niedziela, 31 sierpnia 2014

One Shoot...

(zamiast trzech kropek powinien być tytuł, ale nic a to nic mi nie wpadło do głowy)
Na piękne zakończenie wakacji!
Oto przed Wami one shoot z...!!!
_________________________

Kagamine Len. Gwiazda, którego piosenki są rozsławiane na całym świecie. Sukces ostatniego kawałka SPICE* przyniósł mu taki rozgłos, że w Japonii jest znany przez każdego. Miliony dziewcząt chce go chociaż zobaczyć, zamienić z nim słowo, lub dotknąć, choćby musnąć ramieniem.

A ja chodzę z nim do klasy.
Ale ten "zaszczyt" spotkał nie tylko mnie. Jest jeszcze dwadzieścia pięć osób, które dzielą ze mną ten "przywilej". I połowa nie jest zbyt z tego zadowolona. Dziewczyny oczywiście Len zachwyca. Ciągle proponują mu nieprzyzwoite rzeczy związanie z niektórymi jego piosenkami (#SPICE).
Wtedy na wierzch wychodzi prawdziwa natura Lena. Chłopak jest nieśmiały. Nigdy by nie pomyślał o niektórych rzeczach jakie śpiewa. Mimo iż to on pisze wszystkie teksty (nie mam bladego pojęcia jak może jednocześnie śpiewać to bez zażenowania, a w szkole czerwienić się i jąkać jak ktoś tylko o tym wspomni. Może był na haju jak pisał niektóre piosenki?).
Z czego oczywiście chłopcy z klasy się śmieją. Len jest najbardziej nielubianym chłopakiem w klasie. Zbiera laury w nauce. W sporcie trochę gorzej, ale radzi sobie. To akurat powinno imponować innym, ale działa w zupełnie odwrotny sposób. Chłopak jest najprościej mówiąc czarną owcą.
Ale jedna osoba jest dla niego miła.

Przewodnicząca.

Kagamine Rin. Ku memu utrapieniu, nie są rodziną. Jest to jedynie zbieżność nazwisk. Dodajmy iż jest przyjaciółką z dzieciństwa Lena i też koleżanką po fachu.. Nagrali razem mnóstwo piosenek. I nie zapomnijmy, że Przewodnicząca to damska wersja Lena. Tylko Len ma ociupinkę dłuższe włosy, które wiąże w taką słodką kitkę. Gdyby ubrali się tak samo i Len rozpuściłby włosy prawdopodobnie by się ich rozróżnić nie dało. No chociaż Len jest wyższy.

Nie można też ominąć tego, że Len najwyraźniej czuje coś do Rin. Bez wzajemności, bo Rin jest ostatnio widywana z Kaito.

No, do listy miłych dla niego osób dodałabym jeszcze jego fanki, ale... to się nie liczy.
I powinnam się tam też znaleźć ja.
Gdybym miała tyle odwagi chociaż odezwać się do Lena.
Nie raz jak zostawiałam dłużej w szkole, ucząc się przyłapywałam go w klasie muzycznej z gitarą, czy przy fortepianie. Można powiedzieć, że słyszałam SPICE zanim zostało wydane, siedząc przed drzwiami do sali muzycznej, gdzie zawsze ma próby. Znaczy coś tam robi jeszcze z tym w domu, ale głównie zajmuje się tym w szkole. Gdzie ja mam okazję go posłuchać, odrabiając lekcję.

Jak ja go tam w ogóle znalazłam?

Jeszcze nim Len zdobył sławę, wychodząc z klasy po nauce, zobaczyłam go opuszczającego salę muzyczną z futerałem na gitarę na plecach.  Następnego dnia z czystej ciekawości podkradłam się pod tą salę i słuchałam. Poznałam jego debiut zanim usłyszał go świat. I tak stało się to moją tradycją.
Gdy muzyka cichła ja zbierałam się pospiesznie z mojego miejsca i wychodziłam zanim Len mnie zobaczył.

Do czasu...

Przygotowywaliśmy się do egzaminów. Byłam tak skupiona na podręczniku do historii, że nie zauważyłam, gdy Len przestał grać i wyszedł z sali muzycznej tak zamyślony, że potknął sie o moje nogi. Cudem złapał równowagę, upuszczając przy tym wszystkie nuty i teksty jakie miał ze sobą, które rozsypały się dookoła, w tym jedna z kartek wylądowała mi na głowie, a druga na biuście.
Ja zbyt zajęta nauką nie zauważyłam tego. Bo jak? Chłopak, którego codziennie podsłuchuje, i który podoba mi się od wieków, właśnie potknął się o moje nogi, a na mnie wylądowały dwie kartki z nowym dziełem nad jakim pracował. Normalka.
Zauważyłam go dopiero, gdy jego ręka sięgnęła po kartkę. Odtrąciłam ją pospiesznie, źle odczytując jego zamiary. Rzucając na bok książkę odczołgałam się jak najdalej.
- Zostaw mnie, zboczeńcu! - krzyknęłam, nie patrząc na niego.
- P-przepraszam. - usłyszałam zawstydzony szept wypowiedziany tym cudownym głosem jakiego słucham popołudniami i uświadomiłam sobie, że moje pierwsze słowa do Lena brzmiały " Zostaw mnie, zboczeńcu!" Spuściłam głowę. - Ja tylko chciałem wziąć kartkę...
Wtedy uświadomiłam sobie o kartce, która teraz leżała w połowie drogi między mną a Lenem i to że leżała na mnie jeszcze minutę temu.
- To ja przepraszam. Nie zauważyłam cię. - powiedziałam z lekkim uśmiechem - Jestem Cross Yume. - wyciągnęłam do niego rękę.
- Kagamine Len. - złapał ją i delikatnie pocałował jak dżentelmen - Chodzimy razem do klasy prawda? - zarumienił sie lekko.
- Hai. Zapytałabym się co robiłeś o tej godzinie w sali muzycznej, ale... - zacięłam sie, czując, że na policzki tanecznym krokiem wstępuje mi rumieniec.
- Hmmm? - spytał i delikatnie przechylił głowę w pytającym geście.
- Doskonale wiem co tam robisz... - dokończyłam zażenowana - Przepraszam, ale już od jakiegoś czasu słucham jak grasz tutaj.
- Wiem. - odparł z najsłodszym uśmiechem jaki w życiu widziałam. - Siedzisz w takim miejscu, że zawsze cię widzę. Odrabiasz lekcje, tak?
- H-hai. - zająknęłam się - Czasem jak skończę, czytam książkę. - wskazałam na leżącą obok niego powieść.
- Mogę wiedzieć, czemu nie robisz tego w domu? - spytał, biorąc książkę do ręki i obracając ją w dłoniach.
- Bracia mnie irytują. Wybacz jeśli cię zezłościłam tym, że tu przesiadywałam. - wymamrotałam.
Len wyglądał tak cudownie, kucając metr ode mnie i patrząc niewidzącym wzrokiem na książkę w ręce. Na prawdę nie wiem kiedy się w nim zakochałam.
Moment!
Zakochałam?!
Czy. Ja. Właśnie. Przyznałam. Że. Kocham. Lena?!
- Słucham? - spytał, wyrwany z myśli. Boże, czy ja to powiedziałam na głos?! Błagam nie. Tylko nie to. Zginę. Zapadnę się pod ziemię. Zmienię się w bezkształtną szarą masę, jeśli to usłyszał.
Len spojrzał na mnie wnikliwie tymi swoimi lazurowymi oczami.
- Nie, nie. Nie złości mnie to. - pokręcił głową - To nawet przyjemne uczucie myśleć, że siedzisz tu tylko po to by posłuchać jak gram.
Dzięki Ci, Boże!!! Te myśli wciąż są tylko częścią moich rozmyślań i nikt ich nie słyszy. Niech tak pozostanie
- To dobrze - odetchnęłam z ulgą - Myślałam, że ci przeszkadzam.
Len podszedł parę kroków do mnie i odgarnął kilka moich różowo-fioletowych kosmyków jakie opadły mi na twarz, wplatając dłoń we włosy, lekko niszcząc mój długi trzy kolorowy warkocz..
- Droga Yume-chan. Jak by miało mi przeszkadzać, że taka dziewczyna jak ty codziennie słucha mojej muzyki? - zapytał.
Nie poznaję go. Zwykle w obecności dziewcząt rumieni się i nie potrafi wykrztusić słowa. A teraz zachowuje się tak... otwarcie. I to w stosunku do mnie. Ale szczerze? Podoba mi się to. Nawet bardzo. Ciepło jego dłoni lekko muskającej mój policzek, palce w moich włosach, te oczy, sprawiające, że tonę w ich lazurowej toni.
Ja się naprawdę w nim zakochałam.
Spuściłam głowę, czując że jestem cała czerwona na twarzy.
Wstał z cichym śmiechem, jaki on ma cudny śmiech!, i podał mi rękę. Wstałam z jego pomocą i sięgnęłam po książki, by spakować je do torby. Len ukląkł ponownie i pakował je razem ze mną. Kiedy skończyliśmy, razem wyszliśmy ze szkoły w milczeniu.
- Yume-chan...? - zaczął nieśmiało, gdy podziękowawszy mu i pożegnawszy się odwróciłam się by ruszyć w stronę mojego domu.
- Hmm? - zwróciłam się w jego stronę, odplątując słuchawki i przekładając je przez szyje tak, że obie zwisały mi po jednej stronie.
- Skoro już oficjalnie wiem, że podsłuchujesz moje próby... - powiedział, bawiąc się palami. Jak widać jego nieśmiałość wróciła. Ech... Ale taki jest po prostu rozkoszny i nie mogłam się nie uśmiechnąć. - Może mogłabyś... towarzyszyć mi w sali muzycznej...? nie siedziałabyś na podłodze... a mnie byłoby miło... ćwiczyć w twoim towarzystwie...
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Oczywiście. Chętnie posiedzę tam z tobą.

Pożegnaliśmy się i, ledwo powstrzymując się od tego by zacząć skakać, wróciłam do domu. Wyminęłam braci w kuchni i wzięłam obiad do pokoju, by tam go zjeść. Czytając książkę i jedząc jednocześnie w pewnym momencie zerknęłam na lustro. Mój, jeszcze rano idealny, warkocz był zniszczony. No tak. Len wplątał w niego dłoń. Od razu zarumieniłam się, aż po szyję. Ciekawe co chłopaki sobie pomyśleli. Szybko dokończyłam obiad i, przed zniesieniem talerza z powrotem do kuchni, rozpuściłam włosy. Zeszłam na dół zastawszy całą trójkę przy stole jedzących pizzę, przynajmniej czwarty z nich, najmłodszy Sinji wcinał jedną z tych ohydnych papek dla dzieci.
- Ja dostałam to - wskazałam oskarżycielskim gestem na mój talerz - A wy mi tu pizzę żrecie?!
Tenshi, drugi najstarszy z rodzeństwa podsunął mi pizze, ale jak zobaczyłam na niej kurczaka od razu zrezygnowałam i sięgnęłam po paczkę Pocky z szafki ze słodyczami. Włożyłam jeden do ust i wzięłam Sinji'ego na ręce.
- Chodź, mały, pora spać. - wyszeptałam do malucha.
Gdy już zajęłam się najmłodszym braciszkiem, sama udałam się do łazienki. Która oczywiście była zajęta. Walnęłam pięścią w drzwi.
- Kioshi! Wyłaź mi stąd w jednej chwili!
Łazienka się otworzyła i z kłębów pary wyłonił sie mój brat, odziany jedynie w ręcznik na biodrach.
- A co, Onee-chan chce ładnie wyglądać dla Pana Przyprawy? - zapytał, czochrając mi włosy.
Zaczerwieniłam się, odtrąciłam jego rękę i weszłam do łazienki.
- Nie twój biznes! - wrzasnęłam możliwie cicho, by nie obudzić Shinji'ego i trzasnęłam drzwiami.

Rano stałam przed lustrem, zastanawiając się jakby tu dzisiaj spiąć włosy. Co do ubioru to nie miałam zbyt wielkiego wyboru ze względu na mundurek. Po dłuższej chwili postanowiłam upiąć je w koka, oczywiście zostawiając fioletowo-różową grzywkę okalającą mi twarz. Założyłam na ramię moją torbę z książkami i popędziłam do szkoły chcąc jak najszybciej zobaczyć Lena, a potem wysłuchać jego ćwiczeń po lekcjach.

Cudem przetrwałam zajęcia. Ciągle rozpierała mnie energia. Nauczyciele niejednokrotnie zwracali mi uwagę za moje zachowanie, ale ja miałam ich gdzieś, chciałam tylko w końcu pójść do Lena. Chłopak, gdy zerkał na mnie od czasu do czasu prawie nie mógł powstrzymać śmiechu, przez co również obrywał od nauczycieli.

W końcu nadszedł koniec zajęć! Mimo całego przejęcia tą sprawą z Lenem, z przyzwyczajenia usiadłam pod drzwiami i teraz faktycznie zauważyłam, że z tego miejsca jestem widoczna dla Lena. Nareszcie usłyszałam kroki i zza zakrętu wyłoniła się blond głowa Lena. Myślałam, że zacznę skakać ze szczęścia. Podszedł do mnie i stanął nade mną, z przesłodkim, delikatnym rumieńcem.
- C-cześć. - zająknął się - Czyli jednak chcesz siedzieć tutaj? - spytał z lekko wyczuwalnym rozczarowaniem w głosie.
- Nienienienienie! - zaczęłam protestować, wstając - Nie o to chodzi. Ja po prostu... - urwałam, poprawiając koka - Usiadłam tu z przyzwyczajenia. Chodźmy. - usprawiedliwiłam, uśmiechając się i kierując się w stronę sali. Len szybko mnie wyminął i otworzył przede mną drzwi zapraszając mnie do środka dżentelmeńskim gestem. Weszłam, dziękując mu dygnięciem.
Obdarzył mnie najpiękniejszym uśmiechem na świecie. Pospiesznie wszedł za mną i pokierował mnie na pufę. Zaśmiałam się cicho i usiadłam, wyjmując książki z torby.

