piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział VIII

Stała w łazience susząc włosy po ich umyciu dziwnie czerwonym szamponem. Zerknęła w swoje odbicie i suszarka wypadła jej z ręki.
Dłonie i skóra przy włosach miały dziwny różowy kolor, a włosy były ognistoczerwone.
Zza rzędu pryszniców wyłoniła się Michelle.
- Pięknie. Długo nie zejdzie - powiedziała z dumą. Podeszła bliżej Marceline - To za umawiane się z Ethanem - szepnęła i wyszła.
Marceline znów spojrzała na swoje odbicie. Michelle ma rację. Łatwo się to nie zmyje.
Co ona jej zrobiła? Za co Michelle dolała jej farby do szamponu?
Wzięła głęboki wdech. Spokój, nakazała sobie. Spokój. Ale w jej głowie i tak uformował się obraz blondynki oblanej wodą. A po Hacjendzie rozniósł się straszliwy pisk. Mimo łez w oczach Marceline zachichotała. Schowała włosy pod ręcznik i wyszła z łazienki. Szybko prześlizgnęła się do pokoju.
- Ile mo... - zaczęła Veronica, ale przerwała, gdy ręcznik zsuną się z włosów Marceline - Co ci się stało?!
- Michelle. - odpowiedziała, siadając na łóżku.
- Okay. Spróbujmy to zmyć. Lub chociaż przyciemnić...

O dziewiętnastej ktoś zapukał do drzwi.
Włosy Marcelin były w miarę przyzwoitym stanie - miały barwę ciemnej czerwieni. Nic więcej nie udało im się zrobić.
Veronica podeszła do drzwi, ale nie zdążyła ich otworzyć, gdy do ich pokoju wpadła wściekła Michelle.
- Ty... - warknęła wskazując na Mar - Oblałaś mnie... Zapłacisz za to!
Marceline i Veronica wpatrywały się w nią z osłupieniem. Vera otrząsnęła się pierwsza.
- Serioooo? Jeszcze woda?
Michelle nie zwracając na nią uwagi kontynuowała:
- Skończysz marnie, Marceline. Umawianie się z MOIM - wskazała na siebie - Ethanem to jedno, ale oblewanie mnie wodą to przesada. I zniszczyłaś mi nowe buty! Pożałujesz. - Wysyczała i wybiegła.
Siostry spojrzały na siebie zdziwione. Veronica wzruszyła ramionami. Poczekały jeszcze chwilę na Ethana, ale chłopak się nie zjawił. W końcu podjęły decyzję o pójściu na bilarda. Vera pierwsza wyszła z pokoju, a Marceline w rogu pokoju ujrzała jakiś cień. Po chwili poczuła jakby jakaś ręka sięgnęła w głąb jej ciała szukając serca. Potrząsnęła głową, odganiając dziwne wrażenie i szybko ruszyła za siostrą.

***
Will

- Na gacie Zeusa, jak ty to robisz?! - krzyknął Nick po tym jak Will wbił piątą bilę z rzędu.
- Nie wzywaj gaci ojca mego na daremno - odgryzł się - I się zamknij.
Nick udał, że zamyka usta na kłódkę i wyrzuca kluczyk gdzieś za siebie. Will w tym czasie ustawił kij i pochylił się nad stołem by lepiej wymierzyć. W momencie, kiedy miał pchnąć kij Nick powiedział:
- Nie żeby coś, ale Marceline przyszła. Lordly się chyba nie zjawił... - posłał przyjacielowi znaczące spojrzenie.
Kij Willa uderzył bilę zbyt mocno tak, że wypadła zza stołu, a on sam gwałtownie się wyprostował od razu kierując wzrok ku wejściu.
Syn Apollina wybuchnął śmiechem i oparł o stół bilardowy by się nie przewrócić i zacząć tarzać po podłodze, co zresztą mu się nie udało, bo Will uderzył chłopaka w tył głowy posyłając go na podłogę, na której ten zaczął się tarzać i jeszcze bardziej śmiać.
Jednak drzwi wejściowe otworzyły się, a w nich stanęły Veronica i Marceline, która z ciemnoczerwonymi włosami wyglądała prawie jak bogini ognia.
Nick widząc jego wzrok po krótkiej przerwie od śmiechu, znów śmiał się jeszcze bardziej, czym zwrócił na siebie uwagę dziewczyn. Will schylił się po białą bilę posyłając Marceline zachęcające spojrzenie, do którego dodał również łobuzerski uśmiech. Wstał i rzucił bilą w nadal śmiejącego się Nicka. On złapał ją kilka milimetrów przed twarzą.
- Spadaj sobie do wulkanu! - krzyknął z miną Golluma z "Władcy Pierścieni".
Will odsunął się od stołu przewracając oczami i dał Nickowi pole do manewru.
Veronica spiorunowała ich wzrokiem i pociągnęła Marceline do stołu najdalszego ich.
- Biedaczysko - cmoknął Nick - Piękna Marceline do ciebie nie przyszła.
- Zamknij się już. - warknął Will i wrócili do gry.

