nikt ich nie słyszy. Niech tak pozostanie
- To dobrze - odetchnęłam z ulgą - Myślałam, że ci przeszkadzam.
Len podszedł parę kroków do mnie i odgarnął kilka moich różowo-fioletowych kosmyków jakie opadły mi na twarz, wplatając dłoń we włosy, lekko niszcząc mój długi trzy kolorowy warkocz..
- Droga Yume-chan. Jak by miało mi przeszkadzać, że taka dziewczyna jak ty codziennie słucha mojej muzyki? - zapytał.
Nie poznaję go. Zwykle w obecności dziewcząt rumieni się i nie potrafi wykrztusić słowa. A teraz zachowuje się tak... otwarcie. I to w stosunku do mnie. Ale szczerze? Podoba mi się to. Nawet bardzo. Ciepło jego dłoni lekko muskającej mój policzek, palce w moich włosach, te oczy, sprawiające, że tonę w ich lazurowej toni.
Ja się naprawdę w nim zakochałam.
Spuściłam głowę, czując że jestem cała czerwona na twarzy.
Wstał z cichym śmiechem, jaki on ma cudny śmiech!, i podał mi rękę. Wstałam z jego pomocą i sięgnęłam po książki, by spakować je do torby. Len ukląkł ponownie i pakował je razem ze mną. Kiedy skończyliśmy, razem wyszliśmy ze szkoły w milczeniu.
- Yume-chan...? - zaczął nieśmiało, gdy podziękowawszy mu i pożegnawszy się odwróciłam się by ruszyć w stronę mojego domu.
- Hmm? - zwróciłam się w jego stronę, odplątując słuchawki i przekładając je przez szyje tak, że obie zwisały mi po jednej stronie.
- Skoro już oficjalnie wiem, że podsłuchujesz moje próby... - powiedział, bawiąc się palami. Jak widać jego nieśmiałość wróciła. Ech... Ale taki jest po prostu rozkoszny i nie mogłam się nie uśmiechnąć. - Może mogłabyś... towarzyszyć mi w sali muzycznej...? nie siedziałabyś na podłodze... a mnie byłoby miło... ćwiczyć w twoim towarzystwie...
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Oczywiście. Chętnie posiedzę tam z tobą.

Pożegnaliśmy się i, ledwo powstrzymując się od tego by zacząć skakać, wróciłam do domu. Wyminęłam braci w kuchni i wzięłam obiad do pokoju, by tam go zjeść. Czytając książkę i jedząc jednocześnie w pewnym momencie zerknęłam na lustro. Mój, jeszcze rano idealny, warkocz był zniszczony. No tak. Len wplątał w niego dłoń. Od razu zarumieniłam się, aż po szyję. Ciekawe co chłopaki sobie pomyśleli. Szybko dokończyłam obiad i, przed zniesieniem talerza z powrotem do kuchni, rozpuściłam włosy. Zeszłam na dół zastawszy całą trójkę przy stole jedzących pizzę, przynajmniej czwarty z nich, najmłodszy Sinji wcinał jedną z tych ohydnych papek dla dzieci.
- Ja dostałam to - wskazałam oskarżycielskim gestem na mój talerz - A wy mi tu pizzę żrecie?!
Tenshi, drugi najstarszy z rodzeństwa podsunął mi pizze, ale jak zobaczyłam na niej kurczaka od razu zrezygnowałam i sięgnęłam po paczkę Pocky z szafki ze słodyczami. Włożyłam jeden do ust i wzięłam Sinji'ego na ręce.
- Chodź, mały, pora spać. - wyszeptałam do malucha.
Gdy już zajęłam się najmłodszym braciszkiem, sama udałam się do łazienki. Która oczywiście była zajęta. Walnęłam pięścią w drzwi.
- Kioshi! Wyłaź mi stąd w jednej chwili!
Łazienka się otworzyła i z kłębów pary wyłonił sie mój brat, odziany jedynie w ręcznik na biodrach.
- A co, Onee-chan chce ładnie wyglądać dla Pana Przyprawy? - zapytał, czochrając mi włosy.
Zaczerwieniłam się, odtrąciłam jego rękę i weszłam do łazienki.
- Nie twój biznes! - wrzasnęłam możliwie cicho, by nie obudzić Shinji'ego i trzasnęłam drzwiami.