Zajęłam się lekcjami, a Len wygrywał na gitarze melodię nowej piosenki, czasem przyśpiewując.
Do godziny zakończenia próby Lena, czyli do momentu, kiedy cieć wygania uczniów ze szkoły, zostało około półgodziny, gdy uporałam się z zadaniami domowymi. Schowałam zeszyty i wyjęłam z torby książkę. Wyciągnęłam przed siebie nogi, skrzyżowałam je w kostkach i, odgarniając kilka kosmyków z twarzy, otworzyłam książkę, gdy Len przerwał grę, odłożył gitarę, zlustrował mnie wzrokiem, trochę dłużej zatrzymując się na ustach, i na koniec sprawił, że zatonęłam w jego oczach.
- W warkoczu wyglądasz ładniej. - stwierdził przekrzywiając głowę - Chociaż teraz też bardzo ładnie wyglądasz.
Dobra. Gdyby ktoś mi powiedział, że kiedykolwiek usłyszę takie słowa, na dodatek od Kagamine Lena!, wyśmiałabym go. Zaśmiałabym mu sie w twarz i kazała nie gadać głupstw. A teraz po prostu zaniemówiłam.
- D-dziękuję - wyszeptałam, chowając głowę w ramionach.
- Nie masz za co. Chciałabyś bym ci coś zagrał? Pracę nad Alluring Secret ~ Black Vow na dziś skończyłem. Nie mam już siły do tej piosenki, a muszę ją jeszcze skonsultować z Rin... - westchnął.
- Hmm... - zamyśliłam się, przykładając palec, z paznokciem pomalowanym fiołkowym lakierem, do ust - Może Chou to Hana to Kumo*? - spytałam z nadzieją. Usłyszeć moją ukochaną piosenkę z Lenem na żywo to spełnienie marzeń.
Jęknął.
- Na trzy głosy? Mimo, że jesteśmy identyczni nie potrafię naśladować głosu Rin. A tym bardziej Yuume-sana. Chyba, że zaśpiewasz ze mną za Rin, to ja postaram się przekształcić głos.
Myślałam, że wspominając o Rin w jego głosie pojawi się tęsknota, żal, że nie może być z nią. Ale jego ton zdradzał tylko cichą miłość, jaką brat żywi do siostry.
- Nie! Nie trudź się. A co byś chciał zagrać? - zapytałam pochylając się do przodu i opierając ramiona na kolanach.
Przygryzł wargę, co wydało mi się tak słodkim gestem, że aż miałam ochotę go pocałować. Dobra. To miałam ochotę zrobić już tysiąc razy tego dnia.
- Aku no Meshitsukai?
- Bylebym nie płakała, okay? - wskazałam na niego oskarżycielsko palcem - Ostatnio jak słyszałam Servant of Evil, czyli dzisiaj, o mało się nie popłakałam.
Na jego policzki wstąpił tak uroczy rumieniec, że o mało nie jęknęłam z zachwytu.
- N-naprawdę? - zająknął się ze słodkim niedowierzaniem wymalowanym w oczach, a po chwili dodał : - Wolisz angielski tytuł?
- Hai. - odpowiedziałam szybko - A teraz graj! - machnęłam na niego ręką - Osobisty koncert Kagamine Lena na żywo, tylko dla mnie. Spełnienie marzeń.
Uśmiechnął się i usiadł na stołku przed fortepianem. Położył smukłe palce na klawiszach i zaczął grać jedną z najpiękniejszych melodii jakie w życiu słyszałam, a chwile później doszedł do tego jeszcze jego cudowny głos :














Patrzyłam na niego jak urzeczona. Po moich policzkach ciurkiem spływały łzy.
- Len... To było... - pokręciłam głową, zasłaniając dłonią usta. - Nie mogę...
- Yume-chan... - szepnął, odchodząc od fortepianu. Podszedł do mnie i uklęknął na przeciwko mnie.
Zamknęłam oczy i wytarłam policzki wierzchem dłoni. Wstrzymałam powietrze przez chwilę i wolno je wypuściłam.
- Nic się nie stało. - uśmiechnęłam się delikatnie - To było po prostu takie piękne... Masz taki talent, że można tylko po zazdrościć.
- Nie przesadzaj. Ale to bardzo miłe, że aż tak się wzruszyłaś. Nigdy bym nie pomyślał, że ktoś mógłby się tak wzruszyć na moich piosenkach. - delikatnie odgarnął mi kilka kosmyków z twarzy. - Szczególnie jeśli jesteś to ty. Wiele to dla mnie znaczy...
Patrzyłam się na niego oniemiała. Chłonęłam każdy szczegół jego twarzy, zaróżowione policzki, upór walczący z nieśmiałością i wstydem w lazurowych oczach, idealne, różowe usta tylko kilka centymetrów od moich.

Na świecie w tej chwili dla mnie liczyły się dwie rzeczy : Len, który znajdował się tak blisko mnie, z ręką na moim policzku, z moimi włosami plączącymi się między jego smukłymi palcami. I to jak bardzo w tej chwili pragnęłam go pocałować, przytulić, pozbyć się tej gumki na jego włosach i zatopić w nich palce.
I mu się nie oparłam. Wyprostowałam się bardziej i dosięgłam jego ust.
Jestem pewna.
Jak Bóg tworzył Kagamine Lena uznał, że jednak jeden ideał na świecie mu nie zaszkodzi i uczynił go idealnym.
Albo to we mnie zaszczepił tyle miłości do niego.
Nie ważne.

Ważne jest to, że tu i teraz całowałam Kagamine Lena, który najwyraźniej nie miał nic przeciwko, bo oddał pocałunek. Włosy rozsypały mu się na karku, gdy zdjęłam z nich gumkę, jednym ruchem palców zakładając ją na nadgarstek. Zaczęłam nakręcać je na palce.
- Len... - westchnęłam pomiędzy pocałunkami.
I pożałowałam tego.

Len odsunął się ode mnie, cały czerwony, z cudownie roztrzepanymi włosami.
- Przepraszam. - wyszeptałam, spuszczając głowę, walcząc ze łzami. No tak. Głupia. Jak mogłam pomyśleć, że Lenowi na mnie zależy?! Jestem po prostu dziewczyną, którą z grzeczności zaprosił na próbę, by nie wyszedł na to, że ją wygania.
Pokręcił głową, odgarniając włosy z twarzy.
- N-nie... oto ch-chodzi... - zająknął się - Po prostu... ja...
- Nie interesuję cię. Rozumiem. - powiedziałam, lekko łamiącym głosem, zdejmując gumkę z nadgarstka i oddając mu ją. Wstałam, wzięłam torbę i, rozpuszczając koka, skierowałam się do wyjścia. Len mnie dogonił i złapał za nadgarstek, gdy roztrzepywałam włosy, by ładniej się ułożyły.
- Nie. Właśnie, że nie rozumiesz. - powiedział, niepodobnym do niego, upartym tonem. Puścił mnie, widząc moje zranione spojrzenie. Spuścił głowę, zasłaniając oczy grzywką, ale jego czerwone policzki były i tak widoczne.
- Czego? Odtrąciłeś mnie. Dałeś mi to jasno do zrozumienia. - szepnęłam ostatkiem sił. Wiedziałam, że z następnym słowem nie powstrzymam łez. Jednogłośnie mnie odtrącił. Zrozumiałam to. Czego jeszcze ode  mnie chciał?

- Baaaka. - westchnął - Nie zrobiłbym tego. Yume-chan. Chociaż nie... Masz rację. Nie interesujesz mnie! Nie! - wybuchnął, a ja czułam jak moje serce rozłamuje się na pół. Jedna niesforna łza wypłynęła z mojego oka. - Zajmujesz mój umysł dwadzieścia cztery godziny na dobę! Miłosne piosenki piszę z myślą o tobie! Podczas nagrywania teledysku do SPICE chciałem, byś to ty znalazła się na miejscu Rin. Albo na miejscu Miku-senpai, czy Luki-san, albo Meiko-san! Najlepiej, byś była tam tylko ty!
Uśmiechnęłam się przez łzy, nie widziałam nic, bo tak zniekształciły mi obraz. Te słowa były piękne.
- Len... - zaczęłam, ale uniósł rękę, ze spuszczoną głową, każąc mi milczeć, aż skończy.
- Gdy zobaczyłem cię pierwszy raz, uznałem, że możesz być interesująca. Ale nie miałem odwagi do ciebie podejść. W końcu zobaczyłem jak któregoś dnia patrzysz, co robię w sali muzycznej. Mi wcześniej zdarzało się zatrzymywać pod klasą gdzie pracowałaś, by chociaż przez kilka sekund otwarcie ci się przyjrzeć. A następnego dnia usiadłaś pod drzwiami. Nie jednokrotnie chciałem zaprosić cię do środka. Przyłapywałem sie nad tym, że przestaję grać w pół piosenki, bo zapatrzyłem się na ciebie. Zrobiłem małe przemeblowanie tak, by móc cię lepiej widzieć! Marzyłem o tym, byś siedziała na przeciwko mnie i doradzała mi, krytykowała, wytykała błędy, i chwaliła, nagradzała pocałunkami. Przystałbym na wszystko o co poprosisz. Wystarczyłoby twoje słowo, a skończyłbym próbę, żeby spędzić z tobą trochę czasu gdzie indziej. Dałbym sobie nawet robić coś we włosach, a niezbyt lubię jak ktokolwiek mi coś z nimi robi. A dziś siedziałaś przede mną. Słuchałaś jak gram. Gdy zaczęłaś płakać miałem ochotę przytulić się i pozwolić ci wypłakać się w moją koszulę. Miałem ochotę rozerwać gumkę na twoich włosach i zanurzyć w nich dłonie, napawać się ich zapachem. Scałować łzy na twoich policzkach. Śniłem o tobie. Co noc. Nie spałem do drugiej czy trzeciej w nocy, wyobrażając sobie, że w końcu z tobą porozmawiam. Codziennie czułem rozczarowanie, kiedy już się pakowałaś i wychodziłaś. Aż w końcu, gdy wychodziłem, zastałem ciebie siedzącą wciąż pod drzwiami. Nie potknąłem się o twoje nogi, tylko o swoje, bo z wrażenia zapomniałem jak się chodzi. Kiedy się do mnie odezwałaś, mimo, że było to tak głupie zdanie jak "Zostaw mnie, zboczeńcu!", kiedy usłyszałem twój głos, myślałem, że pęknę, że rzucę się na ciebie wyznając ci to wszystko co teraz, i spełniając swoje marzenia. Jednak wstyd zwyciężył jak widziałaś. Ale dziś... Jak mnie pocałowałaś. Moja bariera pękła. Mam gdzieś, że mówię takie rzeczy. Że przyznaję się do moich myśli. Mam gdzieś moją nieśmiałość. Liczysz się teraz tylko ty stojąca przede mną. I nic więcej. - skończył i spojrzał mi w oczy.

Byłam wstanie zrobić jedną rzecz.

Wpadłam mu w ramiona z płaczem, a po chwili pocałowałam.
- Kocham cię, Len. - wyszeptałam w jego usta. On tylko mruknął i znów mnie pocałował.
Gdy najpiękniejszy pocałunek w moim życiu dobiegł końca on wymamrotał w moje włosy te piękne słowa.
- Też cię kocham, Yume-chan. 
_____________________
*** Polski cover piosenki Lena Servant of Evil w przepięknym wykonaniu RenixClannad, która jest autorką tego pięknego tekstu.
**** Hai i Baka (w treści jest przez trzy a dlatego, że Len to przeciągnął) z japońskiego znaczy tak i idiota (idiotka), głupia (głupi)...
Oto przed Wami one shoot z moim ukochanym Kagamine Lenem! 
W momencie gdy moja faza na tego cudnego vocaloida sięgnęła zenitu Laciata postanowiła napisać one shoota z nim! I oto owoc tego postanowienia przeczytaliście!
Mam nadzieję, że się podoba i przepraszam za wszelkie błędy i za to jaśniejsze tło od piosenki. Nie mogłam tego zwalczyć -,-
Jestem strasznie dumna z tego, a wyznanie Lena podoba mi się aż nad to. Nigdy jeszcze chyba nie byłam tak zadowolona z czegoś. 
Mam nadzieję, że wakacje minęły Wam dobrze. Bo ja miałam cudowne.
I życzę powodzenia na jutrzejszym rozpoczęciu i w nowym roku szkolnym  (;-;)
Nie zanudzam
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

