piątek, 6 lutego 2015

Rozdział XVII

Ethan

Od trzech godzin próbował zasnąć. Pulsującego bólu głowy nie uśmierzył nawet woreczek lodu, który cały czas przykładał do czoła. Na dodatek jego duma była podeptana przez Marceline... Ehhh ta dziewczyna... Piękna i słodka. Dała się omotać zdradzieckim Williamem Evelem...A może chodziło o coś odwrotnego? A może bolało go to, że Evel omotał Marceline. Że chciał jej. Zacisnął dłoń w pięść i odgonił te myśli od siebie.
- Głupi Evel... - wyszeptał cicho i ukrył głowę w poduszce.
W tym momencie do jego uszu doszedł  śmiech niczym dźwięk dzwonków. Śliczny i delikatny, ale złowrogi. Podniósł się i sięgnął po broń schowaną pod łóżkiem.
- Kto tu jest? - warknął rozglądając się w ciemności, próbując wyłowić jakiś obcy kształt. Dopiero po minucie zobaczył wyraźnie odznaczający się cień siedzący na biurku. Była to kobieta. Wysoka, seksowna kobieta. Długie włosy były związane w dwa kitki.
- Jesteś zabawny, Ethan, wiesz? - usłyszał jej delikatny ale mocny głos. Sposób w jaki wymawiała poszczególne głoski i ten przeszyty na wskroś jadem, sarkazmem i udawanym rozbawieniem ton - Udajesz, że kochasz Obdarzoną... A tak naprawdę ciągle śni ci się Evel... Kocham yaoi, a z udziałem tego idioty to jest jeszcze śmieszniejsze. - odchyliła się do tyłu - Możesz zapalić światło. Nie chce ci nic zrobić.
Nie spuszczając z niej oczu sięgnął do lampki nocnej i ją włączył. Pokój rozjaśniło słabe światło, a kobieta na biurku stała się wyraźna. Ubrana była w długą czarną suknię. Włosy miała spięte w dwa kitki, a jej oczy zakrywała maska trochę podobna do tych weneckich. Była piękna. Nawet nie widząc jej oczu mógł to stwierdzić. Ale jej poza... jej styl mówienia... z kimś mu się kojarzył.
- Kim jesteś?
- Heroską, sierotą, siostrą, wrogiem, przyjaciółką, zapomnieniem, ulgą, córką, kochanką, królową, przywódczynią, zdrajczynią, siostrą, radością, nienawiścią, smutkiem, furią... - odpowiedziała wstając i zmierzając powoli w jego stronę. Przy ostatnim pochyliła się przed nim i uniosła jego brodę palcem zakończonym długim ostrym paznokciem. Zza siatki w masce skrywającej jej oczy, ujrzał niebieski przebłysk. I już wiedział. Wiedział kogo przypominała mu ta kobieta - Mogę być kim chcę... i kim ty chcesz bym była... Wybór jest twój - odsunęła się i odwróciła tyłem do Ethana.
- Masz oczy Williama Evela. - odpowiedział zanim ugryzł się w język - Kim. Jesteś? - powtórzył dobitnie.
- Siostrą osoby której nienawidzisz z całego serca, i którą kochasz tak samo mimo że się wypierasz i zapełniasz umysł Obdarzoną. Siostrą niewinnej duszy, która za wcześnie mnie opuściła. Córką największej zdrajczyni o jakiej nasz świat słyszał. Największej manipulantki, uwodzicielki. Ethanie Lordly... Jestem Rillianne Evel i mam dla ciebie propozycję...


Marceline

Mar była zdruzgotana.
Nie dość, że nie pochodziła z tych samych czasów co jej przyjaciele, a była trzy tysiące lat starsza, to jeszcze zabiła całą swoją rodzinę, a bogowie chcą ją zabić...
O! I jeszcze spędziła trzy tysiące lat jako gwiazdozbiór...
Od momentu, gdy obudziła się w tamtym parku chciała poznać swoją przeszłość. Ale teraz jest to rzecz którą najbardziej chciała cofnąć. Nie chciała tego pamiętać. A pamiętała wszystko. Śmiech siostry, nieliczne zabawy odbywające się w jej domu, dotyk, usta, słowa jej narzeczonego, który kochał ją, i którego kochała ona, mimo jego dziwnego charakteru.
Jej telefon nieustannie dzwonił. Ethan, Veronica, Daniel... chcieli się dowiedzieć co się z nimi stało. Ale ona nie chciała z nikim rozmawiać. Ignorowała wszystkie telefony i każdego kto przychodził do jej pokoju.

Nie wychodziła z niego przez kilka dni (z wyjątkiem odwiedzana łazienki). Nie schodziła na posiłki, nawet gdy były one dostarczane jej do pokoju ich nie jadła. Nie miała za grosz apetytu. Ominęła ją Wigilia, jednak Willi Nick, w asyście Luny, przynieśli jej prezenty spod choinki. Wciąż leżały nietknięte obok łóżka.
Babcia Nicka i Luny razem z córką i wnuczętami była zmuszona wyjechać do siostry i zostawić Willa i Mar samych w ich wielkim domu. Uczyniła to niechętnie, zmartwiona zachowaniem Mar, jednak Will zapewnił ją, że zajmie się dziewczyną.

Przez trzy dni Marceline miała święty spokój w swoim małym pokoiku, ale w końcu wszedł do niej wściekły Will.
- Ile jeszcze zamierzasz tu siedzieć? - warknął zabierając Mar kołdrę.
- Wieczność - wymamrotała w poduszkę, próbując odzyskać swoją własność, którą w ostatniej chwili złapała, jednak na próżno, bo Will był zbyt silny. Westchnęła i już bez kołdry skuliła się pod ścianą.
- O nie... - pokręcił głową - Nie zostajesz tu.
Złapał ja za rękę i siłą ściągnął z łóżka. Odwrócił Mar na kilka sekund w jego stronę.
- Napatrz się - powiedział groźnym tonem to jej ucha - bo przez kolejne godziny go nie zobaczysz.
Poczekał jeszcze moment i pociągnął dziewczynę na dół do kuchni. Posadził ją na krześle i ruszył w stronę lodówki.
Mar nie chciała jeść. Nie chciała też nigdzie wychodzić. Chciała tylko znów zaszyć się w swoim wygodnym łóżku i nadal ignorować cały świat. Jednak Will miał inne plany.
Postawił przed nią szklankę z herbatą i kanapkę z serem. Usiadł na przeciwko niej i oparł brodę na dłoniach.
- Smacznego - powiedział z wrednym uśmiechem.
Mar specjalnie nie zwracała uwagi na zawartość talerza i na chłopaka na przeciwko. Rozejrzała się po kuchni. Nie duża, ale ładna. Biało brązowe meble dobrze komponowały się z kremowymi kafelkami na ścianach i korkową podłogą. Stół stał pod oknem, były przy nim tylko dwa miejsca. No tak... Jadalnia była obok.
- Jedz, Mar... - na jego usta wstąpił chytry uśmiech - Chyba że chcesz bym cię nakarmił.
Wzruszyła ramionami. Nie zdobędzie się na to. Will jest ostatnią osobą jaką zna, która nakarmiłaby zdołowaną dziewczynę.
Jednak brunet ją zaskoczył. Wstał wziął kanapkę do jednej ręki a drugą przytrzymał jej brodę rozchylając usta.
Wyrwała mu kanapkę z dłoni, rzucając krzywe spojrzenie i zaczęła jeść nadal go ignorując. On po prostu się zaśmiał.
- Śmieszna jesteś, wiesz?
Nadal nie zwracała na niego uwagi. Gdy zjadła i dopiła herbatę, wstał i wziął łyk kawy również stojąej na stole.
- Mam ci pomóc się ubierać, czy dasz radę sama? - jego usta znów przybrały ten niesamowicie irytujący łuk pewnego uśmiechu.
Przewróciła oczami i przeszła do salonu gdzie przytuliła się do poduszki, plecami do Willa.
- Bardzo śmieszne. - warknął chłopak, wziął ją na ręce i zaniósł do łazienki. Posadził na brzegu wanny i wyszedł. Wrócił z jej ubraniami, które Luna razem z Rose wybrały dla niej. Rzucił je w jej strone.
- Masz pięć minut. Jak nie wyjdziesz do tego czasu. - znów się uśmiechnął - Pomogę ci z tymi ubraniami.
I zamknął drzwi. Marceline westchnęła zirytowana. Czemu nie może jej po prostu odpuścić i pozwolić jej nadal się pogrążać? Pozbyła się swojej piżamy i ubrała ciuchy od rodziny Nicka, nawet na nie nie patrząc. Podeszła do dużego, podświetlanego lustra nad umywalką i spojrzała w swoje odbicie. Na początku Mar w ogóle nie poznała dziewczyny patrzącej na nią z tafli szkła. Strasznie blada cera, wory po oczami, roztrzepane, tłuste, skołtunione włosy. Westchnęła i podeszła do drzwi.
- Will? - powiedziała słabo, zachrypniętym głosem.
- O, zmieniłaś zdanie? - usłyszała kpiący głos spod drzwi.
- Nie... - powiedziała ostrzej niż zamierzała, nie miała ochoty na zabawy - Daj mi więcej niż pięć minut. Dużo więcej.
Do jej uszu doszedł jego śmiech. Czy on wcześniej tez miał taki słodki śmiech?
- Dobra, nie spiesz się.
- Dzięki. - uśmiechnęła się delikatnie i odeszła od drzwi. Pozbyła się wcześniej założonych ubrać i nalała do trójkątnej wanny wody. Znalazła pilniczek, i ładny, miętowy lakier do paznokci po czym zaszyła sie w ciepłej wodzie z wielką warstwą piany. Porządnie umyła włosy. Jak ona mogła się doprowadzić do takiego stanu? Wypiłowała paznokcie i starannie je pomalowała.
No to teraz ma z dziesięć minut czekana aż lakier wyschnie. W tym czasie rozejrzała się po łazience. Utrzymana w ciepłym brązie, i kolorze kawy z mlekiem była bardzo ładna i przestronna. Spojrzała w ukośne okno. Płatki śniegu spadały na nie i po chwili topniały, bo szyba była zaparowana od wody w jej wannie.