Rano stałam przed lustrem, zastanawiając się jakby tu dzisiaj spiąć włosy. Co do ubioru to nie miałam zbyt wielkiego wyboru ze względu na mundurek. Po dłuższej chwili postanowiłam upiąć je w koka, oczywiście zostawiając fioletowo-różową grzywkę okalającą mi twarz. Założyłam na ramię moją torbę z książkami i popędziłam do szkoły chcąc jak najszybciej zobaczyć Lena, a potem wysłuchać jego ćwiczeń po lekcjach.

Cudem przetrwałam zajęcia. Ciągle rozpierała mnie energia. Nauczyciele niejednokrotnie zwracali mi uwagę za moje zachowanie, ale ja miałam ich gdzieś, chciałam tylko w końcu pójść do Lena. Chłopak, gdy zerkał na mnie od czasu do czasu prawie nie mógł powstrzymać śmiechu, przez co również obrywał od nauczycieli.

W końcu nadszedł koniec zajęć! Mimo całego przejęcia tą sprawą z Lenem, z przyzwyczajenia usiadłam pod drzwiami i teraz faktycznie zauważyłam, że z tego miejsca jestem widoczna dla Lena. Nareszcie usłyszałam kroki i zza zakrętu wyłoniła się blond głowa Lena. Myślałam, że zacznę skakać ze szczęścia. Podszedł do mnie i stanął nade mną, z przesłodkim, delikatnym rumieńcem.
- C-cześć. - zająknął się - Czyli jednak chcesz siedzieć tutaj? - spytał z lekko wyczuwalnym rozczarowaniem w głosie.
- Nienienienienie! - zaczęłam protestować, wstając - Nie o to chodzi. Ja po prostu... - urwałam, poprawiając koka - Usiadłam tu z przyzwyczajenia. Chodźmy. - usprawiedliwiłam, uśmiechając się i kierując się w stronę sali. Len szybko mnie wyminął i otworzył przede mną drzwi zapraszając mnie do środka dżentelmeńskim gestem. Weszłam, dziękując mu dygnięciem.
Obdarzył mnie najpiękniejszym uśmiechem na świecie. Pospiesznie wszedł za mną i pokierował mnie na pufę. Zaśmiałam się cicho i usiadłam, wyjmując książki z torby.