Ciekawe czy tak samo jak z BVB zarażę kogoś miłością do Lena? xD <3

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział XI

- To którędy na plażę? - spytała Marceline po tym jak przejechały już jakiś kilometr i stanęły na rozdrożu
- Nie wiem... - odpowiedziała Sybil - Byłam pewna, że dobrze jedziemy.
Marceline westchnęła i palcem wskazała na drogę prowadzącą w lewo.
- Ene Due Like Fake Torba Borba Ósme Sake Deus Zeus Kosmateus i Morele Baks. - mówiła, z każdym słowem wskazując inną drogę. Ostatecznie jej palec wskazał ścieżkę wiodącą w lewo.
Sybil prychnęła rozbawiona.
- Zeus Kosmaterus? Ósme sake? Gdzie ty się tego nauczyłaś?
Mar schowała głowę w ramionach.
- Veronica to recytuje jak nie wie w co się ubrać. - odpowiedziała.
- A ty co? - zabrzmiał za nią zirytowany głos - Podpisujesz pakt z demonem?
Dziewczyna obejrzała sie i zobaczyła...
- Czarny książę z bajek na pięknym, czarnym rumaku... - westchnęła Sybil, tak że Marceline nie mogła się nie zaśmiać, ale jednocześnie musiała się z nią zgodzić. Will ubrany cały na czarno, siedzący na czarnym jak smoła ogierze wyglądał co najmniej jak bóg nocy, lub mroczny książę jakiejś ciemnej krainy.
- N-nie. - wyjąkała Marceline speszona jego niby to wrogim, niby to obojętnym i niby to... ciepłym? wzrokiem - Jedziemy z Sybil na plażę. - powiedziała gładząc łopatkę klaczy i uśmiechając się.
- Zgubiłyście się? - zakpił Damon.
Mar razem z Sybil spuściły głowy.
- Ten idiota, Willem zwany, i tak was tam nie zaprowadzi. Za mną. - powiedział z westchnieniem i ruszył do przodu.
- Hej! Damon! Prrrrr - Will pociągnął za wodze, nakazując mu się zatrzymać, lecz ogier spojrzał na niego znacząco i chłopak poluźnił uchwyt i dał się prowadzić koniu. Posłał Marceline piorunujące spojrzenie, gdy razem z Sybil ruszyła za nimi.
Dziewczyna poczuła jakby ktoś bardzo powoli zatopił w jej ciele japońskie senbon, zanurzone wcześniej w subtelnie działającej truciźnie. Czemu Will się tak zachowuje? Gdy leżała w szpitalu był dla niej tak miły. Teraz się do niej prawie nie odzywa. Czemu? Co takiego się stało, że Will stracił do niej sympatię?
Westchnęła i wbiła wzrok w tył jego głowy. Chłopak siedział wyprostowany, jego ramiona zdradzały lekkie napięcie. Nie obejrzał sie na nią ani razu. Nie rzucił ani jednego komentarza.
- Patrzysz się na niego jak Persefona na kwiaty. Przyznaj się, że ci się podoba. - westchnęła Sybil.
- C-co? - zacięła się - N-nie p-prawda! To tobie podoba się Damon!
Te słowa zadziałały na oba konie. Wzdrygnęli się, zerknęli na siebie i zapadła grobowa, niezręczna cisza.
Will obejrzał się na Marceline, przeszywając ją błękitnym spojrzeniem.
- Droga na plażę idzie prosto. Ja jadę galopem. A ty jak chcesz. - rzucił oschle, popędził Damona i po chwili zniknęli jej z oczu.
Sybil też się zerwała, więc Marceline dała jej pozwolenie na ruszenie galopem i pognały za chłopakami.

***

Po kilku minutach dotarły na zupełnie pusta plażę.
Will z Damonem pognali brzegiem morza, rozchlapując wodę dookoła.
Po plaży rozszedł się jeden z najpiękniejszych dźwięków jakie Marceline w życiu słyszała. Zamknęła oczy, wsłuchując się w jego brzmienie. Dopiero po chwili odkryła jego źródło. To Will... się śmiał. Jeszcze nigdy nie słyszała by śmiał się tak szczerze... Na jej usta wkradł się ciepły uśmiech.
-  Właśnie po to tu jeździ. O każdej porze dnia i roku. Tu może robić co chce i nikt go nie zobaczy. - powiedziała Sybil, a w jej głosie słychać było rozczulenie. - Więc... - zaczęła cicho, po czym głośnio dodała - Nie zostańmy w tyle!
Marceline zaśmiała się i popędziła klacz, śladem Damona, galopem w stronę wody.

Jeździli tak ponad godzinę, nic nie mówiąc, jedynie się śmiejąc i od czasu do czasu na siebie zerkając.
Nagle Mar przeszło dziwne uczucie. Zatrzymała Sybil.
- Coś się zbliża... - szepnęła.
Will spojrzał na nią pytająco.
- Coś złego. - dodała.
I w tym momencie zza drzew wyszedł piekielny ogar.
Sybil cofnęła się kilka kroków, za to Damon i Will wystąpili przed nie.
Na psie siedziała młoda kobieta. Długie, czarne, lejące sie włosy miała upięte w dwa wysokie kitki po bokach głowy, obwiązane białymi wstążkami. Ale nie wyglądała w tej fryzurze ani trochę dziecinnie. Grzywka opadająca na czoło zasłaniała kawałek białej maski, kryjącej jej oczy.
Ale w wydatnych kościach policzkowych, pewnym uśmiechu, pełnych ustach było coś znajomego.
- Cienie... - syknął Will, jeszcze bardziej zasłaniając Marceline.
- Cień - poprawiła go dźwięcznym głosem - A dokładniej sam Mrok.
Chłopak uśmiechnął się krzywo, bez krzty wesołości.
- Wygryzłaś wuja Anthoniego?
- Oh, Willy, Willy... - westchnęła teatralnie - Kochany wujek Anthoni gryzie ziemię od ostatniego ataku na waszą szkółkę.
Cienie? Mrok? o czym oni mówią? I skąd ta kobieta zna imię Willa?
- No tak... Chyba sam pozbawiłem go serca.
"Mrok" zaśmiała się, odchylając głowę do tyłu i zasłaniając usta dłonią odzianą w jedwabną białą rękawiczkę. Marceline za to przerażona wciągnęła z sykiem powietrze, na co Will posłał jej ostrzegawcze spojrzenie.
- O, Willy! Kogo tam chowasz? Nie przedstawisz mnie swojej dziewczynie? - zaplotła ręce na piersi - Nie ładnie tak. - westchnęła i wychyliła się trochę by zobaczyć Marceline - Dziewczyna-gwiazda? No w końcu przestałam widzieć gwiazdozbiór Obdarzonej.
Dziewczyna-gwiazda. Znowu.
Nagle wiedziała skąd kojarzyła tą kobietę. Taki sam uśmiech widziała na podobnych do kobiety ustach Willa. Te rysy twarzy posiadała Jacquline.
Ale matka Willa była martwa, czyli... siostra? Ale Lily również przebywa w Hadesie.
- Marceline? - prychnął - Obdarzo... - zaciął się - "Przez wszystkich obdarzona bez pamięci się budzi..."
- Jak mogłeś nie zauważyć? - zachichotała, ale po chwili zamilkła - Chyba, że... Nie... - wciągnęła powietrze przez zęby, zakryła usta dłonią i z udawanym niedowierzaniem powiedziała - Willy kocha dziewczynkę-gwiazdkę.
Po tych słowach, również wypowiedzianych wcześniej przez Lily, zakręciło jej się w głowie i plażę pochłonęła ciemność.

***

Stoję w rogu wielkiej sali. Sali Tronowej na Olimpie. Dookoła marmurowego podwyższenia, na którym leży mała istotka zwinięta w biały materiał, stoi dwanaście tronów. Na każdym z nich siedzi jeden z bogów olimpijskich. Obok Posejdona stoi Hades, a przy Demeter siedzi Hestia.

Mam wrażenie, że już to kiedyś widziałam. Ale nie z tej perspektywy. Wiem, że już byłam światkiem takiej sytuacji. Ale nie wiem gdzie i kiedy.

Każdy, łącznie ze mną, wpatruje się w dziecko leżące na marmurze. Śpi. Jego skóra ma łagodny oliwkowy odcień. Drobniutkie rączki trzyma pod brodą, a kciuk prawej delikatnie dotyka jego malutkich usteczek. Nie mogę się nie uśmiechnąć obserwując je. Jest słodkie.

Bogowie zastanawiają się nad czymś, prawie wzrokiem wypalając dziurę w marmurze. Tylko Hestia uśmiecha się ciepło.

W końcu Apollo wzdycha i wstaje. Podchodzi do dziecka i kładzie mu opuszki palców na czole.
- Ja, Apollo, bóg słońca i sztuki, obdarowuję cię pięknym głosem, zręcznymi palcami, talentem do pędzla i słów. - mówi poczym zabiera palce i składa na czółku dziecka pocałunek.

Zachęcona jego czynem z tronu powstaje Afrodyta.
- A ja, piękna bogini Afrodyta, z braku lepszego pomysłu, daję ci urodę równą kwiatom w olimpijskich ogrodach. - wzdycha i roba to samo co Apollo.

Za ich śladem idą kolejni bogowie.

Zeus podarowuje mu panowanie nad powietrzem.

Posejdon możliwość rozumienia jego dzieci i władania jego żywiołem.

Hades, jak można było się spodziewać, zdolność rozmawiania z zmarłymi.

Hera tylko krzywo patrzy na dziecko i z prychnięciem odwraca głowę, mówiąc, że nie interesuje ją ludzkie dziecko.

Demeter, kręcąc głową, daruje mu władzę nad ziemią.

Artemida, niezbyt chętnie, zdolność wyczuwania potworów w okolicy.

Hermes z zawadiackim uśmiechem, zdolność otwierania zamkniętych drzwi.

Hefajstos władzę nad ogniem.

Dionizos sącząc win, przechyla w pozdrowieniu kieliszkiem w stronę dziecka, po czym mówi :
- Mocnej głowi ci, dziecko, życzę. Wina nigdy za mało.

Atena, piorunując go wzrokiem, obdarowuje dziecko inteligencją, jakiej niektórym mało (w tym momencie znacząco patrzy na boga wina) i zdolnością błyskawicznej nauki.

Na sam koniec Ares daje dziecku zdolność opanowania walki każdą bronią świata.

Czemu ja posiadam większość z tych mocy?

Zawołane przez Hestię nimfy podchodzą do płaczącego teraz dziecka. Jedna z nich bierze je na ręce i z ukłonem podaje bogini ogniska domowego. Ona przyjmuje je z uśmiechem i pochyla głowę przed bogami i wychodzi razem z nimfami.
Schodzą po pięknych marmurowych schodach, a ja podążam ich śladem.
Po kilku minutach dochodzimy do ubogiej chatki. Jedna z nimf puka do drzwi. Za nami rozciąga się piękna panorama Aten.
Skąd wiem, że to Ateny?
Otwiera nam mężczyzna, niedużo starzy od Daniela. Na widok nimf i Hestii kłania się nisko i woła po grecku swoją żonę i córkę.
Zamieram, gdy je widzę. Żoną mężczyzny jest staruszka, którą widziałam.
Hestia z uśmiechem podchodzi do kobiety i składa jej w ramionach dziecko.
- Kasandro, Nikolaosie... zgodnie z obietnicą oddajemy wam waszą córkę, Marceline. Dobrze zajmijcie się Obdarzoną. - mówi.
Małżeństwo kłania sie bogini i przyrzeka opiekować się dzieckiem.

Tylko... czemu ono ma moje imię?

***

Wianuszek przekleństw z ust Willa wyrwał ją z ciemności i wizji. Marceline siedziała razem z nim na Damonie i opierała głowę o jego tors.
- Złaź - warknął, gdy już się wyprostowała.
Lekko przestraszona zsunęła się z siodła, pogłaskała Damona po łopatce i wdrapała się na Sybil . Wszystkiemu towarzyszył perlisty śmiech kobiety na ogarze.
- Nie sądziłam, że z ciebie taki dobry aktor, Willy.
- Zamknij się, Rillianne. Czego chcesz?
- To już muszę czegoś chcieć? - westchnęła - Chciałam tylko odwiedzić mojego kochanego brata bliźniaka.
Brata bliźniaka? Czyli są rodzeństwem... Ale... Bliźniakami?
Will zacisnął dłonie w pięści.
- Ty nigdy nie chcesz tylko odwiedzić kochanego brata bliźniaka. Jak ostatnio sie widzieliśmy atakowałaś naszą szkołę. Znowu się szykujecie?
- Na pewno ci powiem, braciszku. Ale Nyks chce jej. - wskazała ręką na Marceline.
Nyks ma takie same plany jak Ciemna Kobieta? Nie... Nyks to Ciemna Kobieta.
- Może sobie chcieć. - powiedział, znów zasłaniając Mar.
- Nie ona jedyna, jak widzę. - zaśmiała się jak opętana - Ale to Nyks ją dostanie. Nie ty, Willy.
Rillinne pstryknęła palcami i zza drzew wyłoniło sie co najmniej tuzin drakain scytyjskich,a na ich czele stała Kampe.
Siostra Willa zaśmiała się i odeszła na ogarze w stronę. (&) Gdy zniknęła w mroku Kampe wydała rozkaz i wszystkie drakainy ruszyły na nich.
Will wyjął z pochwy przy boku samurajską katanę i nie schodząc z Damona, zaczął ciąć głowy, ramiona, piersi, brzuchy przeciwniczek. Bez ustanku i bez litości. Ale do wężowych kobiet dołączyły także empuzy.
Marceline sięgnęła ręką do biodra, mimo iż wiedziała, że nie ma przy sobie broni. Will zerknął za nią i z westchnieniem, sięgnął ręką do tyłu, odchylił koszulę ukazując misternie zdobioną rękojeść sztyletu, wyciągnął go zza paska i rzucił Marceline. Złapała go milimetr od twarzy tak, że ostrze delikatnie przecięło jej skórę na czubku nosa. W momencie, gdy kropla krwi kapnęła na piasek, Mar wpadła w wir walki. Empuzy i drakainy padały bez końca, a mimo to wciąż ich przybywało. Sztylet nie radził sobie tak dobrze w porównaniu z kataną Willa, ale się nie poddawała.
I Will i Mar mieli już kilka poważniejszych i bardziej powierzchownych ran, ale duża szrama biegnąca od prawego ramienia do lewej łopatki. Konie również były w pewnym stopniu ranne. Biała jak śnieg sierść Sybil teraz była zabarwiona czerwonymi pręgami.
Kampe stała z założonymi na piersi rękoma i przypatrywała się tej scenie, a jej wężowe włosy falowały w tę i z powrotem.
- Masz te swoje pie****ne moce. Użyj ich do czegoś pożytecznego. - warknął Will gdy minęli się przez moment.
Marceline spuściła głowę i niezauważalnie nią kiwnęła.
Nie chciała używać ziemi. Mogło to zagrozić Willowi, Sybil, Damonowi czy niej samej. W ten sam sposób wykreśliła też wodę i powietrze.
No i został ogień.
Wywołała na dłoni kulę ognia, uśmiechając się trochę wrednie. Podrzuciła ją jak piłkę i rzuciła w stronę jednej empuzy. Pierwsze zapłonęły włosy, a potem ubrania i po chwili po empuzie została garstka pyłu. To samo zrobiła z kilkoma następnymi.