Westchnęła i cała się zanurzyła trzymając dłonie nad taflą.
W końcu około po półgodzinie wyszła z wanny i owinęła się w ręcznik. Wysuszyła włosy, ponownie załamała się swoim stanem, choć było już tysiąc razy lepiej niż przedtem.
Spojrzała na ubrania od Willa. Ciemne spodnie i turkusowa bluzka. Westchnęła i się ubrała. Podeszła jeszcze do lustra i używając kosmetyków Rose zamaskowała ślady płaczu. W końcu wyszła z łazienki, o mało nie potykając się o nogi śpiącego, opartego o ścianę Willa. Uśmiechnęła się delikatnie i poszła po kołdrę i poduszkę. Okryła go i uklękła by włożyć pod jego głowę poduszkę. Jej dłonie były Milimetr od jego głowy, gdy otworzył oczy i złapał ją za nadgarstki. W następnej chwili leżała na ziemi przygnieciona jego ciężarem.
- Już wyszłaś? - zapytał z typowym dla siebie łobuzerskim uśmiechem - A miałem taki ciekawy sen.
Mar przełknęła ślinę i odwróciła wzrok od jego oczu. Skupiła sie na jasnych panelach na podłodze, listwie i pistacjowozielonej ścianie. Widziała też kawałek schodów w dół, ale dobry widok zasłaniała jej ręka Willa.
- Jaki? - wykrztusiła, czując, że jej policzki robią się czerwone. Poczuła, że Will się uśmiecha. Przybliżył usta do jej ucha.
- Hmm... Wyglądało to mniej więcej jak my teraz... Tylko brakowało jednego, małego szczegółu... - obniżył głos i zahaczył ustami o płatek jej ucha.
- Jakiego? - Mar wiedziała, że nie powinna pytać. Wiedziała, ze tego pożałuje. Była tego pewna.
- Naszych ubrań - jego usta zniżyły się do jej szyi, a dłoń zahaczyła brzeg jej bluzki. Policzki Marceline stały się szkarłatne. Will zaśmiał się - Już? Rozbudzona? - zapytał wstając i podając jej rękę. Złapała ją i podniosła się do pionu.
- Nie obchodzi cię to? - spytała oskarżycielski - Nie wiesz co z twoim Damonem, co z Sybil. Twój dom spłonął, zginęli herosi. A ty masz to gdzieś?
- Hacjenda nigdy nie była moim domem - odparł śmiertelnie poważnie juz bez tych iskierek rozbawienia w oczach - Szkoda mi tych ludzi, owszem. Martwię się o Damona i Sybil. Ale nie załamuję się z tego powodu. - przez moment wpatrywał się w nią intensywnie niebieskimi oczami - A teraz chodź. Zabieram cię na łyżwy - zarządził stanowczo i pociągnął ją za rękę w stronę schodów?
- Łyżwy? - spytała zatrzymując się przed pierwszym stopniem. Will stał kilka stopni niżej, więc ich oczy były na tym samym poziomie. Uśmiechnął się lekko pobłażliwie i Marceline znów ukuła świadomość, że nie urodziął się w tych czasach i nadal nie zna wielu nowoczesnych terminów.
- No wiesz... Takie buty z płozami, na których jeździ się po lodzie.
Pokiwała głową i zeszła z nim na dół.
- Ale ja nie mam łyżew - uświadomiła sobie, gdy zakładali buty w holu.
- Owszem masz - Will wskazał stojący na komodzie obok czarny, wypchany plecak. Widząc jej zdziwione spojrzenie powiedział : - Jeden z twoich świątecznych prezentów, które rozpakowałem za ciebie. Wybacz - mimo przepraszających słów w jego głosie nie było ziarna skruchy. Marceline prychnęła, ale w duchu przysięgła sobie podziękować rodzinie Nicka za prezenty, a przede wszystkim za opiekę.

Ubrali sie i wyszli. Will powiedział, że do lodowiska jest tylko kawałek drogi i samochód jest im nie potrzebny (i tak go nie mieli). Na dworze nie było bardzo zimno, jednak mróz szczypał ją w policzki i w dłonie. Schowała je głęboko w kieszeniach. Przeszedł ją dreszcz zimna. Will spojrzał na nią kątem oka, ale nic nie powiedział. Tylko delikatnie poprawił jej szalik na szyi.
Szli przez naprawdę uroczy park. Wykładana kamieniami droga wiodła obok górki, z której na sankach zjeżdżały dzieci. Wszędzie był śnieg. Liście, które opuściły drzewa jakiś czas temu zostały zastąpione białym puchem. Marceline dostrzegła małego ptaszka błąkającego się na jednej z gałęzi. Kilkanaście metrów dalej na innym drzewie zobaczyła opuszczone na zimową przerwę gniazdo.
- Jak tu pięknie... - wyszeptała zachwycona.
Will tylko cicho przytaknął.
Resztę drogi przeszli w milczeniu. Po około półgodzinie doszli do lodowiska. Will zapłacił za bilety i poszli ubrać łyżwy. Były śliczne. Skórzane, białe z miękkim ocieplanym futerkiem w środku. Po bokach miały złote śnieżynki. Były proste, bez udziwnień, ale piękne.
Na lód weszli jako pierwsi. Chłopak trzymał cały czas Mar za ręce.
- Tylko spokojnie, okay? - powiedział na wstępie - To łatwe. Odpychasz się jedną nogą, jedziesz na drugiej i zmiana. Patrz.
Puścił ją na chwilę i odjechał tyłem do niej. Mar obserwowała ruchy jego nóg... chyba wiedziała jak to robił.. ale nie wiedziała czy uda jej się to powtórzyć. Will zgrabnie się odwrócił i znów do niej podjechał. Złapał ją za rękę.
- Gotowa?
Pokiwała głową i ruszyła. Przejechała mały kawałek i nawet nie spostrzegła, gdy znalazła się na lodzie. Will uklęknął i podjechał do niej
- Nic ci nie jest? - zapytał z troską. Pomógł jej wstać. Złapał ją za obie ręce, stojąc niepokojąco blisko, ale teraz to Marceline nie przeszkadzało. Nawet tego chciała. Will cicho mówił jej do ucha którą nogą ma co robić i tak przejechali dłuższy kawałek. Cały czas była skupiona na lodzie i swoich łyżwach. Podniosła głowę dopiero gdy Will minął ją ze śmiechem, jadąc z zawrotną prędkością. Pisnęła i znowu wylądowała na tyłku. Też się zaśmiała. Winowajca jej upadku podjechał do niej, w jakiś sposób nie odrywając łyżew od lodu. Wyciągnęła do niego ręce. Złapał je bez podejrzeń. Po chwili wylądował obok niej. Oboje zanieśli się śmiechem. Will oczywiście śmiał się cicho, niepewnie i krótko. Mar za to słyszało całe lodowisko. Podszedł do nich ochroniarz karcąc ich za siedzenie na lodzie i przeszkadzanie innym. Grzecznie wstali i jeździli dalej. Nadal trochę się wygłupiali, ale nie tak, by ochroniarz musiał zwracać im uwagę.
Spędzili tak piękną godzinę.
Zeszli z lodowiska nadal się śmiejąc. Przy ich rzeczach ktoś siedział. Gdy podeszli, wstał i zaczął klaskać.
- Moje gratulacje! Właśnie zaliczyliście pierwszą oficjalną randkę! - przywitał ich Nick.
Mar poczuła, że cała czerwienieje, a Will prychnął, ale nie potrafił ukryć uśmiechu.
- Zamknij się. - uderzył go po głowie rękawiczką.
Gdy już zdjęli i wyczyścili łyżwy Will kupił im gorącą czekoladę na rozgrzanie.
Usiedli na jednej z ławek w parku, przez który szli wcześniej, by ją wypić. Po kilku minutach ruszyli w drogę powrotną. Śmiali się, żartowali, wygłupiali. Marceline nie wiedziała, że mogła się tak bawić. Mimo, że było jej smutno, że Hacjenda to teraz tylko ruiny, że nie wiadomo co z Sybil i Damonem... Przyjaciele odwracali jej uwagę od zmartwień. Przypomniała sobie, że od przyjazdu do babci Nicka, nie rozmawiała z Veronicą. Siostra pewno się o nia martwi... Moment... Vera nie była jej siostrą. Mar nawet nie była półbogiem... Jednak... nadal będzie ją nazywała siostrą, bo tym Veronica była dla Marceline. Właśnie siostrą. Mimo, że nie łączyły je żadne więzy krwi. Będzie musiała do niej zadzwonić, uspokoić ją.