Zajęłam się lekcjami, a Len wygrywał na gitarze melodię nowej piosenki, czasem przyśpiewując.
Do godziny zakończenia próby Lena, czyli do momentu, kiedy cieć wygania uczniów ze szkoły, zostało około półgodziny, gdy uporałam się z zadaniami domowymi. Schowałam zeszyty i wyjęłam z torby książkę. Wyciągnęłam przed siebie nogi, skrzyżowałam je w kostkach i, odgarniając kilka kosmyków z twarzy, otworzyłam książkę, gdy Len przerwał grę, odłożył gitarę, zlustrował mnie wzrokiem, trochę dłużej zatrzymując się na ustach, i na koniec sprawił, że zatonęłam w jego oczach.
- W warkoczu wyglądasz ładniej. - stwierdził przekrzywiając głowę - Chociaż teraz też bardzo ładnie wyglądasz.
Dobra. Gdyby ktoś mi powiedział, że kiedykolwiek usłyszę takie słowa, na dodatek od Kagamine Lena!, wyśmiałabym go. Zaśmiałabym mu sie w twarz i kazała nie gadać głupstw. A teraz po prostu zaniemówiłam.
- D-dziękuję - wyszeptałam, chowając głowę w ramionach.
- Nie masz za co. Chciałabyś bym ci coś zagrał? Pracę nad Alluring Secret ~ Black Vow na dziś skończyłem. Nie mam już siły do tej piosenki, a muszę ją jeszcze skonsultować z Rin... - westchnął.
- Hmm... - zamyśliłam się, przykładając palec, z paznokciem pomalowanym fiołkowym lakierem, do ust - Może Chou to Hana to Kumo*? - spytałam z nadzieją. Usłyszeć moją ukochaną piosenkę z Lenem na żywo to spełnienie marzeń.
Jęknął.
- Na trzy głosy? Mimo, że jesteśmy identyczni nie potrafię naśladować głosu Rin. A tym bardziej Yuume-sana. Chyba, że zaśpiewasz ze mną za Rin, to ja postaram się przekształcić głos.
Myślałam, że wspominając o Rin w jego głosie pojawi się tęsknota, żal, że nie może być z nią. Ale jego ton zdradzał tylko cichą miłość, jaką brat żywi do siostry.
- Nie! Nie trudź się. A co byś chciał zagrać? - zapytałam pochylając się do przodu i opierając ramiona na kolanach.
Przygryzł wargę, co wydało mi się tak słodkim gestem, że aż miałam ochotę go pocałować. Dobra. To miałam ochotę zrobić już tysiąc razy tego dnia.
- Aku no Meshitsukai?
- Bylebym nie płakała, okay? - wskazałam na niego oskarżycielsko palcem - Ostatnio jak słyszałam Servant of Evil, czyli dzisiaj, o mało się nie popłakałam.
Na jego policzki wstąpił tak uroczy rumieniec, że o mało nie jęknęłam z zachwytu.
- N-naprawdę? - zająknął się ze słodkim niedowierzaniem wymalowanym w oczach, a po chwili dodał : - Wolisz angielski tytuł?
- Hai. - odpowiedziałam szybko - A teraz graj! - machnęłam na niego ręką - Osobisty koncert Kagamine Lena na żywo, tylko dla mnie. Spełnienie marzeń.
Uśmiechnął się i usiadł na stołku przed fortepianem. Położył smukłe palce na klawiszach i zaczął grać jedną z najpiękniejszych melodii jakie w życiu słyszałam, a chwile później doszedł do tego jeszcze jego cudowny głos :














Patrzyłam na niego jak urzeczona. Po moich policzkach ciurkiem spływały łzy.
- Len... To było... - pokręciłam głową, zasłaniając dłonią usta. - Nie mogę...
- Yume-chan... - szepnął, odchodząc od fortepianu. Podszedł do mnie i uklęknął na przeciwko mnie.
Zamknęłam oczy i wytarłam policzki wierzchem dłoni. Wstrzymałam powietrze przez chwilę i wolno je wypuściłam.
- Nic się nie stało. - uśmiechnęłam się delikatnie - To było po prostu takie piękne... Masz taki talent, że można tylko po zazdrościć.
- Nie przesadzaj. Ale to bardzo miłe, że aż tak się wzruszyłaś. Nigdy bym nie pomyślał, że ktoś mógłby się tak wzruszyć na moich piosenkach. - delikatnie odgarnął mi kilka kosmyków z twarzy. - Szczególnie jeśli jesteś to ty. Wiele to dla mnie znaczy...
Patrzyłam się na niego oniemiała. Chłonęłam każdy szczegół jego twarzy, zaróżowione policzki, upór walczący z nieśmiałością i wstydem w lazurowych oczach, idealne, różowe usta tylko kilka centymetrów od moich.