Marceline ciskała ogniem, a Will wymachiwał kataną z wprawą najlepszych samurajów przez ciągnącą się wieczność godzinę.
Po tym czasie została już tylko Kampe, która zaśmiała się w niebogłosy.
Will i Mar zsunęli się z siodeł, ale nie zdążyli zbliżyć się do przeciwniczki, bo Will upadł omdlały z wysiłku i utraty krwi. Mar błyskawicznie przy nim uklękła i próbowała go obudzić, ale nic z tego.
Kampe ruszyła w ich stronę i z uśmiechem zakpiła :
- No, no, córo gwiassd. I co terasss srobisss bess ssswojego ssamuraja?
Marceline wstała i zasłoniła Willa swoim ciałem.
- Mrok, chyba nie kazała ci ich zabijać. - usłyszała za sobą znajomy głos.
W oczach Kampe wymalowało się przerażenie. Mar odwróciła się i ujrzała Ciemną Kobietę pochylającą się na Willem.
-Nyksss - szepnęła, a jej węże we włosach zasyczały przestraszone.
- Szkoda go - westchnęła bogini, wstając - Pomagał mi. A ty... - machnęła na Kampe - Wynoś się.
Ta posłusznie się ukłoniła i zniknęła za drzewami. Nim Mar zdążyła coś powiedzieć Nyks już zniknęła. Rzuciła się do Willa i po szybkiej oględzinie jego ran wyciągnęła Damonowi i Sybil pledy spod siodeł, wytrzepała je i rozłożyła na piasku. Z wysiłkiem położyła Willa na nich.
- Ile ty ważysz? - syknęła cicho.
Chłopak odzyskał przytomność na tyle, by otworzyć oczy i jęknąć, gdy Marceline go położyła i oświadczyła, że będzie się musiała pozbyć jego koszuli. Sięgnęła do guzików i zaczęła je rozpinać. W połowie uświadomiła sobie co robi i jej ręce zamarły, a na policzki wlał się rumieniec. Potrząsnęła głową. To nie pora na wstyd. Will jest ranny i trzeba go opatrzyć. Gdy juz się uporała z guzikami, delikatnie podniosła Willa do pozycji siedzącej.
- Siedź! - nakazała, gdy znów chciał się położyć.
- Taa jest, pani szeryf. - wymamrotał, wykrzywiając się, gdy Mar zaczęła mu wyciągać ręce z rękawów z cichym chichotem. Jak najdelikatniej ściągnęła koszulę do końca i uklękła za nim.
- Woda utleniona - jęknęła, uświadamiając sobie, że nie ma nic by oczyścić rany Willa pełne piasku.
- Obok jest monopolowy - powiedział Damon, jakby to było oczywiste. A gdy Mar spojrzała na niego niezrozumiale, prychnął - Alkohol.
Po chwili Marceline załapała o co chodzi ogierowi, ale nie chciała zostawiać Willa samego. Choć każda chwila zwłoki przybliżała go do wykrwawienia się. Mar też była ranna, więc jakby weszła do sklepu od razu wezwaliby karetkę. (&)
Jej wzrok powędrował ku podartej koszuli Willa i czapsom na jego nogach. Skrzywiła się, świadoma ran na swoich nogach (w momencie, gdy Will obrywał ciosy w klatkę piersiową i plecy ona dostawała w nogi) i tego, że od krwi na koszuli prawdopodobnie wda się zakażenie. Podarła koszulę na paski i owinęła nimi nogi, po czym zakryła prowizoryczny opatrunek czapsami.
Sięgnęła do kieszeni, mimo, iż wiedziała, że nie ma przy sobie portfela.
- Will? - spytała z cichą nadzieją, że jest juz przytomny i że ma przy sobie portfel.
W odpowiedzi jęknął zasłaniając oczy. Podczas gdy ona bandażowała sobie nogi jego koszulą, on zdążył już się położyć na plecach (przy okazji prezentując umięśniony brzuch). Aranżując przy tym spotkanie stęsknionych za sobą kochanków jakimi są jego rany i sierść koni jaką pokryte są pledy... westchnęła w myślach.
- Gdzie masz portfel? i jak już masz się kłaść to nie na plecach! Chcesz sobie przykleić cały w sierści pled do pleców?! - skarciła go i siłą ledwo go podniosła. Zatoczyła koło wskazującym palcem, nakazując mu się obrócić.
- Gorzej jak Rin, gdy spadałem z sanek... - wymamrotał, ale posłusznie położył się na brzuchu.
Mar westchnęła. Przez to, że Will wciąż krwawił, a ona nie mogła mu pomóc ogarniała ją irytacja.
- No i gdzie ten portfel?
- No i gdzie ta słodka, ustępliwa i nieśmiała Marceline, która stojąc nad półnagim facetem nie jest w stanie wykrztusić słowa? - odgryzł się, na co Mar zarumieniła się po szyję - W tylnej kieszeni.
Spojrzała na wskazane miejsce i jeszcze bardziej sie zaczerwieniła. Oczywiście kieszeń była pusta.
- Jesteś na tyle przytomny by się odgryzać? Wykrwawiasz się, Willy. Gdzie? - nieświadomie użyła zdrobnienia wykorzystywanego przez Rillianne i Lily. Troska o niego sprawiała, że prawie nie panowała nad słowami.
- W przedniej kieszeni. Prawej.
Mar szybko wyciągnęła portfel, delikatnie unosząc Willa (oczywiście też się rumieniąc) i pobiegła najszybciej jak mogła ku wyjściu z plaży. Sklep ujrzała od razu, gdy przeszła z piasku na beton. Wpadła zdyszana do środka i poprosiła o wódkę. Sprzedawczyni spojrzała na nią krytycznie, ale gdy ujrzała napchany portfel, sięgnęła po butelkę i podała dziewczynie, żądając wysokiej sumy. Mar nie miała czasu się kłócić, więc zapłaciła i szybko wróciła do Willa.

Portfel rzuciła gdzieś obok i uklękła przy Willu. Ściągnęła z siebie koszulę zostając w podkoszulku. Podarła ją na kilka kawałków i jeden z nich namoczyła kupionym alkoholem. Zaczęła delikatnie czyścić rany Willa. Złapał ją za rękę i odsunął ją od siebie.
- Też jesteś ranna. Oczyść swoje. Potem zajmij sie moimi. - wyszeptał cicho.
Mar pokręciła głową, ale Will nie dał się opatrzyć. Ściągnęła czapsy i odwiązała przesiąkniętą krwią koszulę Willa z nóg. Zabrała się za pospieszne oczyszczanie ran, ale chłopak znów złapał ją za rękę, wyjął kawałek koszuli z jej dłoni i sam zajął się jej nogami. Poszło mu to szybko, ale robił to dokładnie. Widziała, że krzywił się przy każdym ruchu, ale nie ustępował, gdy ona protestowała. W końcu jej rany były oczyszczone, ale nie było możliwości ich zabandażowania. Mar westchnęła i siłą wyrwała Willowi kawałek materiału, wyrzuciła go za siebie, wzięła czysty fragment i zajęła się obrażeniami chłopaka. Już bez protestów dał sobie pomóc. Ale w pewnym momencie zaczął gwałtownie szukać czegoś palcami na ramionach, pogarszając stan swoich ran.
- Will! - Marceline złapała go za nadgarstki, unieruchamiając mu ręce. - Co robisz?
- Tatuaż... - wychrypiał. Rany zaczęły znów krwawić - Muszę... Muszę zobaczyć czy jest cały.
Mar ledwo trzymając jego nadgarstki jedną ręką, od nowa zaczęła przemywać rany. U nasady karku z prawej strony zauważyła niedużą czarną plamę. Delikatnie przejechała po niej palcami.
- Tu - szepnął.
Marceline po przyjrzeniu się plamce dostrzegła, że jest to róża i lilia. Oba kwiaty nachodziły na siebie płatkami. Na pięknej róży była kaligraficznym pismem napisana duża litera R, połączona z widniejącą na lilii, literą L, napisaną tym samym pismem.
- Jest cały - wyszeptała z uśmiechem.

Will odetchnął z ulgą, wyrwał rękę z jej uścisku i ujął jej dłoń, przykładając ją do ust. Mar zadrżała i mocniej ścisnęła jego drugi nadgarstek. Wykręcił go tak, że teraz to on trzymał ją i przyciągnął jej ręce do siebie tak, jakby go przytulała. Ostrożnie puścił jej ręce, z obawą, że je zabierze, lecz Marceline nic nie zrobiła. Była zbyt zszokowana jego czynami. Delikatnie obrócił się w jej stronę, położył dłonie ja jej tali i posadził ją przed sobą. Pochylił się bardzo blisko niej.
- Will? - spytała słabo. Głos jej drżał. Jej dłonie spoczywały na jego obojczykach.
- Dziękuję. - wyszeptał ustami delikatnie muskając jej. Pociągnął ją delikatnie do siebie i ich usta się złączyły.
Mar nie wyobrażała sobie, że mogła tego aż tak pragnąć. Ethan całował bardzo dobrze. Ale Willowi nie dorastał do pięt. Ukuło ją w serce na myśl ile dziewcząt pomogło mu tak dobrze posiąść te umiejętności. Zapomniała o walce jaką rozegrali kilkanaście minut wcześniej. Zapomniała o ranach jakie oboje odnieśli. Zapomniała o tym, że Will nie ma na sobie koszuli, a ona jest jedynie w podkoszulku.
Jego ręce oplotły ją w tali jeszcze mocniej. Odsunął sie od niej delikatnie i zanurzył twarz w zagłębieniu jej szyi, wdychając zapach jej włosów.

- Will? - powiedziała cicho - Musimy wracać. - odgarnęła mu włosy z twarzy z czułym uśmiechem.
Chłopak westchnął i wstał niechętnie. Jego wzrok powędrował ku całym poranionym łydkom Marceline.
- Nie pojedziesz sama. Nie dasz rady. - zarządził i wziął ją na ręce. Posadził ja na Damoni bokiem, tak jak jeździły damy w dawnych czasach. Sam zaś usiadł za nią i pojechali na ogierze w stronę szkoły. Sybil powoli kłusowała za nimi.
___________________________
Oto rozdział jedenasty!
Po długiej przerwie jest. Wiem, że nie ma 15 komentarzy. Jestem niekonsekwentna... -,- 
Rozdział jest w większości pisany na Białorusi (wakacje minęły pod znakiem wyjazdów) więc po marokańskich rozdziałach, macie białoruski. Mam nadzieję, że się podoba i przepraszam za błędy.
Szczerze to chyba całe to opatrywanie i te rany nie są zbyt realistycznie, ale co tam. 
Chyba każdy zauważył takie coś (&). Tym czymś oznaczyłam fragment na jaki weny dostałam po odwiedzeniu dębu przy którym pisała kuzynka mojego pradziadka Maria Rodziewiczówna. Jumnęłam sobie weny on niej (byłam jeszcze w miejscu związanym z Elizą Orzeszkową, ale nic mnie nie naszło to tym)
Nie zanudzam
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!


wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział X

- Mar? - lekko zaniepokojony głos Willa przedarł się przez błękitną zasłonę i kobieta zniknęła, a razem z nią błękit.

Marceline zamrugała kilkukrotnie.
"Twoją matką, Marceline"
Czyli to była Hekate? Ale Selene nazywała ją swoją córką. A ta kobieta była najzwyklejszą śmiertelniczką.
Czy aby na pewno jak najzwyklejszą?
W tej kobiecie było coś znajomego. Coś co poruszyło serce Marceline. Jakby... coś z jej przeszłości.

Natłok myśli przerwał Will, który usiadł przed nią i złapał ją za rękę.
- Hej... - delikatnie odgarnął jej włosy z twarzy wolną ręką - Co jest?
Marceline pokręciła głową, walcząc ze łzami. Chciała jeszcze raz zobaczyć tą kobietę. Zadać jej pytania. Było w niej coś znajomego. Coś co Marceline kochała.
Do szyby oddzielającej jej salę od korytarza zapukał Daniel. Kiwnęła głową zapraszając go do środka. Mężczyzna wszedł i od razu zażądał wyjaśnień. Will streścił mu wszystko, a Marceline opowiedziała jeszcze o tej kobiecie.
- Tak przypomnę, że "Wielka Pani Nocy" - nakreślił palcami cudzysłów - powiedziała, że Mar nie jest córką Selene. A Ta mimo to uparcie mówiła o tobie "moja córka"
Daniel usiadł zrezygnowany na krześle przy łóżku.
Po długich dyskusjach na temat staruszki, Ciemnej Kobiety, mocy Marceline Daniel i Will rozeszli się do swoich pokoi, a Mar ponownie została sama.

***
Will

Willowi przyśnił się jego ojciec.