Kiedy już w końcu dotarli do domu Nicka było już ciemno. Samochód Rose stał na podjeździe, a w środku paliły się światła.
- Czyli juz wrócili! - ucieszył sie Nick. Razem podeszli do drzwi.
- Jesteśmy! - krzyknął chłopak na wejściu - Tęskni...
Przerwał.
Will gwałtownie się zatrzymał, tak, że idąca za nim Marceline wpadła na niego.
- Co sie stało? - zapytała i wyjrzała zza chłopaka.

Pożałowała.

W na środku sufitu w salonie wisiał pięcioramienny żyrandol lekko przypominający gotycki świecznik. Mar wcześniej nie przywiązywała do niego zbytniej uwagi.

Do teraz.

Cała podłoga była we krwi. I nie tylko podłoga. Wszystkie meble były w ciemnoczerwonych plamach. Po jednej ze ścian krew nadal spływała, co znaczyło, że to stało się niedawno.

Wracając do żyrandola...

Na każdym z ramion wisiał jeden z członków rodziny Nicka. Chłopak opadł na kolana. Zaczął płakać, walić pięściami o podłogę.
Na wprost nich wisiała Luna. Jej włosy z niebieskich przybrały fioletowawy odcień, zaplamione krwią. Ktoś wyciął jej usta w uśmiech "od ucha do ucha" tym razem dosłownie. Jedno oko miała wydłubane. Ubrana była w jaskrawą żółtą sukienkę, teraz podartą co dawało przerażający efekt.
Obok wnuczki była babcia. Ją "oszczędzono" nie miała ran. "Tylko" ją powiesili.
Stan Rose był prawie równie przerażający co Luny. Miała białą suknie. "Białą" Biało-czerwoną ze względu na krew. Na środku jej klatki piersiowej była rana postrzałowa. Posoka wokół niej tworzyła przerażająco piękny efekt róży. Ktoś zrobił sobie żart z jej imienia. Podobna sytuacja była na policzku tylko o wiele mniejsza.
Kaia i Jo na szczęście nie widzieli. Mar miała nadzieję, że tak jak babcię, dzieci "oszczędzono".
Nick podbiegł do rodziny. Ściągał ich. Krzyczał by się obudzili. Potrzasał nimi. Błagał zaklinał. Próbował uleczyć.
Na nic...
Will podszedł do niego. Podniósł go na ramiona.
- Ogarnij się, stary. Spokojnie - mówił z kamienna twarzą i zimnym głosem, jednak z nutką zamartwienia. Ale Mar wiedziała, że drży. Jego głos nie był tak pewny.
- Spokojnie?! To moja rodzina!
Will więcej nie próbował. Odwrócił się w stronę korytarza, by wrócić do Mar. Zamarł wpół kroku.  Wypowiedział jedno słowo :
- Cienie...
Dziewczyna podbiegła do niego, by zobaczyć to co on. Na ścianie krwią było napisane :

"Hello, Brother*
Cienie przesyłają pozdrowienia
Kochająca siostra,

Rillianne"

_______________________
Oto siedemnasty rozdział!
Tak ja jednak żyje! Poświęcam się i do 2 w nocy piszę! Mam nadzieję, że chociaż kilka osób to czyta...
Mam nadzieję, że rozdział się podoba. Niestety (ze wzgledu na godzine) nie chce mi się go sprawdzać. Więc powiadomienie mnie o błędach w komentarzu będzie wręcz wskazane :D
Muszę powiedzieć, że powoli zbliżamy się do końca. :( 
I takie pytanko czy tylko mnie do tej pory jakoś irytowała Marceline? (Ta Marceline. Nie Marcelina, że ja. Tak dałam jej imię w odnośniku do mnie. Ale nie przypomina mnie z charakteru. To Moni xD)
Mam nadzieję że nie zawiodłam nikogo tym rozdziałem ;) 
Wiecie, że juz zaraz rocznica bloga! o.O Jak ten czas szybko leci! Do rocznicy jeszcze spokojnie dociągniemy! Nie wiem w ilu rozdziałach zmieszczę to co mam do zrobienia tu jeszcze. Mam nadzieję, że dotrwacie do końca!
Nie zanudzam 
Laciata <3


* Jakby ktoś nie znał angielskiego "Hello Brother" to cześć barcie xD

wtorek, 6 stycznia 2015

Rozdział XVI

Obudziła ją skrzypiąca podłoga. Nie spała twardym snem jak zwykle, bo zamartwianie się o Sybil, Damona i inne konie ze stajni, rozpacz za ukochanym domem, myśl, że Cienie dopuściły się czegoś takiego, sprawiały, że sen nie był przyjemny i spokojny. Przed oczami wciąż miała tlące się ruiny.

- Nie śpisz? - dotarł do niej cichy, niepewny głos Willa.
Wolno się podniosła. Jej głowa zaczęła pulsować bólem. W pokoju było ciemno, jej oczy wciąż nie przyzwyczaiły się do ciemności, wiec ledwo widziała sylwetkę chłopaka siedzącego pod ścianą na przeciwko jej łóżka.
- Will? - oparła się o ścianę i przetarła oczy dłonią - Co tu robisz? Jest... - spojrzała na zegarek - trzecia w nocy.
- Wiem... - westchnął cicho... - Nie mogłem spać i... - obraz powoli nabierał ostrości i Marceline zobaczyła, że Will odwraca głowę w stronę okna. Wzruszył ramionami - Po prostu... wstałem i chciałem się przejść... I wylądowałem tutaj.
Gdy Mar uświadomiła sobie co powiedział, cała jej twarz oblała się rumieńcem. Schowała twarz w ramionach i podciągnęła pod brodę nogi.
- To straszne, prawda? - szepnęła cicho.
Chłopak przez dłuższa chwilę nie odpowiadał. Już myślała, że jej nie usłyszał, ale odpowiedział :
- Rillianne chciała mnie ostrzec... - oparł czoło o zgięte kolana, przez co jego głos był trochę zniekształcony i Mar nie była pewna czy dobrze usłyszała.
Przekrzywiła głowę, patrząc na jego ciemną sylwetkę.
- Hmmm?
Głowa Willa delikatnie się podniosła, jego niebieskie oczy, patrzące na nią spod rzęs, przeszyły ja na wskroś.
- Miałem się z nią spotkać. O dwudziestej drugiej, wczoraj... Nie przyszedłem... Może, gdybym poszedł... gdybym się z nią zobaczył... może... udałoby sie nam uratować Hacjendę. Tych herosów co zginęli...
Mar gwałtownie podniosła głowę, z szokiem wymalowanym na twarzy.
- Zginęło 20 półbogów... Znałem kilku z nich... - wyszeptał i znów schował twarz za kolanami, obejmując je ramionami.
W oczach Mar w jednej chwili zebrały się łzy. Próbowała je powstrzymać ale cichy szloch, który wydobył się z jej piersi zdradził ją. Will w jednej chwili znalazł się przy niej i ją przytulił. Nawet sobie nie wyobrażała jak bardzo tego potrzebowała. Schowała twarz w jego ramieniu i dała upust łzom. Obecność Willa działała na nią w pewien sposób uspokajająco. Był ciepły, a jego zapach sprawiał, że nie chciała się odsuwać. W końcu, nie wiedziała, kiedy zasnęła.

- Pobudka!!! - krzyknęła śpiewnym tonem Luna, wbiegając do pokoju Marceline razem z Jo i Kaiem, ubrana w różową piżamkę z kocimi łapkami na spodniach.
Mar zignorowała ją, nakryła się kołdrą i odwróciła na drugi bok, napotykając przeszkodę. Otworzyła jedno oko i zobaczyła jedynie obojczyk Willa, który muskało kilka kosmyków jego kruczoczarnych włosów. Pierwszą reakcją była chęć wyrwania się, drugą - rumieniec i pytanie co on tu robi, ale trzecią - uznała, że jej to nie obchodzi i chęć spania dalej.
- Halooooo - głos Luny stawał się bardziej natarczywy. Sięgnęła nawet po kołdrę, by ściągnąć ją z nich, ale Will przykrył ich znowu i posłał siostrze Nicka mordercze spojrzenie.
- Zostaw. - warknął i objął Mar.
Luna spojrzała na niego lekko przestraszonym wzrokiem.
- Dobra, dobra, Panie Wielkie i Złe Zeusiątko. - uniosła ręce w geście poddania - Idę, idę. Możesz nadal gwałcić tą biedną istotkę.
Z gardła Willa wydobył się cichy warkot i siostra Nicka wyszła z pokoju.
- No. - mruknął cicho i przyciągnął Mar bliżej siebie - Już jest spokój.
Marceline tylko westchnęła i znów oddała się w objęcia Morfeusza, bo tam zapominała o troskach i o tym, że Hacjenda to teraz tylko dymiące zgliszcza.