***

Lekko zawiało, a temperatura spadła o kilka stopni. Chłopacy spojrzeli na siebie lekko zdziwieni. Wrzesień w tym roku jest trochę chłodniejszy niż normalnie, ale w budynku powinno być o wiele cieplej niż jest teraz. Za oknami błysnęło i w jednej chwili spadł deszcz. Lampy zamrugały i po sali rozniósł się krzyk.
- Veronica!!! - wrzasnął Nick i pobiegł do przyjaciółki. Will popędził za nim.
Światła zgasły i rozległ się złowrogi szept, delikatnie znajomym głosem:
- Nareszcie...
Dobiegli do córki Hekate. Marceline stała kawałek dalej w długiej, czarnej, połyskującej sukni. Kiedy się odwróciła jej oczy zaszły czernią, zasłaniając nawet białka.
Will cofnął się o krok, a Mar (o ile to była ona) zbliżyła się do niego.
- Synalek Zeusa... - podniosła lekko jego brodę wskazującym palcem z długim ostrym paznokciem - Ładniutki. Dziękuję ci za rozproszenie uwagi tej dziewczynki.
- Kim... jesteś..? - warknął z trudem. Palec kobiety wbijał mu się boleśnie w podbródek.
Zaśmiała się. Niby głosem Marceline, ale takim obcym. Odsunęła się od Willa i podniosła rękę. Przez okna wpadły nieznane mu potwory i zaczęły rozwalać wszystko w zasięgu wzroku. Łącznie z uczniami. Jeden z człekokształtnych monstrów wziął młodszego chłopaka, który razem z kolegami zerwał się do ucieczki i rozszarpał go na pół. Salę zalały krzyki i uczniowie, którzy próbowali się ratować. Willowi ucieczka nie mogła się udać, gdyż obok niego stała Marceline, a przy niej "strażnik" w postaci największego z potworów. Nick zabrał oszołomioną Veronice i po chwili w pomieszczeniu został tylko Will i Marceline, która śmiała się w niebogłosy. Potwory wciąż burzyły wszystko, a dorośli nie nadciągali z pomocą. Will sięgnął ręką do pasa, ale nie odnalazł broni. Westchnieniem irytacji powstrzymał odruch uderzenia się dłonią w czoło. Zawsze, ZAWSZE, miał przy sobie, chociaż krótki sztylet, albo nawet nóż do masła!, tylko dzisiaj, kiedy to szkoła została zaatakowana nie miał przy sobie broni.
- Cholera - szepnął i zaryzykował ucieczkę. Ale w ostatnim momencie, kiedy już prawie uciekł drogę zastąpiła mu Marceline, Piękna Marceline, która muchy by nie skrzywdziła, która na treningach obwiniała się, o to, że mu coś zrobiła, gdy poleciała mu chociaż malutka kropelka krwi. I to nie z jej winy.
Stała teraz przed nim w ciemnej sukni, z czarnymi oczami, gotowa wymordować całą ludzkość.
- Ty Williamie, słodki Williamie, zostajesz. Przyłącz się do mnie! Służ Wielkiej Pani Nocy! Obal ze mną bogów! Zniszcz świat! Zostań władcą świata u mego boku!
Will cudem powstrzymał się od prychnięcia. Kimkolwiek była ta kobieta, przydałaby jej się dłuuuga wizyta u psychologa.
Od odpowiedzi uwolniły go... wstęgi srebra? Błyszczące, srebrne nici oplotły błyskawicznie wszystkie potwory po chwili zamieniając je w pył. Po chwili maki dopadły też Marceline, skrępowały jej kostki i nadgarstki i powoli sunęły wyżej, zostawiając na jej bladej skórze czerwone pręgi jak od poparzeń. Sekundę później rozbłysło światło i wyłoniła się z niego ciemnowłosa kobieta ubrana w delikatny, cieniutki srebrny chiton. Ale w jej ubraniu nie było nic wyzywającego, czy nieprzyzwoitego. Prezentowała się dostojnie, pięknie i sprawiała wrażenie potężnej.
Marceline zamarła z krzykiem na ustach.
- Selene. - syknęła.
- Wiem jak mam na imię. Zostaw moją córkę!
Marceline była córką Selene?! przeszło Willowi przez myśl.
- Ona nie jest twoją córką! Gdy ja tworzyli nie zostałyśmy zaproszone! Tylko Wielka Dwunastka, Hades i Hestia byli zaproszeni! Nas, pomniejszych bogów, mieli gdzieś! Nie brałaś udziału w jej narodzinach! - krzyknęła Srebrne nici wciąż coraz bardziej raniły jej ciało, lecz ona nie krzyczała.
- Robisz jej krzywdę. - wyrwało się Willowi.
Selene spojrzała na niego, jakby właśnie uświadomiła sobie jego obecność.
- Nie mojej córce. - powiedziała i oczy jej rozbłysły. Gwałtownie odwróciła się do przeciwniczki i posłała w jej stronę setki srebrnych macek. Powietrze przeszył krzyk bólu Marceline. Nagle spowiło ją światło, Selene w jednej chwili zniknęła. Kilka sekund później z kokonu blasku na podłogę osunęła się omdlała Marceline.
Podbiegł do niej i w ostatnim momencie uchronił od upadku. Ułożył ją sobie na kolanach i szepnął jej imię odgarniając jej kilka kosmyków z twarzy. Lecz jego szept został zagłuszony przez krzyk Lordliego, który wpadł do pomieszczenia, krzyczącego to samo imię.
Chłopak odepchnął Willa, zwalając Marceline z jego kolan, tak, że spadła na podłogę.
Will wstał i odszedł od pary, ledwo powstrzymując się od rzucenia w Lordliego czymś ciężkim.