Zeus siedzi na dużym fotelu w moim starym domu, a ja siedzę na stole na ukos niego.
Tyle, że to nie jestem dziewiętnastoletni ja tylko dziesięciolatek, który powstrzymuje łzy i patrzy się tępo w podłogę
. Teraźniejszy ja stoję obok niego i przypatruję się tej scenie.
Zeus podnosi wzrok ze swoich dłoni na mnie. Ale nie na tego dziesięcioletniego mnie, jak myślałem, tylko na tego dorosłego mnie.
- Synu... Powiedz mi... Kim jest ta dziewczyna przy której ciągle się kręcisz?
No tak... czuję lekkie ukłucie, Zeus ma gdzieś swoje dzieci, szczególnie Lily i Rillianne.
- Marceline? Córką Hekate. - odpowiadam. Nie czuję zbytniej potrzeby mówienia mu o Selene i o staruszce, które nazwały się matkami Mar.
Bóg piorunów unosi brew.
- Twojej matce lepiej szło okłamywanie bogów. Mów prawdę.
Spuszczam głowę jak moje dziesięcioletnie ja. Na wzmiankę o matce zaciskam pięści i mrużę oczy by nie dopuścić do nich tych kropelek, które nie zawitały tam od dziewięciu lat. Po chwili jednak otwieram oczy i się prostuję, przyjmując arogancką postawę.
- Moja Marceline jest piękną i wielce utalentowaną dziewczyną , do której nikt inny nie ma prawa. A takiego podejścia do kobiet nauczyłem się od ciebie. - odpowiadam pewnie. Marceline jest tylko moja i nikt, nawet Lordly tego nie zmieni.
Ojciec śmieje się, a jego śmiech toczy się echem po całym domu. Jednak szybko poważnieje.
- Mówisz, że jest wielce utalentowana i piękna? Jak ona? - Zeus wywołuje tęczę i nakazuje Iris pokazać mu "dziewczynę z gwiazd". Na tęczy ukazuje się Marceline ubrana w chiton. W rękach trzyma gliniany wazon i uśmiecha się do kogoś. Jej skóra ma dużo ciemniejszy odcień niż tej którą znam, ale to wciąż jest moja Marceline. Za jej plecami widać było jakieś miasto.
- Tak - mówię niepewnie. Ten obraz wydaje mi się dziwny - To Marceline.
Tęcza znika.
- Selene zapłacisz za uwolnienie jej... - warczy Zeus, w sposób prawie godny Lordliego, via Wilkołaka - Masz się trzymać od niej z daleka.
- Czemu? - udaje mi się zapytać nim wszystko się rozpływa.

***
Marceline

Marceline przeleżała w szpitalu jeszcze tydzień. W między czasie staruszka ukazała jej się jeszcze dwa razy , ale tylko sie uśmiechała i znikała. Z Danielem doszli do wniosku, że Marceline potrafi komunikować sie ze zmarłymi, a ta staruszka to Greczynka ze starożytności. Tylko nazwała się matką dziewczyny?
Will nie zjawił się u niej ani razu, za to Ethan przychodził codziennie, przynosił jej bukiety kwiatów i przepraszać za swoje zachowanie. Marceline przyjmowała wszystko z uśmiechem.
- Przecież nic się nie stało. - odpowiadała za każdym razem.

W końcu Marceline mogła wyjść ze szpitala. i pierwszym miejscem do jakiego się udała była stajnia.
- Sybil! - pisnęła i pognała do boksu ulubionej klaczy.
- W stajni się nie krzyczy i nie biega. - doszedł ją znudzony głos z boksu na przeciwko.
- Will? - szepnęła z nadzieją. Cały tydzień go nie widziała. Martwiła się o niego i już myślała, że coś mu się stało. Na szczęście nic.
- I wy mi mówicie, że ona go nie kocha. - usłyszała głos Damona.
Marceline skuliła się zawstydzona.
Z boksu wyłonił Will, prowadząc ogiera, posłał jej karcące spojrzenie i wyszedł ze stajni.
- Cały tydzień się tak zachowuje. - powiedziała Sybil lekko zmartwionym tonem - Ale... gdzie dziś jedziemy? Proponuję plażę. Może i mamy październik, ale dziś jest wspaniała pogoda. Marzę by zanurzyć kopyta w wodzie!
- Ale... przecież ja tylko raz jeździłam - zaprotestowała - Do tego spadłam.
- To, że spadłaś to trochę moja wina. A jeździsz doskonale! Dawno nie miałam takiego jeźdźca!
Marceline zarumieniła się miło połechtana. Nagle naszła ją pewna myśl.
- A Will i Damon gdzie pojechali? - spytała opierając dłonie na biodrach.
 Sybil cofnęła sie kilka kroków w głąb boksu.
- N-nie w-wiem. - wyjąkała
Merceline zaśmiała się i ogłosiwszy decyzję o wybraniu się na plażę, zajęła się szczotkowaniem klaczy, cicho z nią rozmawiając. Uśmiech nie schodził jej z twarzy.
W pewnym momencie, gdy już kończyła czyszczenie konie stały się trochę niespokojne.
- Mar? - usłyszała głos Ethana.
- Tutaj! - zawołała śpiewnie i odkładając zgrzebło wyszła z boksu.
Chłopaka spotkała przy siodlarni. Weszli do pomieszczenia i Mar wzięła sprzęt Sybil, ledwo utrzymując ogłowie. Ethan nie zaoferował jej pomocy, czego nie mogła nie zauważyć.
Konie wciąż się nie uspokajały.
- Zabierz go stąd!  - nakazał jej Sun, a kilka innych głosów dołączyło do niego.
Marceline się skrzywiła. Zostawiła siodło i ogłowie przy boksie Sybil i pociągnęła Ethana do siodlarni.
- Tak będą spokojniejsze. - powiedziała do siebie zamykając drzwi.
- Kto? - spytał, a raczej warknął czym sprawił wrażenie bardzo niezadowolonego z jej słów.
- Konie. Biedactwa są niespokojnie, kiedy tu jesteś.  - odpowiedziała i odwróciła się do niego z uśmiechem, czując że powoli zaczynają ją palić policzki.
Ethan lustrował ją wzrokiem, jak wilk lustruje sarnę, którą zamierza zabić i pożreć. Po krótkiej chwili podszedł do Marceline, oparł dłonie po obu stronach jej twarzy. Nie zdążyła nawet mrugnąć a on ją całował.
- Jak mi tego brakowało... - wymamrotał z ustami na jej ustach.
Marceline sięgnęła dłońmi do jego karku chcąc wpleść palce w te nieliczne dłuższe kosmyki plątające się na jego karku, ale napotkała tylko krótkie, lekko kłujące ją w ręce włoski. Jej palce zamarły, gdy uświadomiła sobie czego oczekiwała.
- Proszę, proszę... - do jej uszu doszedł czyjś głos - Widzę, że powstrzymujesz swoją zefirowską naturę za pomocą Marceline, Lordly.
Mar odskoczyła od Ethana i skuliła głowę w ramionach.
W drzwiach stał, oparty o framugę Will z rękami zaplecionymi na piersi.
- Nie przeszkadzajcie sobie. Co nie zmienia faktu, że - zwrócił się do Marceline - on cię tylko wykorzystuje by odwrócić swoją uwagę od kogoś innego.
Spojrzała na niego zdziwiona, ale Will już nie zobaczył jej wzroku bo wyszedł. A Ethan był widocznie wściekły.
- Nie słuchaj go. Plecie bzdury. - warknął i wyszedł, ciągnąc Marceline za sobą.
- Ethan, puść mnie. - pisnęła cicho - Mam zajęcia.
Chłopak mrugnął kilkukrotnie.
- Przepraszam. - mruknął i puścił Marceline, nie zauważając jej kłamstwa. Dopiero wyszła ze szpitala. Daniel nigdy nie posłałby jej do stajni. Ethan pocałował ją w policzek i wybiegł ze stajni.
- W stajni się nie biega. - powtórzyła słowa Willa i zajęła się siodłowaniem Sybil.

Po stajni rozniósł się śmiech dziecka i tupot stópek, kiedy Marceline zapinała popręg.
- Nie wierzę, że braciszek zainteresował się taką dziewczynką. - Mar usłyszała słodki, dziewczęcy głosik.
- Tak, tak, Lily. Też nie mogę tego zrozumieć. - dołączył się damski głos.
W drzwiach boksu stanęła wysoka, szczupła kobieta. Miała na sobie piękną granatową suknie, a jej szyję zdobił naszyjnik z połyskujących diamentów. Sama kobieta była bardzo blada, ale jej oczy błyszczały pięknym odcieniem niebieskiego. Marceline te oczy wydawały się znajome, ale nie potrafiła ich teraz skojarzyć. Po chwili obok kobiety stanęła mała dziewczyna, tak samo blada, z takimi samymi oczami.
Kobieta postąpiła kilka kroków do przodu.
- Nie mogę zaprzeczyć. Brzydka nie jesteś. Ale chyba nic w tobie specjalnego. - powiedziała, przyglądając się Marceline.
- A potrafisz rozmawiać z konikami? - spytała Lily, splatając rączki za plecami i przekrzywiając głowę - Willy zawsze lubił konie.
- Wciąż lubi. - poprawiła ją matka lekko znudzonym tonem - Przecież poszedł jeździć.
- Willy? - powtórzyła Marceline - Will? Jesteś siostrą Willa? - zwróciła się do kobiety - A pani jego matką?
"Jaka matka taki syn. Jak to się sprawdza w twoim przypadku" rozbrzmiały w jej głowie słowa Ethana i ujrzała wyraz oczu Willa po tym jak je wypowiedział.
Co ta kobieta zrobiła?
- Do-kła-dnie - przesylabowała Lily z każdą sylabą przekrzywiając głowę na prawo i lewo.
- Jacquline Evel we własnej osobie. Ale myślę, że chyba znasz to nazwisko. - powiedziała kobieta z dumnym uśmiechem.
Marceline pokręciła głową.
- Nazwisko Evel oczywiście znam. Ale o pani nigdy nie słyszałam.
Kobieta zacmokała.
- Jak to możliwe. - westchnęła lekko urażona, podeszła do Marceline i wzięła jej brodę w dwa palce, poczym cofnęła się z przerażeniem w niebieskich oczach. Mar juz wiedziała czemu wydały jej się znajome. Will miał identycznie oczy. - Lily... Wracamy.
- Ale mamo! - zaprotestowała dziewczynka, zostając w boksie mimo nakazu matki.
- Chodź dziecko! - krzyknęła i wzięła córkę za rękę - To przed nią ostrzegał nas wujek Apollo.
- Na prawdę? - podekscytowała się dziewczynka i wyrwała rączkę z dłoni matki - Willy kocha dziewczynkę-gwiazdkę? Pokaż jakąś sztuczkę z... - zamyśliła się przez chwilę przykładając wskazujący paluszek z krótkim, pomalowanym na granatowy kolor paznokciem - ogniem?
Marceline wpatrywała się w dziewczynkę osłupiała, a jej matka stała obok co chwila ze strachem zerkając na dziewczynę.
Dziewczynka-gwiazdka?
- Słucham?
- No przecież wujek Hefajstos dał ci władzę nad ogniem. - wymamrotała, robiąc dziubek, co lekko zniekształcało jej słowa - Tak jak ciocia Demeter nad ziemią, wujek Posejdon nad wodą, a tatuś nad powietrzem.
- Lily, idziemy - ostatecznie nakazała Jacquline i wzięła córkę na ręce, po czym wyszła ze stajni.
Marceline dopiero teraz zauważyła znikającą, błękitną poświatę.
Matka i siostra Willa były martwe?
Będę musiała spytać Daniela. - pomyślała Mar i wyprowadziła Sybil z boksu tłumacząc jej z kim rozmawiała.
- Jacquline Evel to manipulantka, zdrajczyni i kłamca. tak omamiła Zeusa, że prawie odstąpił jej tronu Hery. Ale to za długa historia. Jedziemy na plażę! - zarządziła Sybil.

Jak klacz powiedziała tak Marceline zrobiła. Wyprowadziła ją z stajni, poprawiła popręg, wsiadła na nią i kłusem ruszyły w stronę plaży.
___________________
Oto rozdział iks, znaczy dziesiąty.
Drugi z dwóch "marokańskich rozdziałów" napisanych na wakacjach. Bo ja nie mam co robić na wyjazdach tylko rozdziały pisać.
Szczerze mówiąc jestem z niego o wiele bardziej zadowolona niż z poprzedniego. Sen Willa podoba mi się chyba najbardziej. No i postać Lily.
Mam nadzieję, że się podoba i przepraszam za błędy.
I oficjalnie ogłaszam, że dopóki nie będzie... hmm... 15 komentarzy rozdziału XI nie będzie. Nie znaczy to jak, że wybije 15 to rozdział będzie od razu bo ja też muszę go napisać. (coś mi to zdanie dziwnie brzmi, ale okay)
Nie zanudzam
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

środa, 16 lipca 2014

Rozdział IX

- Marceline...
Usłyszała cichy szept jednocześnie z ogłuszającym krzykiem. O wiele bardziej podobał jej się szept. Było w nim zawarte tyle uczyć. I był taki delikatny. Krzyk tylko wywołał pulsowanie w głowie. Chwile później wylądowała na czymś twardym.
A potem znowu nastała ciemność.