Śmieję się. Ludzie w moim towarzystwie też się śmieją. Kojarzę ich twarze, ale nie potrafię przypasować do nich imion. Jednak rozpoznaję Nikolaosa i Kasandrę. Jak i ich córkę, która, wychodzi na to, że jest moją siostrą. Widzę w niej rysy podobne do moich i Kasandry.
Nagle wstaje jakiś mężczyzna. Jest kilka lat starszy ode mnie. Ubrany w chiton. Jako jeden z niewielu tutaj, nie ma zapuszczonej brody. Moje serce podskakuje delikatnie. Czy to był ktoś mi bliski?
Rozglądam się. To miejsce nie wygląda jak współczesne mieszkanie... Wygląda jak... dom w starożytnej Gracji, które widziałam na rysunkach w podręcznikach. C-czy ja... Czy ja urodziłam się w starożytności? Czy to naprawdę moje czasy?
Mężczyzna chrząka i uderza kielichem o stół.
- Drodzy przyjaciele, rodzino! Jak wszyscy wiemy dziś są siedemnaste urodziny mojej cudownej narzeczonej Marceline! Chciałem ci, kochana, życzyć wszystkiego najlepszego i tego byś była idealna w roli mojej żony. Jeśli wiesz o czym mówię  - mruga do mnie znacząco. Po sali niosą się śmiechy. A moja twarz oblewa się rumieńcem.

Ten mężczyzna jest moim narzeczonym. To rozumiem... ale... Mówienie takich rzeczy na głos przy takim tłumie... Tak się nie powinno robić... Czuję iskierkę wydobywającą się z mojego palca. Zerkam na moją dłoń. Rozgrzewa się. Nagle gliniany talerz roztapia się pod moimi dłońmi. Drewniany stół w sekundę zajmuje się ogniem. Odskakuję od niego. I jakoś próbuję powstrzymać płomienie, jednak mi nie wychodzi. Moja siostra reaguje zbyt późno i jej ozdobny chiton zajmuje się ogniem. Próbuje go ugasić lecz na próżno. Odrywa tlący się kawałek i wybiega razem z innymi w stronę wyjścia. Jestem zaraz przed nią. Krzyki ludzi ranią moje uszy. Łzy ciekną mi z oczu. Znowu... znowu coś zniszczyłam. To znowu moja wina. To znowu ja wszystko zniszczyłam.

Moja siostra jest zaraz za mną. Trzymam ją za rękę. Nagle coś wyrywa jej dłoń z mojego uścisku. Wypadam na zewnątrz, a siostra zostaje za drewnianymi belkami, które rozdzielają nasze ręce. Słyszę jej krzyk wołający moje imię. Staram się zniszczyć dzielącą nas barierę za pomocą powietrza lub ziemi, ale na próżno. Bezradnie osuwam się na ziemie i zalewam łzami. Przez moją głupotę. Przez jedno głupie zdanie wypowiedziane przez mojego narzeczonego! Ja zniszczyłam wszystko. Podpaliłam cały mój dom. Stoi w płomieniach przede mną, a ja nie mogę nic zrobić. Rozglądam się dookoła. Na zewnątrz udało wydostać się tylko kilku nielicznym mężczyznom, jednej kobiecie, dziecku, które miało około sześć lat i które płakało na cały głos za mamą, zamkniętą za belkami, w tym pożarze. Przyglądam się mężczyznom... żaden z nich nie okazuje się moim ojcem... Ale jeden... jest moim narzeczonym. Wstaje i biegnę gdzie najdalej mogę. Nie patrzę na drogę, wpadam na ludzi, niektórzy na mnie krzyczą, niektórzy ignorują. Jednak mnie oni nie obchodzą. W końcu się zatrzymuje. Rozglądam się. Jestem na Panteonie. Pięknej świątyni poświeconej bogini mądrości - Atenie. Ateno... - myślę - Czemu nie dałaś mi na tyle mądrości, bym wiedziała jak uwarować bliskich mi ludzi, z pożaru, który sama spowodowałam. Kolana się pode mną uginają i siadam na ziemi z nogami przyciągniętymi do piersi.

Nagle przede mną naprawdę pojawia się Atena... Podchodzi do mnie i bierze moją brodę w dłoń.
- Oh, biedna Marceline... Wybacz, chciałam by cię zabito...
Patrzę na nią wielkimi oczami. O czym ona mówi?
Atena odchodzi kilka kroków i zaczyna spacerować po świątyni.
- Wielka Obdarzona... obdarowana przez wszystkich bogów jakąś zaletą, talentem... W przypadku Zeusa, Posejdona, Demeter i Hefajstosa była to władza nad żywiołami... czyli największy błąd w ich nieśmiertelnym życiu... - bogini wzdycha - To było do przewidzenia, że stracisz nad nimi władzę... W końcu jesteś tylko zwykłym człowiekiem... Nie powinniśmy dawać ci tych mocy... A teraz jeszcze nie możemy cię zabić... Bo Selene musiała wtrącić swoje trzy grosze i uznać, że zaopiekuje się tobą jako gwiazdozbiorem... - kręci głową z zażenowaniem.
- Masz do mnie pretensje, bo chciałam uratować życie młodej dziewczynie, którą los skazał, gdy była jeszcze małym dzieckiem? - odzywa się głos zza bogini mądrości. Przed moimi oczami staje Selene, bogini, która nazywa mnie swoją córką.
Atena prycha, a bogini księżyca odwraca się do mnie i podaje mi rękę.
- Chodź, dziecko - uśmiecha się miło. Łapię jej rękę i wstaję.

Nagle przenosimy się do ciemnej komnaty. Rozświetlają ją jedynie jasne punkciki, które mają imitować gwiazdy. Selene staje przede mną i patrzy na mnie smutnym wzrokiem.
- Żegnaj, Marceline - szepcze i całuje mnie w czoło.
Świat przysłaniają mi mroczki. Nie widzę już nic i padam na ziemię nieprzytomna.

Obudziła się gwałtownie wstając. Will leżący obok spojrzał na nią z zdziwieniem w oczach. Normalnie by się zarumieniła, ale była zbyt przejęta. Z jej oczu po raz kolejny polały się łzy. Musiała wyglądać już jak królik, ale nie obchodziło ją to.
Chłopak znów ją przytulił.
- Ciiii... - wyszeptał w jej włosy - Co się stało?
- Ja... - szlochnęła - Spaliłam całą moją rodzinę... Wszystkich znajomych... W moje siedemnaste urodziny... - przytuliła się jeszcze mocniej do niego.
- Nic takiego się nie stało... - powiedział cicho, a jego głos brzmiał pewnie - Twoje siedemnaste urodziny musiały być w tym roku. W mediach by o tym mówili. A ja na pewno bym o tym usłyszał, a tak nie było. Możesz być spokojna... to był tylko sen.
Wyrwała mu się.
- Nie! - krzyknęła kręcąc głową - Ty nic nie rozumiesz! Nie urodziłam się siedemnaście lat temu! - zakryła ramionami oczy - Urodziłam się w starożytności - podkreśliła dobitnie ostatnie słowo - Ponad trzy tysiące lat temu! Gdy ludzie nie znali elektryki, Archimedes wyskakiwał z wanny, na Igrzyskach Olimpijskich był bieg hoplitów, mężczyźni nie golili bród, stawiano waszym rodzicom świątynie, składano im ofiary, a grecka mitologia nie żyła jedynie na kartach książek dla większości ludzkości, tylko była prawdziwą religią, którą wyznawała cała Grecja!
Will patrzył się na nią z wyrazem niedowierzania na twarzy, a z oczu Mar wypłynęło jeszcze więcej łez. Chłopak szybko się ogarnął i przytulił ją.
- Spokojnie... Wierzę ci... Wiem, że jesteś Obdarzoną, a znam jej historię. Po prostu.... Nie dopuszczałem tego do siebie... To co się wtedy stało to nie twoja wina... - pocałował ją w czubek głowy.


Łzy nadal nie przestawały cieknąć i nawet ciepłe słowa Willa, jego ramiona przytulające ją, nie dawały pocieszenia.
_________________
Oto szesnasty rozdział!
Dedykuję go Roldze. Już masz co czytać. Przez następny miesiąc... łups...
I obiecany : "Will pachnie świeżymi ciasteczkami" Luna. Tak Lunałko, pachnie ciasteczkami...
Mam nadzieję, że rozdział się podoba, że nic nie schrzaniłam, jak zawsze, i że nie ma zbyt wielu błędów za które przepraszam ;)
Czy tylko ja rozpaczam, że wracamy już do szkoły?
Nie zanudzam
Laciata <3

Jeśli czytasz to skomentuj!!!

poniedziałek, 22 grudnia 2014

One shoot - Butterfly, Flower and Spider

Zanim przeczytacie tego oto oneshoota, lub w trakcie czytania polecam odsłuchać te cudne piosenki *.* Butterfly, Flower and Spider Haitoku no Hana (to może nie jest tak związane z tematem, ale jest piękne) dzięki którym naszła mnie wena na tego oto oneshoota, Mam nadzieję, że się spodoba :)

______________________________

            - Szlachcic, Allen Autriche  i jego sługa Yume Miziki, przybili! - krzyknął w głąb sali balowej mężczyzna przyjmujący gości. Len przewrócił oczami. Yume skinął głową w stronę mężczyzny i razem zeszli po schodach.