Na świecie w tej chwili dla mnie liczyły się dwie rzeczy : Len, który znajdował się tak blisko mnie, z ręką na moim policzku, z moimi włosami plączącymi się między jego smukłymi palcami. I to jak bardzo w tej chwili pragnęłam go pocałować, przytulić, pozbyć się tej gumki na jego włosach i zatopić w nich palce.
I mu się nie oparłam. Wyprostowałam się bardziej i dosięgłam jego ust.
Jestem pewna.
Jak Bóg tworzył Kagamine Lena uznał, że jednak jeden ideał na świecie mu nie zaszkodzi i uczynił go idealnym.
Albo to we mnie zaszczepił tyle miłości do niego.
Nie ważne.

Ważne jest to, że tu i teraz całowałam Kagamine Lena, który najwyraźniej nie miał nic przeciwko, bo oddał pocałunek. Włosy rozsypały mu się na karku, gdy zdjęłam z nich gumkę, jednym ruchem palców zakładając ją na nadgarstek. Zaczęłam nakręcać je na palce.
- Len... - westchnęłam pomiędzy pocałunkami.
I pożałowałam tego.

Len odsunął się ode mnie, cały czerwony, z cudownie roztrzepanymi włosami.
- Przepraszam. - wyszeptałam, spuszczając głowę, walcząc ze łzami. No tak. Głupia. Jak mogłam pomyśleć, że Lenowi na mnie zależy?! Jestem po prostu dziewczyną, którą z grzeczności zaprosił na próbę, by nie wyszedł na to, że ją wygania.
Pokręcił głową, odgarniając włosy z twarzy.
- N-nie... oto ch-chodzi... - zająknął się - Po prostu... ja...
- Nie interesuję cię. Rozumiem. - powiedziałam, lekko łamiącym głosem, zdejmując gumkę z nadgarstka i oddając mu ją. Wstałam, wzięłam torbę i, rozpuszczając koka, skierowałam się do wyjścia. Len mnie dogonił i złapał za nadgarstek, gdy roztrzepywałam włosy, by ładniej się ułożyły.
- Nie. Właśnie, że nie rozumiesz. - powiedział, niepodobnym do niego, upartym tonem. Puścił mnie, widząc moje zranione spojrzenie. Spuścił głowę, zasłaniając oczy grzywką, ale jego czerwone policzki były i tak widoczne.
- Czego? Odtrąciłeś mnie. Dałeś mi to jasno do zrozumienia. - szepnęłam ostatkiem sił. Wiedziałam, że z następnym słowem nie powstrzymam łez. Jednogłośnie mnie odtrącił. Zrozumiałam to. Czego jeszcze ode  mnie chciał?