***
Otworzyła oczy kilkukrotnie nimi mrugając. Kątem oka dostrzegła ciemną postać znikającą za drzwiami białej sali.
Kilka minut później do pokoju wpadła Veronica, a za nią Nick i Jeremy. Siostra od razu  przytuliła Marceline i prawie płacząc zawołała :
- Najświętszy Apollinie...
- Na wrotkach - wtrącił Nick.
- ... jak dobrze, że się obudziłaś!
Mar odwzajemniła uścisk siostry i po tym jak ta się odsunęła szepnęła :
- Co się stało?
- Nic... - zaczął Nick.
- Tylko opętała cię jakaś chora bogini, nasłałaś potwory, które zniszczyły całą salę z bilardem, zabiły kilkoro uczniów. Potem zemdlałaś, napędziłaś całej szkole stracha i nie budziłaś się przez dwa tygodnie. A temu wszystkiemu przyglądał się William Evel. - zrelacjonował Jeremy oschłym tonem - W tym tobie, gdy byłaś nieprzytomna. O ile nie było tu Lordliego.
- Jer! - skarciła go Veronica.
- No co? Taka prawda. - usprawiedliwił się - Przez nią prawie zginęłaś!
- Prawie. - podkreśliła.
- Bo Wielki i Wszechpotężny Nicholas był na miejscu i uratował damę w opałach! - powiedział Nick stając na szeroko rozstawionych nogach i opierając dłonie zwinięte w pięści na biodrach.
Marceline nie mogła powstrzymać cichego chichotu.
Ale śmiech zamarł jej w ustach.
Opętana?
Jeremy powiedział, że opętała ją bogini. Ciemna Kobieta?
"zabiły kilkoro uczniów" Zginęli... Przeze mnie... To moja wina...
W oczach Mar pojawiły się łzy. Vera musiała je dostrzec, bo przerwała "dyskusję" z chłopacami i spojrzała za siostrę. Wzrok Nicka podążył za nią.
- Hejejej! Tylko mi tu nie płakać! - zerwał się - To nie twoja wina. Ta pseudo-bogini mogła opętać każdego. Przypadkiem padło na ciebie.
Dziewczyna pokręciła głową. To nie przypadek. Ciemna Kobieta już wcześniej wybrała ją. Tylko czekała na dobry moment.
Jeremy już miał coś powiedzieć, ale weszła nimfa-pielęgniarka wyganiając całe towarzystwo z sali. Po podaniu Marceline jakiś ohydnych leków nimfa się ulotniła zostawiając dziewczynę samą.

***
Ethan

- ETHAN! SKUP SIĘ! - zagrzmiał w sali treningowej głos D.J'a, po tym jak Ethan wylądował po raz kolejny na macie, powalony przez brata, który zajmował się jego treningiem.
Ale mu ciężko było się skupić na D.J.'u. Marceline od dwóch tygodnie leży w szpitalu. Wiadomo tylko, że ktoś ją opętał. Szczegóły znał tylko Evel, który nie mówi ani słowa. Uparcie milczy na temat tego co się stało. Podobno powiedział tylko Danielowi Winsorowi, który chcąc nie chcąc musiał się podzielić tą wiedzą z dyrektorem i radą pedagogiczną. Ale żaden z uczniów nie wie co się tam działo.

No i Evel.
Fakt, że on tam był zamiast niego doprowadzał Ethana do szału.
Teraz na drugim końcu sali walczył na szpady z Danielem Winsorem i uśmiechał się bezczelnie do Ethana. Jakby wiedział coś czego nie powinien wiedzieć.  Jego serce znów przyspieszyło i Ethan ponownie przypomniał sobie swój sen.
Czemu jego umysł kreuje takie obrazy? Jedynym obiektem pragnień Ethana był Marceline.
W głębi jego umysłu odezwał się cichy głosik, ale błyskawicznie został uciszony.
Z rozmyślań wyrwało go gwałtowne uderzenie o matę.
- Ethan, do cholery jasnej! Albo się skupiasz albo kończymy trening z czego Sheperd nie będzie zadowolony. Kolegę na randkę zaprosisz później.
Ethan patrzył na D.J.'a osłupiały. Po sali rozniósł się głośny śmiech Evela.
- William! - skarcił go Daniel.
- No co? - powiedział przez śmiech - Nie codziennie słyszysz takie słowa pod adresem twojego wroga. Marceline śni o mnie nie o tobie. I to jeszcze dotyczące ciebie.
Ethana ogarnęła wściekłość. Poderwał się z maty i z szybkością porównywalną do prędkości filmowych wilkołaków podbiegł do Evela i rzucił nim o ścianę. Jak on śmie tak mówić?!
To z Ethanem Mar poszła do Iris. To z nim całowała się przy stajniach.  To on ją znalazł! Gdyby nie on Marceline w ogóle nie znalazłaby się w Hacjendzie!
Ale to z Evelem dzieli mentora. To Evel był przy tym jak ją opętało. To Evel uczył ją grać w bilard. To Evel pomógł jej po upadku z konia. To przy Evelu ujawniły się jej największe moce. To Evel obserwował jej rozwijane talenty. To Evel jest proszony by pomóc jej w nauce, gdy ma z nią problem.
Z każdą nową myślą Evel dostawał nowy cios w twarz.
Daniel i D.J. próbowali go odciągnąć, ale sami obrywali.
Nic nie może się równać sile syna Aresa ogarniętego gniewem i zazdrością.
Zazdrością o Evela. O każdą chwilę jaką spędzili razem z Marceline.
Te piękne oczy mogą patrzeć tylko na Ethana.
Te  słodkie usta mogą całować tylko Ethana.
Tych jedwabistych włosów może dotykać tylko Ethan.
To seksowne ciało może należeć tylko do Ethana.
Nikt inny nie ma do tego prawa.
W pewnym momencie jego pięść została zatrzymana, Ethan poleciał na bok, a po ułamku sekundy siedział na nim zakrwawiony Evel. Trzymał w palcach jego brodę by Ethan nie mógł odwrócić wzroku. Nawet, gdy jego twarz była cała we krwi odznaczały się jego intensywnie niebieskie oczy.
- Jesteś zazdrosny, że interesuję się Marceline? Zazdrosny o mnie? - warknął. Pchnął głowę Ethana tak, że iderzył o podłogę i pokazały mu się gwiazdy.
Evel wstał i ruszył do wyjście uprzednio zrywając ręcznik z haka i zarzucając go na kark.
- William! A ty gdzie? - Daniel stanął mu na drodze.
- Pod prysznic? - zapytał ironicznie, po czym odwrócił się do Ethana, uśmiechnął wrednie i dodał : A potem do Marceline.
I wyszedł trzaskając drzwiami.

***
Marceline

Puk, puk, puk.
Rozległo się pukanie do szyby i obudziło Marceline, która znów zasnęła. Ciemna głowa w drzwiach cofnęła się zdziwiona tym, że dziewczyna jest już przytomna.
Kiedy się podniosła do sali wszedł Will.
- Will? - szepnęła.
Chłopak podniósł głowę . Marceline wciągnęła gwałtownie powietrze na widok licznych ran na jego twarzy.
- Co ci się stało? - spytała, delikatnie unosząc rękę do jednej z ran.
Opadł na krzesło przy łóżku Marceline i jakby przyzwyczajenia sięgnął po jej dłoń. Uśmiechnął się asymetrycznie i delikatnie kciukiem pogładził ją.
- Ty jak zwykle. Nic się nie stało. - odpowiedział ciepło - Tylko Lordly trochę mi przyłożył. A ty? Kiedy się obudziłaś?
- Ethan? - odezwała się cicho. Nie mogła sobie wyobrazić, że Ethan mógł tak pobić Willa. Wiedziała, że ta dwójka się nie lubi, ale... William miał duży plaster na policzku kilkanaście czerwonych ranek na reszcie twarzy i wargę rozciętą na wysokości kła. Po chwili wpatrywania się w tą rankę przypomniała sobie o zadanym pytaniu.
- Godzinę temu. Rozmawiałam z Veronicą, Nickiem i Jeremym. Jak dostałam leki znów zasnęłam. - uśmiechnęła się.  O wiele bardziej wolała tego miłego Willa niż tego który jest niemiły i zachowuje się jakby wszystko go bawiło.
Will zamierzał cos powiedzieć, ale do środka wpadł Ethan i odepchnął chłopaka.
- Co ty tu robisz?! - warknął zasłaniając Marceline własnym ciałem.
- Pomyślmy... - odezwał się spokojnie William, wstając - Oddycham, mrugam, żyję, mówię, ruszam się... zamierzałem pocałować Marceline - wymieniał. Z każdym słowiem Ethan wściekał się coraz bardziej, a Will uśmiechał. Szczególnie po tym ostatnim. Marceline zapłonęły policzki, lecz szybko się uspokoiła.
Patrzyła na nich z przerażeniem. 
- Ethan... - szepnęła cicho i sięgnęła ręką w jego stronę.
Chłopak obejrzał się na nią.
- Nic ci nie zrobił?
Pokręciła głową.
- Ethan, uspokój się. Will może tu być tak samo jak ty. - Mar zdziwiła stanowczość w swoim głosie.  Spuściła głowę.
Will gwizdnął z podziwem.
- Nieźle... Uczysz się.
Ethan warknął na niego.
- I ty się dziwisz, że nazywają cię Wilkołakiem.
Nie będą się bili. Nie będą się bili... Marceline powtarzała te słowa jak mantę. Ale Ethan ruszyl w stronę Willa.
Nie bijcie się. Nie bijcie się. powtarzała w myślach.
- NIE BIJCIE SIĘ!!! - wrzasnęła, kiedy Ethan już wymierzał cios.
Ziemia się zatrzęsła, kilka lekarstw spadło z półek, a chłopcy stracili równowagę i wylądowali na podłodze.
Will, prawie się przewracając, podszedł do Marceline, złapał ją za ramiona i lekko potrząsnął.
- Hej... Mar... - mówił łagodnie - Spokojnie. Zamknij oczy i się uspokój.
Dziewczyna wykonała jego polecenie. Wdech i wydech. Ziemia przestała się trząść i po chwili do sali wpadła doktor Bell.
- Co sie stało?! Słyszałam krzyki.
- Może pani przyprowadzić Daniela Winsora? I zabrać to coś? - Will wskazał na, leżącego na podłodze Ethana, który powoli zaczął się podnosić i łypał na niego morderczym wzrokiem
Doktor Bell spojrzała na syna Aresa wrogo.
- Ethan, idziemy. - nakazała.
Oboje wyszli z pomieszczenia a Will osunął się na krzesło i przeczesał rękoma włosy.
- Wszystkie cztery żywioły... Moc swoich opanować nie może... - szepnął tak cicho że Mar ledwo go usłyszała.
Nagle świat zbłękitniał. Wszystko zwolniło. Powietrze przy nogach zafalowało i po chwili ukazała jej się starsza kobieta o oliwkowej cerze i ciepłych czekoladowych oczach, ubrana w prosty chiton.
- Kim jesteś? - spytała Mar zdziwiona.
Kobieta uśmiechnęła się z miłością.

- Twoją matką, Marceline.
___________________
Oto dziewiąty rozdział!
Bo ja nie mam co robić na wakacjach tylko rozdziały pisać. Taa... Ale mam nadzieję, że podoba Wam się marokański rozdział xD Przepraszam za błędy.
a właśnie... Miałam fakty o sobie napisać.
Więc tak. Komentarzy było 7. więc... (powtarzam się i nie zaczyna się zdania od Więc)
1. Mam na imię Marcelina
2. Nick Laciata wiziął się od bluzy.
3. Nałogowo słucham fandubów japońskich Vocaloidów. 
4. Mam weny najczęściej w nieopdowiednich miejscach i w momentach gdy mam iść spać. 
5. Robi się ze mnie yaoistka i otaku.
6. Posiadam ponad trzydziestu książkowych, serialowych i mangowych mężów xD
7. Mam cały zeszyt zapełniony opowiadaniami. Są tam rozdziały lub urywki rozdziałów na tego bloga, cały Rozpruwacz, jeden niewypalony pomysł i jeden wiecznie nieskończony one shoot xD
co z tego że nikogo to nie obchodzi xD
Nie zanudzam
Laciata <3 
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział VIII

Stała w łazience susząc włosy po ich umyciu dziwnie czerwonym szamponem. Zerknęła w swoje odbicie i suszarka wypadła jej z ręki.
Dłonie i skóra przy włosach miały dziwny różowy kolor, a włosy były ognistoczerwone.
Zza rzędu pryszniców wyłoniła się Michelle.
- Pięknie. Długo nie zejdzie - powiedziała z dumą. Podeszła bliżej Marceline - To za umawiane się z Ethanem - szepnęła i wyszła.
Marceline znów spojrzała na swoje odbicie. Michelle ma rację. Łatwo się to nie zmyje.
Co ona jej zrobiła? Za co Michelle dolała jej farby do szamponu?
Wzięła głęboki wdech. Spokój, nakazała sobie. Spokój. Ale w jej głowie i tak uformował się obraz blondynki oblanej wodą. A po Hacjendzie rozniósł się straszliwy pisk. Mimo łez w oczach Marceline zachichotała. Schowała włosy pod ręcznik i wyszła z łazienki. Szybko prześlizgnęła się do pokoju.
- Ile mo... - zaczęła Veronica, ale przerwała, gdy ręcznik zsuną się z włosów Marceline - Co ci się stało?!
- Michelle. - odpowiedziała, siadając na łóżku.
- Okay. Spróbujmy to zmyć. Lub chociaż przyciemnić...