            Nikt z gości nie zainteresował się zbytnio spóźnionymi przybyszami. Tylko kilka par oczu spojrzało na nich przelotnie i znów przenieśli wzrok na schody, mieszczące się na przeciwko tych wejściowych. Rozległy się fanfary. Na ich szczycie stanęła para królewska. Paulletto d'Luferin, władca Montelli, wystąpił krok przed żonę i donośnym głosem oznajmił :
            - Dziękuję wszystkim tu obecnym za przybycie. Wiele to znaczy dla mnie i dla mojej żony, ponieważ, jak doskonale wiecie, dzisiaj mija ćwierćwiecze od dnia naszego ślubu. I jednocześnie dzień dziewiętnastych urodzin naszej najstarszej córki. Panie i panowie! Dzisiejsza solenizantka, Rillianne d'Luferin!

            Król, wraz z małżonką zeszli po schodach, a po chwili na ich miejsce weszła kobieta, na której widok Lenowi zaparło dech. Wysoka, smukła, na tle wielobarwnego witrażu z różą, w pięknej, czerwonej sukni, z dłońmi skrytymi pod prostymi jedwabnymi rękawiczkami, wyglądała przepięknie. Jasne włosy opadały luźno na łopatki. Niebieskie oczy uważnie, z lekkim strachem przeczesywały salę. Zaczęła powoli schodzić ze schodów, palcami jednej ręki muskając poręcz. Jej wzrok zatrzymał się na nim. Tak myślał przez chwilę. Dopiero po pół minucie doszedł do wniosku, że jej piękne oczy wpatrują się w Yumę stojącego obok niego. On również patrzył na księżniczkę. W jego oczach malowało się uwielbienie.
            - Rin... - wyszeptał jego sługa, jak urzeczony. Lena ogarnęła zazdrość. Skąd rycerz pochodzący z biednej rodziny, może znać tą piękną księżniczkę prosto z zamku? I do tego mówić o niej tak poufnie! Uniósł dumnie brodę i do końca zszedł po schodach., zostawiając towarzysza w tyle.

            Podszedł do stołu z bufetem i wziął w dłoń, osłoniętą czarną rękawiczką, kieliszek czerwonego wina i powoli je sącząc oparł się o ścianę. Przeczesał salę wzrokiem w poszukiwaniu znajomych twarzy. Dostrzegł Yumę kłaniającego się księżniczce. Jak widać nie przejął się zbytnio tym, że jego pan go zostawił. Len prychnął i znów zanurzył usta w winie. Odsunął kieliszek i lekko nim bujając, z markotną miną przyglądał się czerwonemu płynowi obijającemu się o szkło.

            - Oh, panicz Autriche! - usłyszał nad sobą wysoki, kobiecy głos - Nie spodziewałam się, pana tutaj!
            Podniósł głowę. Przed nim stała upudrowana, niska, trochę starsza kobieta z okularami na nosie, z nienaturalnie wypiętymi do tyłu pośladkami. Ta postawa nadawała jej lekko wygląd kaczki. Mimo to na twarz Lena wstąpił delikatny, arogancki uśmiech.
            - Madame Crusoe... - skłonił się lekko - Miło mi panią widzieć. - sięgnął po jej dłoń i delikatnie ją pocałował.
            - Jak zwykle szarmancki. - zachichotała - Ale pozwoli pan, że przedstawię. - zza jej pleców wystąpiła, młoda dziewczyna. Długie brązowe włosy miała upięte w misternego koka. Duże zielone oczy spoglądały na niego z mieszanką zawstydzenia, ciekawości i zachwytu. - Moja siostrzenica. Klaryssa la Founte.
            Dziewczyna ukłoniła się delikatnie. Była piękna, Len nie mógł zaprzeczyć. Ale o wiele bardziej wolałby, aby na miejscu Madame Crusoe stała królowa Anastasia, a zamiast Klaryssy kłaniała mu się panienka Rillianne...

            Jakie piękne imię. Rillianne. Mógłby słuchać jego brzmienia przez całe życie. Chociaż najchętniej słuchał by swojego imienia, wymawianego jej głosem, w krzykach rozkoszy, we łzach, gdy pocieszałby ją, w wyznaniach miłości, o porankach, przy przebudzeniu...  W jego głowie od razu zaczęły formować się hmm... ciekawe obrazy przedstawiające księżniczkę.

            - Panie? - wyrwał go z fantazji głos Yume - Nie mogłem panicza znaleźć w tłumie.
            Allen potrząsnął głową, by przegonić z umysłu obrazy Rillianne w wielu różnorodnych sytuacjach. Madame Crusoe i jej siostrzenica odeszły od niego. Po postawie Madame było widać, że czuje się obrażona tym, jak Len zignorował ją i jej piękną siostrzenicę. Niestety Madame, pomyślał, Klaryssa jest piękna, ale przy księżniczce jest jak zwiędły kwiat.
            - Myślę, że chyba jednak byłeś zajęty czymś innym niż szukaniem mnie. - prychnął.
            Yume zaczął się śmiać, tak że aż zgiął się w pół.
            - Czyżbyś był zazdrosny, Len? - powiedział przez śmiech.
            - Skąd znasz księżniczkę? - zapytał prosto z mostu, nie zważając na poufną formę w jakiej Yume się do niego zwrócił. Zwykle nie pozwalał sobie na mówienie mu po imieniu na tego typu przyjęciach. Nie dlatego, że Len mu tego zabronił. Uznał, że tak nie wypada, a on nie miał nic do tego, jego decyzja.
            Jego słowa wywołały kolejną salwę śmiechu.
            - Jakiś ty bezpośredni, paniczu. - powiedział, kiedy już się uspokoił - Bawiłem się z Rin... znaczy księżniczką Rillianne, gdy byliśmy dziećmi. Moja matka była szwaczką na zamku i często jej tam towarzyszyłem. Choć to bardziej Rillianne zajmowała mój czas. Nie widziałem jej chyba już od dwóch lat... - opowiedział z wyraźnym rozmarzeniem w głosie, co jeszcze bardziej pogłębiło gniew Allena.
            - Oh, Yume! - usłyszał zza pleców rycerza kobiecy głos, należący do królowej Anastasii - i Len! Nie sądziłam, że przybędziesz. Nie odpowiedziałeś na zaproszenie. - w jej głos wkradła się nuta wyrzutu.
            - Wasza wysokość - Len ukłonił się, a Yume poszedł w jego ślady - Proszę o wybaczenie. Najwyraźniej posłaniec z potwierdzeniem naszego przybycia nie dotarł.
            - Rozumiem. - jej twarz złagodniała i Len po raz kolejny przekonał się jaka królowa jest piękna. Ją, w przeciwieństwie do jej córki, widywał bardzo często. Jego matka była jedną z najlepszych przyjaciółek władczyni. Często gościła u nich na dworze, a oni u niej w zamku. Jak to możliwe, że nie widywał księżniczki?

            Nagle orkiestra zaczęła wygrywać szybszą piosenkę.
            Królowa z wyrazem podniecenia na twarzy, przeprosiła Lena i szybko weszła na schody :
            - Przy tym pięknym utworze nikt, powtarzam nikt, nie ma stać pod ścianą. Wszystkich proszę do tańca! Raz, raz! - klasnęła w dłonie.