- Baaaka. - westchnął - Nie zrobiłbym tego. Yume-chan. Chociaż nie... Masz rację. Nie interesujesz mnie! Nie! - wybuchnął, a ja czułam jak moje serce rozłamuje się na pół. Jedna niesforna łza wypłynęła z mojego oka. - Zajmujesz mój umysł dwadzieścia cztery godziny na dobę! Miłosne piosenki piszę z myślą o tobie! Podczas nagrywania teledysku do SPICE chciałem, byś to ty znalazła się na miejscu Rin. Albo na miejscu Miku-senpai, czy Luki-san, albo Meiko-san! Najlepiej, byś była tam tylko ty!
Uśmiechnęłam się przez łzy, nie widziałam nic, bo tak zniekształciły mi obraz. Te słowa były piękne.
- Len... - zaczęłam, ale uniósł rękę, ze spuszczoną głową, każąc mi milczeć, aż skończy.
- Gdy zobaczyłem cię pierwszy raz, uznałem, że możesz być interesująca. Ale nie miałem odwagi do ciebie podejść. W końcu zobaczyłem jak któregoś dnia patrzysz, co robię w sali muzycznej. Mi wcześniej zdarzało się zatrzymywać pod klasą gdzie pracowałaś, by chociaż przez kilka sekund otwarcie ci się przyjrzeć. A następnego dnia usiadłaś pod drzwiami. Nie jednokrotnie chciałem zaprosić cię do środka. Przyłapywałem sie nad tym, że przestaję grać w pół piosenki, bo zapatrzyłem się na ciebie. Zrobiłem małe przemeblowanie tak, by móc cię lepiej widzieć! Marzyłem o tym, byś siedziała na przeciwko mnie i doradzała mi, krytykowała, wytykała błędy, i chwaliła, nagradzała pocałunkami. Przystałbym na wszystko o co poprosisz. Wystarczyłoby twoje słowo, a skończyłbym próbę, żeby spędzić z tobą trochę czasu gdzie indziej. Dałbym sobie nawet robić coś we włosach, a niezbyt lubię jak ktokolwiek mi coś z nimi robi. A dziś siedziałaś przede mną. Słuchałaś jak gram. Gdy zaczęłaś płakać miałem ochotę przytulić się i pozwolić ci wypłakać się w moją koszulę. Miałem ochotę rozerwać gumkę na twoich włosach i zanurzyć w nich dłonie, napawać się ich zapachem. Scałować łzy na twoich policzkach. Śniłem o tobie. Co noc. Nie spałem do drugiej czy trzeciej w nocy, wyobrażając sobie, że w końcu z tobą porozmawiam. Codziennie czułem rozczarowanie, kiedy już się pakowałaś i wychodziłaś. Aż w końcu, gdy wychodziłem, zastałem ciebie siedzącą wciąż pod drzwiami. Nie potknąłem się o twoje nogi, tylko o swoje, bo z wrażenia zapomniałem jak się chodzi. Kiedy się do mnie odezwałaś, mimo, że było to tak głupie zdanie jak "Zostaw mnie, zboczeńcu!", kiedy usłyszałem twój głos, myślałem, że pęknę, że rzucę się na ciebie wyznając ci to wszystko co teraz, i spełniając swoje marzenia. Jednak wstyd zwyciężył jak widziałaś. Ale dziś... Jak mnie pocałowałaś. Moja bariera pękła. Mam gdzieś, że mówię takie rzeczy. Że przyznaję się do moich myśli. Mam gdzieś moją nieśmiałość. Liczysz się teraz tylko ty stojąca przede mną. I nic więcej. - skończył i spojrzał mi w oczy.

Byłam wstanie zrobić jedną rzecz.

Wpadłam mu w ramiona z płaczem, a po chwili pocałowałam.
- Kocham cię, Len. - wyszeptałam w jego usta. On tylko mruknął i znów mnie pocałował.
Gdy najpiękniejszy pocałunek w moim życiu dobiegł końca on wymamrotał w moje włosy te piękne słowa.
- Też cię kocham, Yume-chan. 
_____________________
*** Polski cover piosenki Lena Servant of Evil w przepięknym wykonaniu RenixClannad, która jest autorką tego pięknego tekstu.
**** Hai i Baka (w treści jest przez trzy a dlatego, że Len to przeciągnął) z japońskiego znaczy tak i idiota (idiotka), głupia (głupi)...
Oto przed Wami one shoot z moim ukochanym Kagamine Lenem! 
W momencie gdy moja faza na tego cudnego vocaloida sięgnęła zenitu Laciata postanowiła napisać one shoota z nim! I oto owoc tego postanowienia przeczytaliście!
Mam nadzieję, że się podoba i przepraszam za wszelkie błędy i za to jaśniejsze tło od piosenki. Nie mogłam tego zwalczyć -,-
Jestem strasznie dumna z tego, a wyznanie Lena podoba mi się aż nad to. Nigdy jeszcze chyba nie byłam tak zadowolona z czegoś. 
Mam nadzieję, że wakacje minęły Wam dobrze. Bo ja miałam cudowne.
I życzę powodzenia na jutrzejszym rozpoczęciu i w nowym roku szkolnym  (;-;)
Nie zanudzam
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

Ciekawe czy tak samo jak z BVB zarażę kogoś miłością do Lena? xD <3