O dziewiętnastej ktoś zapukał do drzwi.
Włosy Marcelin były w miarę przyzwoitym stanie - miały barwę ciemnej czerwieni. Nic więcej nie udało im się zrobić.
Veronica podeszła do drzwi, ale nie zdążyła ich otworzyć, gdy do ich pokoju wpadła wściekła Michelle.
- Ty... - warknęła wskazując na Mar - Oblałaś mnie... Zapłacisz za to!
Marceline i Veronica wpatrywały się w nią z osłupieniem. Vera otrząsnęła się pierwsza.
- Serioooo? Jeszcze woda?
Michelle nie zwracając na nią uwagi kontynuowała:
- Skończysz marnie, Marceline. Umawianie się z MOIM - wskazała na siebie - Ethanem to jedno, ale oblewanie mnie wodą to przesada. I zniszczyłaś mi nowe buty! Pożałujesz. - Wysyczała i wybiegła.
Siostry spojrzały na siebie zdziwione. Veronica wzruszyła ramionami. Poczekały jeszcze chwilę na Ethana, ale chłopak się nie zjawił. W końcu podjęły decyzję o pójściu na bilarda. Vera pierwsza wyszła z pokoju, a Marceline w rogu pokoju ujrzała jakiś cień. Po chwili poczuła jakby jakaś ręka sięgnęła w głąb jej ciała szukając serca. Potrząsnęła głową, odganiając dziwne wrażenie i szybko ruszyła za siostrą.

***
Will

- Na gacie Zeusa, jak ty to robisz?! - krzyknął Nick po tym jak Will wbił piątą bilę z rzędu.
- Nie wzywaj gaci ojca mego na daremno - odgryzł się - I się zamknij.
Nick udał, że zamyka usta na kłódkę i wyrzuca kluczyk gdzieś za siebie. Will w tym czasie ustawił kij i pochylił się nad stołem by lepiej wymierzyć. W momencie, kiedy miał pchnąć kij Nick powiedział:
- Nie żeby coś, ale Marceline przyszła. Lordly się chyba nie zjawił... - posłał przyjacielowi znaczące spojrzenie.
Kij Willa uderzył bilę zbyt mocno tak, że wypadła zza stołu, a on sam gwałtownie się wyprostował od razu kierując wzrok ku wejściu.
Syn Apollina wybuchnął śmiechem i oparł o stół bilardowy by się nie przewrócić i zacząć tarzać po podłodze, co zresztą mu się nie udało, bo Will uderzył chłopaka w tył głowy posyłając go na podłogę, na której ten zaczął się tarzać i jeszcze bardziej śmiać.
Jednak drzwi wejściowe otworzyły się, a w nich stanęły Veronica i Marceline, która z ciemnoczerwonymi włosami wyglądała prawie jak bogini ognia.
Nick widząc jego wzrok po krótkiej przerwie od śmiechu, znów śmiał się jeszcze bardziej, czym zwrócił na siebie uwagę dziewczyn. Will schylił się po białą bilę posyłając Marceline zachęcające spojrzenie, do którego dodał również łobuzerski uśmiech. Wstał i rzucił bilą w nadal śmiejącego się Nicka. On złapał ją kilka milimetrów przed twarzą.
- Spadaj sobie do wulkanu! - krzyknął z miną Golluma z "Władcy Pierścieni".
Will odsunął się od stołu przewracając oczami i dał Nickowi pole do manewru.
Veronica spiorunowała ich wzrokiem i pociągnęła Marceline do stołu najdalszego ich.
- Biedaczysko - cmoknął Nick - Piękna Marceline do ciebie nie przyszła.
- Zamknij się już. - warknął Will i wrócili do gry.

***

Lekko zawiało, a temperatura spadła o kilka stopni. Chłopacy spojrzeli na siebie lekko zdziwieni. Wrzesień w tym roku jest trochę chłodniejszy niż normalnie, ale w budynku powinno być o wiele cieplej niż jest teraz. Za oknami błysnęło i w jednej chwili spadł deszcz. Lampy zamrugały i po sali rozniósł się krzyk.
- Veronica!!! - wrzasnął Nick i pobiegł do przyjaciółki. Will popędził za nim.
Światła zgasły i rozległ się złowrogi szept, delikatnie znajomym głosem:
- Nareszcie...
Dobiegli do córki Hekate. Marceline stała kawałek dalej w długiej, czarnej, połyskującej sukni. Kiedy się odwróciła jej oczy zaszły czernią, zasłaniając nawet białka.
Will cofnął się o krok, a Mar (o ile to była ona) zbliżyła się do niego.
- Synalek Zeusa... - podniosła lekko jego brodę wskazującym palcem z długim ostrym paznokciem - Ładniutki. Dziękuję ci za rozproszenie uwagi tej dziewczynki.
- Kim... jesteś..? - warknął z trudem. Palec kobiety wbijał mu się boleśnie w podbródek.
Zaśmiała się. Niby głosem Marceline, ale takim obcym. Odsunęła się od Willa i podniosła rękę. Przez okna wpadły nieznane mu potwory i zaczęły rozwalać wszystko w zasięgu wzroku. Łącznie z uczniami. Jeden z człekokształtnych monstrów wziął młodszego chłopaka, który razem z kolegami zerwał się do ucieczki i rozszarpał go na pół. Salę zalały krzyki i uczniowie, którzy próbowali się ratować. Willowi ucieczka nie mogła się udać, gdyż obok niego stała Marceline, a przy niej "strażnik" w postaci największego z potworów. Nick zabrał oszołomioną Veronice i po chwili w pomieszczeniu został tylko Will i Marceline, która śmiała się w niebogłosy. Potwory wciąż burzyły wszystko, a dorośli nie nadciągali z pomocą. Will sięgnął ręką do pasa, ale nie odnalazł broni. Westchnieniem irytacji powstrzymał odruch uderzenia się dłonią w czoło. Zawsze, ZAWSZE, miał przy sobie, chociaż krótki sztylet, albo nawet nóż do masła!, tylko dzisiaj, kiedy to szkoła została zaatakowana nie miał przy sobie broni.
- Cholera - szepnął i zaryzykował ucieczkę. Ale w ostatnim momencie, kiedy już prawie uciekł drogę zastąpiła mu Marceline, Piękna Marceline, która muchy by nie skrzywdziła, która na treningach obwiniała się, o to, że mu coś zrobiła, gdy poleciała mu chociaż malutka kropelka krwi. I to nie z jej winy.
Stała teraz przed nim w ciemnej sukni, z czarnymi oczami, gotowa wymordować całą ludzkość.
- Ty Williamie, słodki Williamie, zostajesz. Przyłącz się do mnie! Służ Wielkiej Pani Nocy! Obal ze mną bogów! Zniszcz świat! Zostań władcą świata u mego boku!
Will cudem powstrzymał się od prychnięcia. Kimkolwiek była ta kobieta, przydałaby jej się dłuuuga wizyta u psychologa.
Od odpowiedzi uwolniły go... wstęgi srebra? Błyszczące, srebrne nici oplotły błyskawicznie wszystkie potwory po chwili zamieniając je w pył. Po chwili maki dopadły też Marceline, skrępowały jej kostki i nadgarstki i powoli sunęły wyżej, zostawiając na jej bladej skórze czerwone pręgi jak od poparzeń. Sekundę później rozbłysło światło i wyłoniła się z niego ciemnowłosa kobieta ubrana w delikatny, cieniutki srebrny chiton. Ale w jej ubraniu nie było nic wyzywającego, czy nieprzyzwoitego. Prezentowała się dostojnie, pięknie i sprawiała wrażenie potężnej.
Marceline zamarła z krzykiem na ustach.
- Selene. - syknęła.
- Wiem jak mam na imię. Zostaw moją córkę!
Marceline była córką Selene?! przeszło Willowi przez myśl.
- Ona nie jest twoją córką! Gdy ja tworzyli nie zostałyśmy zaproszone! Tylko Wielka Dwunastka, Hades i Hestia byli zaproszeni! Nas, pomniejszych bogów, mieli gdzieś! Nie brałaś udziału w jej narodzinach! - krzyknęła Srebrne nici wciąż coraz bardziej raniły jej ciało, lecz ona nie krzyczała.
- Robisz jej krzywdę. - wyrwało się Willowi.
Selene spojrzała na niego, jakby właśnie uświadomiła sobie jego obecność.
- Nie mojej córce. - powiedziała i oczy jej rozbłysły. Gwałtownie odwróciła się do przeciwniczki i posłała w jej stronę setki srebrnych macek. Powietrze przeszył krzyk bólu Marceline. Nagle spowiło ją światło, Selene w jednej chwili zniknęła. Kilka sekund później z kokonu blasku na podłogę osunęła się omdlała Marceline.
Podbiegł do niej i w ostatnim momencie uchronił od upadku. Ułożył ją sobie na kolanach i szepnął jej imię odgarniając jej kilka kosmyków z twarzy. Lecz jego szept został zagłuszony przez krzyk Lordliego, który wpadł do pomieszczenia, krzyczącego to samo imię.
Chłopak odepchnął Willa, zwalając Marceline z jego kolan, tak, że spadła na podłogę.
Will wstał i odszedł od pary, ledwo powstrzymując się od rzucenia w Lordliego czymś ciężkim.

Ale przypomniał sobie słowa Nicka.

"Możesz się oszukiwać, Lordly, ale ja i tak znam twój brudny sekret" pomyślał i wyszedł, trzaskając drzwiami. 
________________________
Oto ósmy rozdział!
Nareszcie!!! Przepraszam, że tak długo nie było, ale miałam próby kółka teatralnego i jak o ósmej szłam do szkoły to o osiemnastej z niej wracałam, a po tym jakoś weny i ochoty nie ma.
Ale mamy wakacje! Nareszcie (co niestety dla niektórych oznacza rozstanie z klasą :( )! Jak tam u Was zakończenie roku?
Mam nadzieję, że rozdział się podoba :) i przepraszam za błędy.
Rozdział dedykuję Spite. Dzięki Tobie znalazłam motywację na skończenie tego rozdziału i przepisanie go.
I teraz... Ogłoszenia parafialne!
Po pierwsze : jak pewnie da się zauważyć zmieniłam nieco kolorystykę i czcionkę :) Ale mam nadzieję, że się Wam zmiany podobają :)
Po drugie : w ramach rekompensaty może dodam kilka faktów o sobie? Chyba, że moja osoba Was nie interesuje :) Tyle ile będzie komentarzy tyle faktów :)
Po trzecie : już od razu na początek wakacji Laciata wyjeżdża. Pierwszego lipca lecę sobie na wakacje i nie będzie mnie dwa tygodnie. Może do wtorku uda mi się coś napisać, ale wątpię. 
Nie zanudzam i mam nadzieję, że ktoś to przeczytał, choć i tak wiem, że nikt :/
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!


P.S O ile ktoś tu jest. Wiem, że czasem się nie chce komentować, bo sama tak mam, ale proszę. Nawet króciutki komentarz doda mi weny. Chociaż jedno słowo :)

P.S 2 Chciałam jeszcze podziękować pewnej osobie z mojej (teraz już byłej) klasy. "Spadaj sobie do wulkanu" jest dzięki Tobie i dla Ciebie.  I tak tego nie przeczytasz

niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział VII

- Ten idiota ruszał mój szkicownik?! - wrzasnęła Veronica po tym jak Marceline wytłumaczyła jej czemu szkicownik leżał na stoliku nocnym, a nie w szufladzie biurka, gdzie jego miejsce, i czemu ubrania w szafie są porozwalane.
- Przepraszam - wyszeptała Marceline spuszczając głowę.
- Dobra... nie ważne. Chwilaaa... Ile ty już tutaj jesteś?
Marceline zastanowiła się chwilę.
- Około dziesięciu dni. - odpowiedziała w końcu.
- A gadasz po angielsku jakbyś tu była dziesięć lat. Jak?! - Veronica usiadła a obrotowym krześle przy biurku.
- Hmm... - zastanowiła się. Siostra miała rację. Cały czas bez problemu mówiła po angielsku. Wszyscy w jej otoczeniu używali tego języka, więc i ona go sobie przyswoiła.
- Tak po prostu? - odpowiedziała sobie Veronica.
- Chyba. - Marceline wzruszyła ramionami.
- Oddaj mi swój talent do nauki. - jęknęła, odchylając głowę do tyłu. Nagle zamarła i gwałtownie wyprostowała głowę - Ty powiedziałaś, że Lordly zaprosił cię do Iris?! Na którą?!  Nie cierpię go, ale twoja pierwsza randka to historyczne wydarzenie! - powiedziała podekscytowana Veronica.
Marceline znów zawstydzona spuściła głowę i wybąkała coś, że Ethan miał po nią przyjść.
- Okay. Trzeba cię przygotować - podjęła i podeszła do szafy, wyciągając trzy sukienki - Przebieraj się i zobaczymy w której ci najładniej.