            Goście zebrali się na środku sali i rozpoczęli taniec jakiego Len nigdy w życiu nie widział. Ludzie wirowali, gdy piosenka była szybka. Po chwili zwalniała i tworzyło się wiele par. Ale i wtedy ten taniec był szybki i dynamiczny. Ludzie klaskali, przytupywali.
            Nagle w tłumie wirujących ludzi zobaczył Yume, który najwyraźniej znów go zostawił, tańczącego z księżniczką. W tym samym momencie jakaś dziewczyna uśmiechnęła się do niego słodko i pociągnęła w tłum. Nie minęła minuta a Len już znalazł się przy księżniczce.  Obrócił się za plecami Yume, znalazł się obok Rillianne i delikatnie łapiąc ją za rękę, obrócił ją, tak, że jego sługa został z boku skazany na byłą towarzyszkę Lena.
            Księżniczka wylądowała w jego ramionach i spojrzała na niego lekko przestraszonymi oczami. Len uśmiechnął się do niej delikatnie, aroganckim uśmiechem. Jej twarz znajdowała się tylko centymetr od jego, prawie stykali się nosami. Rillianne spuściła wzrok na jego buty, a Allen zaśmiał się cicho do jej ucha. Na te piękne policzki wpłynął uroczy rumieniec.
            Niestety muzyka znów przyspieszyła i Len musiał odsunąć się od księżniczki. Jednak nie dał innym mężczyznom szansy na zbytnie zbliżenie się do niej. Nie był zaborczy, ale wystarczyło jedno krzywe spojrzenie na konkurenta, a ten już sobie odpuszczał. Błysk strachu w oczach konkurentów, sprawiał, że Len czuł się bardziej pewny siebie i jego arogancki uśmiech wciąż się powiększał.
            Mimo, że nigdy w życiu nie tańczył tego tańca, czuł się nawet pewnie, mając księżniczkę u swego boku. Jego stopy same stawiały kroki, a Rillianne zgrabnie wirowała przed nim prowadząc go w tym tańcu.
            Jednak ku wielkiemu rozczarowaniu Lena muzyka musiała się skończyć. Szybkie nuty nagle się skończyły, sprawiając, że ciało Rillianne  wylądowało w jego ramionach. Oboje ciężko oddychali. Taniec był męczący, ale oczy księżniczki, wpatrzone tylko w niego, tak blisko jego oczu, niesamowicie niebieskie... Jej usta tylko kilka centymetrów od jego. Jej oddech stykający się z jego w połowie drogi do jej słodkich, różowych ust. To wszystko sprawiło, że już nie pamiętał o zmęczeniu i pragnął jedynie posmakować tych kuszących go od początku, ust.
            Rozległy się oklaski i czar prysł. Rillianne odsunęła się i ukłoniła. Podszedł krok bliżej i uniósł jej twarz. Znów znajdowała się tak blisko. Jednak on wciąż pragnął więcej.

            - Księżniczko - sam się skłonił, sięgnął po jej dłoń owinięta w białą rękawiczkę i pocałował ją - To ja jestem twym sługą, nie kłaniaj mi się, proszę. Zaszczytem dla mnie było choćby zobaczenie cię, a o cudownym tańcu z tobą nie wspominając - jego ton i lekko zachrypnięty głos wywołały na jej policzkach śliczny rumieniec.
            - Dziękuję... - wyszeptała cicho.
            - Cała przyjemność po mojej stronie, pani. - ukłonił się ponownie, nie spuszczając wzroku z jej oczu
            - Jest pan starszy ode mnie! - zaprotestowała - Proszę mnie tak nie typować - jej policzki znów miały ten uroczy odcień różu.
            Len uśmiechnął się zwycięsko i podał jej ramię. Zeszli z parkietu dając innym parom miejsce do tańca.
            - Jestem tylko dwa lata starszy, księżniczko. Len wystarczy. - uśmiechnął się rozbrajająco i podał jej kieliszek szampana. Niepewnie wzięła go do ręki delikatnie muskając jego czarną rękawiczkę, sprawiając, że jego ciało przeszył dreszcz. Jak on pragnął tej kobiety... Upiła łyk trunku delikatnie rozmazując szminkę na szkle.
            - Dziękuję - powiedziała cicho z uroczym uśmiechem.
            - Rin? - piękny nastrój prysł z chwilą pojawienia się Yume - Len?
            Allen odwrócił wzrok od bruneta, zanurzając usta w trunku.
            - Yume? - księżniczka odwróciła się do sługi - Znasz pa... Lena?
            Mężczyzna roześmiał się cicho.
            - Znam? Gdyby nie ten arogancki, sadystyczny - Allen skrzywił sie nieznacznie słysząc te określenia - ale lojalny i szlachetny człowiek, nie oglądałabyś mnie tu teraz. - odpowiedział rycerz ze śmiechem, czym lekko przeraził księżniczkę
            - N-naprawdę?
            - Jak się tak rwie do wal z przestępcami, to się nie dziw, Yume, że w końcu potrzebowałeś czyjeś pomocy - Len westchnął, patrząc na nich sponad kieliszka.
            Brunet znów zaczął się śmiać, drapiąc się po głowie.
            - Jednak masz rację...
            Księżniczka niepewnie podeszła bliżej Allena, napawając go nadzieją, że preferowała jego towarzystwo i ratunek Yume sprawił, że zabłysł w jej oczach. Eh... on się chyba... nie to niemożliwe... On Len Autriche nie mógł się zakochać. Nie tak szybko. Ale ta kobieta... eh... Uśmiechnął się niezauważalnie
            - Dziękuję - ukłoniła się delikatnie - Gdyby nie ty, Len, Yume nie byłoby teraz z nami i nie mogłabym go znów spotkać. - jego uśmiech w jednej chwili, zmienił się w grymas, a nadzieja w wściekłoś -  Jeszcze raz dziękuje. Cieszę się, że mogłam poznać takiego szlachetnego człowieka.
            W Lenie się zagotowało. Jak mogła go chwalić w takim momencie. Rillianne miała być JEGO. Miało jej zależeć na JEGO towarzystwie. Nie Yume.
            Ścisnął trochę mocniej kieliszek i tylko skinął głową ze sztucznym uśmiechem.
            Yume z głupim wyrazem twarzy przybliżył głowę do ucha księżniczki. Jak on śmie tak poufnie się do niej zbliżać, ich przyjaźń z dzieciństwa to jedno, ale są na przyjęciu, gdzie obserwuje ich teraz setki par oczu, w tym Lena. Który w tej chwili zaczął żałować, że uratował Yume, tam tego dnia.
            - Wielki Allen Autriche jest nie w humorze. Cóż takiego się stało, Len? - spytał już stając prosto, ale wciąż trochę za blisko Rillianne.
            Księżniczka zaśmiała się cicho.
            - Potrzebne ci do szczęścia, Yume? - spytał sarkastycznie.
            - Umrę bez tej wiedzy, panie. - ukłonił się głęboko, sprawiając, ze do jego uszu doszedł perlisty śmiech Rillianne. Przewrócił oczami i odstawił kieliszek na stół.
            - Idę się przewietrzyć. - ukłonił się przed księżniczką - Wybacz, pani. - ruszył do wyjścia prowadzącego do ogrodu, posyłając Yume mordercze spojrzenie. Usłyszał tylko jego "ups" i tłum ludzi oddzielił go od nich. Nie minęło dużo czasu, a już znalazł się na zewnątrz. Chłodne powietrze owiało jego twarz.  Odetchnął.

            Boże, co się z nim dzieje? Ta kobieta zbyt na niego działa. Pożałował uratowania Yume. Gdyby nie jego rycerz, Len by też już gryzł piach. Jednak nadal pragnął księżniczki.

            - Len? - usłyszał za sobą głos cichy jak brzęczenie dzwoneczków. Jego serce przyspieszyło.
            Ehh... On - arogancki, mający kobiety na skinienie palcem szlachcic dał się uwiązać jednej, delikatnej księżniczce w przeciągu kilku godzin...
            Nie odwrócił się. Bynajmniej nie zamierzał. Jednak jakaś siła sprawiła, że się odwrócił, szybko pokonał dystans dzielący go i Rillianne i złożył na jej różowych ustach tak upragniony pocałunek.
            Spodziewał się, że księżniczka go odtrąci, że krzyknie, że zacznie się go bać, że pójdzie do ojca i Len będzie skończony. Ale nie spodziewał się, że, nieśmiało, ale jednak, Rin zarzuci ręce na jego szyję i odda pocałunek.
             Po chwili odsunęła się, jednak nie przestała obejmować jego szyi. On oparł ręce na jej talii nie zamierzając jej wypuszczać.
            Na usta Lena wpłynął zwycięski uśmiech, a niebieskie oczy chłonęły każdą część jej twarzy. Jej policzki były niesamowicie różowe, co jeszcze bardziej powiększyło satysfakcję Lena. Pochylił się do jej ucha i cicho wyszeptał :
            - Jesteś piękna, wiesz? - przytulił ją mocno, opierając głowę na jej ramieniu i wdychając jej niesamowity zapach.
            - Dziękuję... - ledwo usłyszał jej słowa - Cieszę się, że mogłam cię zobaczyć na moich urodzinach. I w końcu cię poznać... - objęła go mocniej zaciskając dłonie na jego marynarce.
            Cisnęło mi się na usta by zapytać "Jak to w końcu?" ale się powstrzymał i pozwolił jej mówić dalej.
            - Zastanawiasz się, czemu mówię w końcu? Yume mi o tobie opowiadał kilka lat temu. Jaki to jesteś szlachetny, odważny i jak dałeś mu schronienie. Marzyłam by cię poznać. Słuchałam jak pokojówki wymieniają się plotkami na twój temat... Oh... - westchnęła - Zakochałam się w tobie przez same historię. A gdy już cię zobaczyłam. Nie od razu poznałam, że to ty uratowałeś Yume. Ale nawet zanim sie o tym przekonałam wiedziałam, że to ty. Że ty jesteś dla mnie. - ścisnęła go jeszcze mocniej - Pewno teraz uważasz mnie za głupią dziewczynkę, ale tak jest.
            - Rillianne - Len westchnął. Te słowa były muzyką dla jego uszu - Ty powinnaś mieć o mnie złe zdanie. Zakochałem się w tobie w momencie zobaczenia cię. Nie znając cię w ogóle.