***
Ethan

Stanął przed drzwiami pokoju Marceline. Przejechał ręką po włosach, by bardziej je zmierzwić.
- Okay... - szepnął do siebie i wziął głęboki wdech.
Zapukał do drzwi, przybierając szelmowski uśmiech. Zza framugi wysunęła się głowa Veronici, a jego zadowolenie poszło się bujać...
- Czekaj, Lordly.  Dziesięć minut. Trzeba było podać konkretną godzinę, a nie... - trzasnęła drzwiami, ale po chwili pojawiła się znowu - Nadal cię nie lubię.
Westchnął z irytacją i oparł się o ścianę.
- Lordly? - usłyszał kpiący głos za sobą.
Ręce zaczęły mu drżeć z wściekłości. Udał, że go nie słyszy. Nikt mu nie zepsuje randki z Marceline. Nawet  William Evel.
- Oh... - westchnął z udawanym przejęciem - Dziewczyna cię wystawiła?
- Chciałbyś być na moim miejscu - warknął nie mogąc się powstrzymać.
- Dlatego nazywam cię zwierzęciem - szepnął do siebie, poczym spojrzał na numerek drzwi przed którymi stali - Marceline? Powodzenia. Po rozmowie z tobą rano przybiegła do mnie przerażona. Potem spadła z Sybil. Ma słodkie usta... - oblizał wargi z aroganckim uśmiechem.
Ethan nie wytrzymał. Uderzył Evela z lewego sierpowego i podniósł go za kołniez koszuli. Po jego brodzie pociekła delikatna stróżka krwi. Niestety efekt psuło to, że Ethan był niższy od niego i Evel opierał się na palcach.
- Coś ty powiedział?!
Kpiący uśmiech nie zszedł z jego ust.
- Że Marceline ma słodkie usta.
Dużo osób już mówiło Ethanowi, że jako syn Aresa nie potrafi pohamować gniewu, ale nigdy jeszcze złość nie pochłonęła go tak bardzo. Nawet gdy Evel przymilał się do Marceline przy bilardzie. Wtedy był wściekły ale nie aż tak jak teraz. Nie słyszał nic oprócz szumu krwi w uszach. Nie widział nic oprócz Evela, który właśnie miał polecieć na ścianę, ale przez barierę gniewu przebił się łagodny głos :
- Ethan?
Marceline stała przed drzwiami swojego pokoju, jak zawsze piękna, i patrzyła na niego zdziwiona.
- Wpadłeś... - wyszeptał bezgłośnie Evel z rozbawionym błyskiem w oku.
Ethan odepchnął go jak wnerwiającego dzieciaka (co z tego, że William był od niego starszy?)
Evel bez problemu wylądował na dwóch nogach i rzucając mu rozbawione, a Marceline mówiące "Zostaw tego idiotę" spojrzenie, odszedł z cichym śmiechem.
- Co... co sie stało? - zapytała cicho, podchodząc do Ethana.
Ponownie przeczesał ręką włosy.
- Nie ważne... Idziemy? - podał jej ramię, a ona je przyjęła lekko zarumieniona.

***

Ethan otworzył przed Marceline drzwi do kawiarni, wpuszczając ją do środka. Uśmiechnęła się do niego uroczo. Uwielbiał jej uśmiech. Żadna dziewczyna nie ma takiego pięknego uśmiechu.
Usiedli przy stoliku najbardziej ukrytym przed spojrzeniami innych. Jego stoliku. Zawsze siadał tu z dziewczynami.
Sięgnął po menu, chociaż i tak wiedział co weźmie. Marceline błądziła wzrokiem po karcie dań z lekko zagubionym wyrazem twarzy. Odłożył swoje menu.
- Pomóc ci? - zapytał i pochylił się do niej delikatnie.
Pokręciła głową, rozrzucając brązowoczerwone włosy na ramionach.
- Nie... ja tylko... - zaczęła nieśmiało - Nie znam żadnych z tych rzeczy. Kawa, herbata tak, sernik, szarlotka brzmią znajomo, ale reszta...
- Nie znasz - dokończył. Marceline pokiwała głową - Pozwolisz, że ja ci coś wybiorę?
Znów kiwnęła. To jej najczęstszy gest. Niestety rzadko się odzywała. Bardzo lubił brzmienie jej głosu.
Podniósł rękę i pstryknął palcami. Po chwili podeszła do nich Erika - kelnerka obsługująca ten stolik.
- Co podać? - zapytała uprzejmym tonem, dziwnie uśmiechając się do Ethana.
- Mrożoną kawę, razy dwa, i duży deser truskawkowy.
Erika kiwała głową i notowała zamówienie, poczym odeszła.
- A ty? - odezwała się Marceline.
Ethan zaśmiał się pod nosem.
- Deser na spółkę, jeśli ci to nie przeszkadza.
Pokiwała głową uroczo zarumieniona.

Czekali na zamówienie około dziesięć minut. Rozmawiali na różne tematy, a Ethan mógł się nią zachwycać do woli. Marceline jest najpiękniejsza dziewczyną jaka w życiu widział.
- Oto państwa zamówienie - Erika położyła duży puchar lodów pomiędzy nimi i dwie wysokie szklanki z mrożoną kawa obok każdego z nich. Ethan kiwnął głową w podziękowaniu.
Po tym jak kelnerka odeszła Marceline sięgnęła po truskawkę i włożyła ją do słodkich ust.
- Mmmmm... - westchnęła i wzięła do ręki łyżeczkę i nabrała na nią trochę lodów.
- Cieszę się, że ci smakuje. - powiedział biorąc łyk kawy. Zimny, lekko gorzki smak rozszedł się po jego gardle.
Marceline z wesołą miną dziecka wcinała lody, więc Ethan dołączył do niej. Przed kilka minut jedli w 'delikatnie' niezręcznej ciszy.
- Nic ci się nie stało? - przerwał milczenie, nie mogąc go już więcej znieść.
Dziewczyna spojrzała na niego trochę zdziwiona.
- Słyszałem, że spadłaś z Sybil. - wyjaśnił.
Jej policzki przybrały odcień prześlicznego różu i całą jej nieśmiałość, która wcześniej zniknęła, wróciła.  Marceline spuściła głowę prawie niezauważalnie nią kiwając.
- A Evel? - wymsknęło mu się.
Jak na zawołanie zabrzęczał dzwonek na drzwiach i do środka weszła para. Blond dziewczyna z orzechowymi oczami trzymała pod ramię wysokiego bruneta.
Serce Ethana zabiło szybciej. Wściekłość zalała jego ciało. Jak on śmie tu przychodzić?! I to jeszcze z Michelle. Każdy w Hacjendzie wie, że Michelle Manuke podoba się Ethan. Evel wiedział, że przychodzi tu dziś z Marceline. Jego wróg zerknął na niego rozbawiony. Michelle podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem i zobaczyła Ethana. Podbiegła do niego i wepchnęła mu się na kolana.
- Ethan, skarbie! Co ty tu robisz?! - pisnęła mu do ucha. Skrzywił się i próbował zdjąć jej ręce ze swojego karku, ale na marne.
Marceline odwróciła wzrok, a w kawiarni lekko zawiało.
- Nie przyszłaś tu przypadkiem z Evelem? - zapytał, próbując ukryć zirytowanie.
Blondynka wzruszyła ramionami.
- A kogo on obchodzi? Ważne, że ty tu jesteś!
Zamknął oczy
Wdech
i wydech.
Otworzył oczy
Lekki powiew znów się ponowił.
Jego wzrok wylądował na Evel'u, który zamówił dwie szklanki whiskey.
- Patrz, Evel zamówił dla ciebie whiskey.
- Chcesz? - nie czekając na odpowiedź Ethana pobiegła do Williama i wyrwała mu szklankę, którą już przyłożył do ust. Jak na blondynkę przystało nie pomyślała o tym w wziąć nienaruszoną, stojącą obok.
Wróciła do Ethana i podała mu trunek. Odepchnął go ręką, ale ona przyłożyła mu szklankę do ust. Nie chcąc się oblać pociągnął kilka łyków.
Fuj... Evel... Jego usta dotykały tej szklanki.
Krew w jego żyłach przyspieszyła z wściekłości.
Evel uśmiechał się do niego bezczelnie znad szklani whiskey.
Michelle odłożyła szklankę i pocałunkiem zlizała resztki bursztynowego płynu z jego ust.
Rozległ się huk.
Szyby rozsypały się na kawałki.
Michelle poleciała na drugi koniec pomieszczenia.
A Marceline stała wstrząśnięta.
O...Ona to zrobiła?
Kiedy oprzytomniała i wybiegła z kawiarni do Ethana podszedł Evel.
- Dlatego właśnie, Lordly, nie umawiasz się z dziewczynami, którym okazałem chociaż cień zainteresowania.
I wyszedł z Iris, a chwile później rozległ się dźwięk odjeżdżającego motoru.

Ethan z wściekłością i szybciej bijącym sercem uderzył w stolik, robiąc w nim dziurę na wylot.
Nienawidził tego szybszego rytmu, tych oczu, które nawiedzały go w snach i na jawie i tego, że chciał niemożliwego. Nie z jego charakterem.

***
Marceline

- Panuje nad ogniem, rozmawia z końmi, błyskawicznie się uczy, posługuje się każdą bronią z precyzją najlepszych wojowników, jest jedną z najpiękniejszych dziewczyn w szkole, ma uzdolnienia artystyczne... To nie jest normalne! A teraz mi mówisz, że jeszcze nad powietrzem ma władze! - Marceline usłyszała krzyki Daniela, stojąc przed drzwiami ich gabinetu. Mężczyzna rzadko tracił panowanie nad sobą, ale jak juz krzyczał pół Hacjendy mogło go usłyszeć.
- Tak. I nie radzę tak krzyczeć. - odezwał się spokojnie Will - Marceline, wejdź. Nie ładnie tak podsłuchiwać.
Ze spuszczoną głową otworzyła drzwi, opuszkami palców muskając dziurkę od klucza. Rozległo się cicho kliknięcie, a ona weszła do środka.
Daniel patrzył na nią lekko osłupiały.
- Były zamknięte.
- Wiedziałem - powiedział Will, podciągając się na kanapie.
Spojrzała na nich zdziwiona.
- Zamknąłem drzwi od wewnątrz. Nie powinnaś móc tu wejść. - wytłumaczył Daniel. Jego czasami przerażający spokój powrócił.
- Ale weszłam, czyli... - szepnęła cicho Marceline.
- Otworzyłaś zamek. Bez klucza. Teoretycznie się włamałaś. Jak Hermesiątko.  - podsunął Will.
- Hermesiątko? - zapytała z cichym śmiechem.
- No tak. - zaczął tłumaczyć - Dziecko Hermesa - Hermesiątko. Nie którzy tak mówią. Hermesiątko Hadesiątko, Zeusiątko... Chyba ten blondyn od Apollina z którym się przyjaźnisz to wymyślił i się przyjęło. - wzruszył ramionami.
- Hermes, Posejdon, Zeus, Atena, Apollo, Ares, Afrodyta, Hefajstos - ni z tego ni z owego zaczął wymieniać Daniel. Gdy pozostała dwójka spojrzała na niego z zdziwieniem - Tych bogów masz cechy, Marceline. A jesteś córką Hekate. Ale może to przez to...
- Przez wszystkich obdarzona... - wyrecytował śpiewnie Will.
- Ale Ciemna Kobieta nazwała mnie córką Selene.
- Może przejdziemy do lekcji? Nic z tego nie wyniknie. - zaproponował w końcu Will. - Co jak co, ale Romea i Julię to ja chcę omawiać.
Daniel z westchnieniem przeszedł do lekcji.
Marceline coraz szybciej doganiała Willa w materiale, chociaż zaczynała prawie od zera, w między czasie okazało się, że jednak coś tam umie. Głównie znała się na zielarstwie i przyrodzie.
Ile ja mam w ogóle lat? - zadała sobie pytanie. To samo usłyszał Daniel, gdy szli do stołówki.
- Pewnie około siedemnastu. Tak jak Veronica, czy Nick. - odpowiedział.
- Albo Will... - dodała.
- Will ma dziewiętnaście.
Mareline przeniosła wzrok z Daniela na plecy Willa, który szedł przed nimi.

***
Will

Uśmiechnął się lekko na słowa Marceline. Ale po chwili z twarzy Willa znikło zadowolenie. Do jego uszy doszedł znienawidzony głos wołający Mar.
- Przepraszam, że tak wyszło wczoraj. W ramach rekompensaty, chciałabyś pójść ze mną do Alfy? - zapytał Lordly niemal błagalnym tonem.
Will prychnął i trochę przyspieszył kroku. Korciło go aby podsłuchać więcej, by znów zaciągnąć Michelle do Ethana, by im przeszkodziła, by Marceline zniechęciła się do Lordliego.
Marceline miała być jego i koniec. Mimo to nie wsłuchał się w ich rozmowę.
Ale głos Mar i tak do niego doszedł :
- Oczywiście.
Will nawet nie odwracając się wiedział, że uśmiecha się do Ethana miłym, niewinnym uśmiechem... Tak jak powinna uśmiechać się do niego...

***

Worek treningowy bujał sie coraz mocniej z każdym ciosem Willa. Ktoś (Daniel) powinien mu go trzymać, ale jego mentor gdzieś zniknął.
Nagle worek zatrzymał się, a zza niego wyłoniła się głowa Nicka.
- Kto wkurzył bezuczuciowego Williama Evel'a? = zapytał przyjaciel (tak przyjaźnił się z Nickiem) z głupim uśmiechem. Gdy Will nie odpowiedział jego uśmiech sie powiększył.
- Czyżby Lordly zaprosił piękną Marceline na druga randkę, po tym jak pierwszą im spaprałeś?
- Cicho. - syknął i głową wskazał na Mar, która pod okiem Daniela (który magicznie wrócił jak przestał mu być potrzebny) bawiła się małą kulką ognia. Jej perlisty śmiech rozbrzmiewał echem w całej sali.
- Czyli zgadłem - powiedział zadowolony, a potem dodał z roziskrzonymi oczami : - Wiesz, że czasem mam prorocze sny? Albo ukazujące czyjąś tajemnicę?
- Yhym...
- To słuchaj tego.

***

Will wpatrywał się w przyjaciela z buzią rozdziawioną ze zdziwienia.
- Serio? Ja? - zapytał z niedowierzaniem - Nie wierze, że nie ona. - wskazał kciukiem na Marceline.
- Y-y - Nick pokręcił głową jak dziecko - Ty
- Ktoś jeszcze wie? - Will uśmiechnął się złowieszczo.
- Verę i Mar zamierzam powiadomić. - odparł tonem policjanta.
- Może na razie zatrzymaj to dla siebie.
Nick również się uśmiechnął
- Znam ten uśmiech. Knujesz coś.

- A jak.
_________________
Oto siódmy rozdział!
Nareszcie go przepisałam! Calusieńki napisany w zeszycie. Ale w końcu przepisany. Byłby wcześniej, ale lenistwo zwyciężyło. Przepraszam.
Mam nadzieję, że się podoba. 
I Przepraszam za wszelkie błędy. 
Nie zanudzam 
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!