            Do ich uszu doszedł śmiech. Szczery głośny śmiech,  tak dobrze znany Lenowi. W drzwiach do ogrodu stał Yume klaszcząc w ręce. Skórzane rękawiczki tłumiły dźwięk, ale echo i tak się roznosiło.
            - Długo musiałem czekać. - z jego twarzy nie schodził uśmiech - Chodźcie. Królowa już wie. Teraz męczy mnie, bym was tu przygnał, bo musicie odtańczyć końcowy taniec. Na schodach - z każdym słowem jego uśmiech się poszerzał - Na oczach wszystich.
            Allen westchnął i odsunął się od Rillianne. Ukłonił się, podając jej dłoń.
            - Skoro królowa prosi. Rillianne, zatańczysz ze mną ten ostatni taniec?
            Jej perlisty śmiech rozniósł się po ogrodzie.
            - Oczywiście. - położyła swoją dłoń na jego i ruszyli w stronę sali balowej.

            Weszli wywołując falę oklasków. Księżniczka zarumieniła się lekko spuszczając wzrok. Len uścisnął delikatnie jej dłoń, sprawiając, że kobieta lekko się uśmiechnęła.
        
    Doszli do schodów. Rillianne jak piórko zaczęła wspinać się po schodach, a on zaraz obok niej nadal nie puszczając jej dłoni. Zabrzmiała muzyka. Ukłonili się nieznacznie i zaczęli tańczyć w doskonale znanym Lenowi tańcu. Na każdym przyjęciu w jego domu tańczyło się ten taniec. Kolejność figur jest tu tak naprawdę bez znaczenia. Liczy się tylko jedna rzecz - nie można puścić dłoni partnerki. Rillianne wirowała razem z nim w tym tańcu.

            Po niedługim czasie nuty ucichły, a księżniczka zatrzymała się w jego ramionach. Nie obchodziło go, że setki ludzi na nich patrzy. Po prostu ją pocałował. Rozległy się oklaski.
            Nagle głos ojca Rin wybił się ponad je.
            - Panie i panowie! Oficjalnie ogłaszam od dawna planowane zaręczyny mojej córki Rillianne d'Luferin i szlachcica Allena Autriche'a!!!
            Oklaski znów zagłuszyły wszystko. A Len zatonął w niesamowitych niebieskich oczach księżniczki z szczęśliwym uśmiechem na ustach. Ona z zamkniętymi oczami i błogim uśmiechem schowała głowę w jego ramionach.


            To był najpiękniejszy dzień ich życia. Przyszłych władców Montelii, dla których nie liczyło się teraz nic tylko najukochańsza osoba obok.
________________
Okay... nie sądziłam, że uda mi się to tak szybko skończyć, ale jest! 
Mam nadzieję, że się spodobało.
Chyba rozwaliłam końcówkę, ale co tam. Walić to (masło maślane)
O. Rillianne występująca tu to nie siostra Willa, jakby sie komuś taka myśl przewinęła. W tym oneshoocie są vocaloidy : Len i Rin Kagamine i VY2 znany też jako Yuuma (jego imię zmieniłam, bo Yume ładniej brzmiało xD)
Zachęcam do komentowania :) może napiszę rozdział do końca przerwy świątecznej xD
I życzę wszystkim zdrowych, pogodnych świąt. Bogatego Mikołaja, czekolady i wszystko co zamarzycie. 
Nie posiadam zdolności pisania kreatywnych życzeń, przepraszam.
Nie zanudzam
Laciata <3 

Jeśli czytasz to skomentuj!!!

niedziela, 14 grudnia 2014

Rozdział XV

Will

Gdzie jesteś?
Odbierz.
Willy, muszę Ci to powiedzieć, przyjdź proszę.
Chociaż odpisz.
Will, proszę!
Boję się, odbierz.
Stało Ci się coś?
Złapali Cię?
Odbierz.
Braciszku... Boję się, odbierz.

SMS'y od Rillianne stawały się coraz bardziej natarczywe i zrozpaczone. Jednak Will doskonale znał sztukę manipulacji własnej siostry. Umówili się na dwudziestą drugą w ruinach ich starego domu, jednak on nie miał najmniejszego zamiaru tam jechać. Irytujący dźwięk bąbelków, który miał ustawiony na SMS i ciągły głos Hatsune Miku śpiewający World is Mine, coraz bardziej go drażniły jednak nie zamierzał odpisywać ani odbierać.
Po półgodzinie ciągłych SMS i telefonów postanowił w końcu wyciszyć urządzenie, uprzednio jednak chciał przeczytać wszystkie wiadomości. Z każdą coraz bardziej się bał. Aż w końcu nadeszła ostatnia :

Boję się o Ciebie... Nie chciałam tego, ale wybacz. Już za późno. Kocham Cię, braciszku.
                                                                                                   
             
Marceline

Mar obudziło dziwne przeczucie. Zignorowała je, bo godzina trzecia nad ranem to jednak jest moment, gdy ignoruje wszystko. Nawet gdyby teraz obok niej znaleźli się Ethan i Will, całując ja po szyi i nie wypuszczając z ich silnych ramion... moment! Skąd naszły ją takie myśli? Cała jej twarz się zaczerwieniła, a ona nakryła się kołdrą. Przeszedł ją dreszcz, jednak znów go zignorowała.

W momencie, gdy zamknęła oczy i miała już odpłynąć w ramiona Morfeusza, coś wstrząsnęło budynkiem. Tynk zaczął sypać się z sufitu. Obie z Veronicą zerwały się z łóżek.
- Co jest? - spytała siostra szybko zakładając pierwsze z brzegu dłuższe spodnie i buty.
Mar pokręciła głową, w momencie, gdy wpadł do nich Will.
- Co jest? - powtórzyła pytanie brunetka - I co ty tu robisz?
- Nie ma czasu na pytania. Cienie atakują. Ubierać się, ale już! - chłopak zdawał się naprawdę przejęty, w czasie gdy siostry się ubierały tupał nerwowo jedną nogą. Nie trwało to jednak długo. Gdy tylko Mar zarzuciła na siebie kurtkę, wziął ją za rękę i w szaleńczym tempie wyciągnął ją na zewnątrz.
- Will! - pisnęła - A Veronica?
- Poradzi sobie. Do ciebie miałbym wątpliwości. - warknął. Mar lekko zraniona nie odzywała się już cała drogę.
W końcu dobiegli do wyjścia. Na zewnątrz byli już wszyscy. Veronica po chwili ich dogoniła.
- Gdzie oni są?! - wrzasnął Will, przedzierając się przez tłum w stronę dyrektora.
- Odlecieli - powiedział słabo, bez okularów i z rozczochranymi włosami wyglądał młodziej i, gdyby nie zawstydzało to Mar, mogłaby przyznać, że był nawet atrakcyjny. - Przelecieli nad Hacjendą na pegazach, zrzucili grecki ogień i odlecieli.

Will zaczął przeklinać na cały głos. Mar przerażona i wciąż trochę zraniona, zdobyła się na odwagę by do niego podejść, ale drogę zastąpił jej zatroskany Ethan.
- Nic ci nie jest?
Marceline pokręciła głową i chciała go wyminąć. Krzyki Willa raniły jej uszy i powoli zaczynała ja boleć głowa. Syn Aresa jednak nie dał jej odejść.
- Już chcesz ode mnie uciec? - zapytał z lekko rozbawionym spojrzeniem. Policzki Mar przybrały różowy odcień.  Pokręciła głową.
- To gdzie idziesz?
Przez chwile myślała co powiedzieć. Nie chciała mu mówić, że chce podejść do Willa i teraz nawet uświadomiła sobie, że nawet nie wiedziałaby co zrobić. Co by mu powiedziała?
Do syna Zeusa podszedł Nick i jego krzyki ucichły, jednak nie na tyle by ukoić jej ból głowy.
Westchnęła i powiedziała, że idzie szukać siostry. Błądziła w tłumie nastolatków. Wszyscy dorośli zebrali się w jednym miejscu i dyskutowali. Nie sądziła, że jest ich tak wiele. Jednak jej rówieśników było kilkanaście razy więcej i znalezienie jednej dziewczyny w tym labiryncie było nie lada wyzwaniem.

W końcu jednak wychwyciła wzrokiem ciemną głowę Veronici, przytulającą się do Jeremiego. W takim momencie nie miała serca im przerwać. Wiedziała, że siostra bardzo potrzebuje swojego chłopaka w tej chwili, więc odwróciła się. Wtedy w polu jej widzenia mignęła niebieska głowa. Po chwili Luna stanęła przed nią.
- Widziałaś mojego brata idiotę? - spytała
- Był z Willem - odpowiedziała cicho wskazując głową kierunek.
- Hmm... - twarz Luny przybrała dziwny wyraz - Ciekawe co oni tam robią... Chodź ze mną do nich! - zaproponowała i złapała ją za rękę i delikatnie pociągnęła w stronę chłopaków. Mar delikatnie wyrwała rękę, ale ruszyła za niebieskowłosą.

Po ponownym przedarciu się przez tłum nastolatków dotarły do chłopaków. Will teraz siedział pod drzewem z wyprostowanymi rękoma położonymi na ugiętych kolanach, z głową zwieszoną miedzy nimi. Nick kucał naprzeciwko, coś do niego mówiąc. Luna podbiegła do nich, podrywając brata na nogi. Will podniósł głowę i napotkał spojrzenie jej zielonoszarych oczu. Uczucie zdrady w jego błękitnych oczach prawie wycisnęło jej łzy z oczu. Wskazał delikatnie brodą Hacjendę. A raczej to co z niej pozostało. Ruiny jej domu wciąż dymiły, a w niektórych miejscach wciąż tlił się ogień. Widok zasłoniły jej łzy. Cofnęła się o kilka kroków, aż napotkała za swoimi plecami drzewo. Powoli się po nim osunęła tracąc władzę w nogach. Z jej klatki piersiowej wydobył się szloch. Spędziła w Hacjendzie tylko kilka tygodni, ale pokochała to miejsce. To był jej i jej przyjaciół dom.
Zerwał się delikatny wiatr. Z miejsca gdzie mniej więcej był położony jej pokój wzbiło się w powietrze coś białego, z przypalonym jednym rogiem. To białe coś po chwili okazało się kartką, która wylądowała u stóp Marceline. Jak przez mgłę sięgnęła po nią. Był to rysunek. Jeden z niewielu jakie narysowała. Mimo iż jej to wychodziło rzadko miała ochotę rysować. Ten przedstawiał ją, Willa, Nicka, Veronicę, Jeremiego i Ethana w tle. Wszyscy byli uśmiechnięci, śmiali się. Jeremy delikatnie obejmował w talii swoją dziewczynę, a dłoń Willa znajdowała się blisko dłoni Mar. Uśmiechnęła się przez łzy. Jak bardzo by pragnęła by to była rzeczywistość. By Cienie nie istniały. By Nyks nie próbowała wywołać wojny. Ona by pamiętała swoją przeszłość. Wiedziałaby kim jest. Prawdopodobnie nie należała do tych czasów, ale... Jednak tu czuła się jak w domu.

Ale ten dom został zniszczony.

Zanim z jej piersi wydobył się kolejny szloch po okolicy rozniósł się głos dyrektora :
- Na razie tymczasowo zostaniecie odesłani do waszych najbliższych rodzin. - wśród półbogów rozniosły się szepty - Jeśli jednak takiej nie macie. A wiem, że jest to w miarę spotykane zjawisko - spojrzenie czekoladowych oczy Gizzelda spoczęło na niej i na Willu - Zostaniecie pod opieką waszych mentorów. Chyba, że ktoś z rodziny przyjaciół okaże się chętny do zaopiekowania się wami. Wtedy możecie się podziać tam. Wasi mentorzy was odprowadzą, bym miał pewność, że wszyscy trafili tam gdzie powinni.

Gdy tylko głos dyrektora ucichł Nick złapał za telefon i wykręcił czyjś numer.
- Halo? Babciu? No cześć. Tak to ja Nick, przepraszam, ze tak wcześnie... Tak, Luna jest ze mną... No chodzi o to... że Hacjenda spłonęła... Tak, nic nam nie jest. W porę uciekliśmy. I mamy na razie zamieszkać u rodziny.... Tak wiem, że jesteśmy mile widziani, ale... Moi przyjaciele... Tak, dwójka... Nie mają się do kogo wprowadzić, chyba, że mieliby zamieszkać z mega nudnym facetem po trzydziestce, który umawia się z moją mentorką... No wiem, jestem tego samego zdania babciu... To przygarniemy ich, prawda? Tak, też cię kocham. Ale będą naleśniki? To dobrze... Będziemy wieczorem. - chłopak pożegnał się i pokiwał głową z zadowoleniem.
- Nie musicie się męczyć u tego nudnego faceta... - poinformował, akurat w momencie gdy podszedł do nich ich mentor - No hej, Daniel.
Mężczyzna pokręcił z politowaniem głową.
- Domyślam się, że idziecie do babci Nicka? - wszyscy pokiwali głowami. Daniel wyjął telefon z kieszeni i napisał coś do kogoś. - Zawiozę was. Nie będziemy Phoebe ciągać. - machnął na nich ręką i wszyscy ruszyli w stronę samochodu mentora Mar i Willa.
- A nie mówiłem? - szepnął do nich cicho Nick przez śmiech.

Wsiedli do auta i odjechali zostawiając za sobą tlące się ruiny Hacjendy. Po kilku godzinach dojechali na miejsce. Daniel zaparkował przed średniej wielkości piętrowym domem, z ścianami pomalowanymi na delikatny pastelowy żółty kolor. Do ciemnych drzwi wiodły schody, kończące się niedużym gankiem. Spadzisty dach był z ciemnoszarych dachówek, prawie całkowicie przykrytych śniegiem. Mar dopiero teraz zauważyła, że świat stał się biały. Domek był uroczy. Zza okiem widać już było świąteczne lampki rozwieszone w domu.
- Dzięki, Daniel! - rodzeństwo podziękowało i wszyscy wysiedli.

Nick tanecznym krokiem wszedł po schodach w połowie prawie się przewracając. Luna wyprzedziła brata i energicznie zapukała. Drzwi otworzyła im młoda kobieta, mniej więcej w wieku Daniela.
- Nick! Luna! - zawołała uradowana, zza pleców rodzeństwa wyłonili się też Mar i Will - Cześć. Jestem Rose. Ciocia Nicka i Luny. Wchodźcie! - zaprosiła ich do środka.
Przedpokój, pomalowany na delikatny morelowy kolor, nie był duży. Znajdowały się tutaj tylko wieszaki na kurtki, mała komoda, pewno na buty, kapcie i ewentualne akcesoria. Nad komodą wisiało prostokątne lustro za które były zatknięte jakieś karteczki. Po bokach lustra były naścienne lampy dające oświetlenie całemu pomieszczeniu. Po lewej stronie wisiała skrzynka na klucze. Zaczęli zdejmować kurtki i buty.
Z łuku prawdopodobnie prowadzącego do kuchni wyszła niska, starsza kobieta. Wycierała ręce w szmatkę kuchenną.
- Nick! Luna! Chodźcie zrobiłam naleśniki! - przywitała ich. Kiedy rodzeństwo pognało do kuchni, kobieta podeszła do lekko zakłopotanych Marceline i Willa - Co tak stoicie. Chodźcie. Dla was też mam.
Zaprowadziła ich do kuchni i posadziła naprzeciwko Nicka i Luny, którzy czekali na nich z posiłkiem.
- Itadakimasu! - krzyknęła niebieskowłosa i zabrała się za naleśniki polane sosem czekoladowym.
- Smacznego - przetłumaczył jej brat i wszyscy zaczęli jeść.
Gdy Mar kończyła drugiego naleśnika do kuchni weszła babcia Nicka.
- Skarbie, patrz co dla ciebie zrobiłam na święta. - rozłożyła przed sobą biały, wełniany sweter z wyszytą lirą na środku - Podoba ci się?
- Jest piękny, babciu - chłopak aż się wzruszył. - Zjem i lecę się w niego przebrać.
Will nachylił się do Luny, zahaczając ramieniem o rękę Mar.
- On tak na serio? - spytał, lekko załamany zachowaniem przyjaciela.
- On ma całą kolekcję swetrów od babci. - pokręciła głową - Ale kawaii* w nich wygląda.
Will westchnął w momencie, gdy Nick wrócił na swoje miejsce.

Skończyli jeść. Rodzeństwo wytłumaczyło im, że rodzinną tradycją jest po kolacji usiąść przy kominku i pograć w gry, pośpiewać piosenki. Mar i Will niepewnie dołączyli do nich. Razem z nimi przy kominku zasiadła również Rose, jej mąż i dwójka rozkosznych dzieci. Grali w karty, jedną z gier Kaia i Jo, i pośpiewali kilka świątecznych piosenek. Mimo że był początek grudnia w tym domu panował już zupełnie świąteczny nastrój.

Późnym wieczorem Marceline poszła do przydzielonego jej pokoju, sąsiadującego z pokojem Willa. Długo siedziała wpatrując się w gwiazdy za oknem. W końcu z myślą o Hacjendzie i z nadzieją, że koniom, o których wcześniej zapomniała o co była na siebie strasznie wściekła, nic się nie stało, zasnęła niespokojnym snem.
______________
*Kawaii z japońskiego znaczy słodkie.
Oto piętnasty rozdział! 
Mam wielką nadzieję, że się Wam podoba.
Przepraszam, za wszelkie błędy, niedociągnięcia i tak dalej, ale jestem w połowie chora, i nie chce mi się myśleć zwłaszcza jak jutro zaczynam fizyką... -,-
W ogóle to nie wiem czy ktoś będzie to interesować, ale http://ask.fm/TheYoungDevil obiecany (nie do końca) ask :)
Rozdział dedykuję wszystkim kto komentuje, bo komentarze naprawdę mają dla mnie wielką wartość i jednak dają mi jakiegoś tam kopa w dupę, i zapał, który niestety pani od Chemii odbiera zapowiadając większy sprawdzian na ostatni tydzień szkoły -,-
Nie zanudzam
Laciata <3 

Jeśli czytasz to skomentuj!!!