Ale przypomniał sobie słowa Nicka.

"Możesz się oszukiwać, Lordly, ale ja i tak znam twój brudny sekret" pomyślał i wyszedł, trzaskając drzwiami. 
________________________
Oto ósmy rozdział!
Nareszcie!!! Przepraszam, że tak długo nie było, ale miałam próby kółka teatralnego i jak o ósmej szłam do szkoły to o osiemnastej z niej wracałam, a po tym jakoś weny i ochoty nie ma.
Ale mamy wakacje! Nareszcie (co niestety dla niektórych oznacza rozstanie z klasą :( )! Jak tam u Was zakończenie roku?
Mam nadzieję, że rozdział się podoba :) i przepraszam za błędy.
Rozdział dedykuję Spite. Dzięki Tobie znalazłam motywację na skończenie tego rozdziału i przepisanie go.
I teraz... Ogłoszenia parafialne!
Po pierwsze : jak pewnie da się zauważyć zmieniłam nieco kolorystykę i czcionkę :) Ale mam nadzieję, że się Wam zmiany podobają :)
Po drugie : w ramach rekompensaty może dodam kilka faktów o sobie? Chyba, że moja osoba Was nie interesuje :) Tyle ile będzie komentarzy tyle faktów :)
Po trzecie : już od razu na początek wakacji Laciata wyjeżdża. Pierwszego lipca lecę sobie na wakacje i nie będzie mnie dwa tygodnie. Może do wtorku uda mi się coś napisać, ale wątpię. 
Nie zanudzam i mam nadzieję, że ktoś to przeczytał, choć i tak wiem, że nikt :/
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!


P.S O ile ktoś tu jest. Wiem, że czasem się nie chce komentować, bo sama tak mam, ale proszę. Nawet króciutki komentarz doda mi weny. Chociaż jedno słowo :)

P.S 2 Chciałam jeszcze podziękować pewnej osobie z mojej (teraz już byłej) klasy. "Spadaj sobie do wulkanu" jest dzięki Tobie i dla Ciebie.  I tak tego nie przeczytasz

niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział VII

- Ten idiota ruszał mój szkicownik?! - wrzasnęła Veronica po tym jak Marceline wytłumaczyła jej czemu szkicownik leżał na stoliku nocnym, a nie w szufladzie biurka, gdzie jego miejsce, i czemu ubrania w szafie są porozwalane.
- Przepraszam - wyszeptała Marceline spuszczając głowę.
- Dobra... nie ważne. Chwilaaa... Ile ty już tutaj jesteś?
Marceline zastanowiła się chwilę.
- Około dziesięciu dni. - odpowiedziała w końcu.
- A gadasz po angielsku jakbyś tu była dziesięć lat. Jak?! - Veronica usiadła a obrotowym krześle przy biurku.
- Hmm... - zastanowiła się. Siostra miała rację. Cały czas bez problemu mówiła po angielsku. Wszyscy w jej otoczeniu używali tego języka, więc i ona go sobie przyswoiła.
- Tak po prostu? - odpowiedziała sobie Veronica.
- Chyba. - Marceline wzruszyła ramionami.
- Oddaj mi swój talent do nauki. - jęknęła, odchylając głowę do tyłu. Nagle zamarła i gwałtownie wyprostowała głowę - Ty powiedziałaś, że Lordly zaprosił cię do Iris?! Na którą?!  Nie cierpię go, ale twoja pierwsza randka to historyczne wydarzenie! - powiedziała podekscytowana Veronica.
Marceline znów zawstydzona spuściła głowę i wybąkała coś, że Ethan miał po nią przyjść.
- Okay. Trzeba cię przygotować - podjęła i podeszła do szafy, wyciągając trzy sukienki - Przebieraj się i zobaczymy w której ci najładniej.

***
Ethan

Stanął przed drzwiami pokoju Marceline. Przejechał ręką po włosach, by bardziej je zmierzwić.
- Okay... - szepnął do siebie i wziął głęboki wdech.
Zapukał do drzwi, przybierając szelmowski uśmiech. Zza framugi wysunęła się głowa Veronici, a jego zadowolenie poszło się bujać...
- Czekaj, Lordly.  Dziesięć minut. Trzeba było podać konkretną godzinę, a nie... - trzasnęła drzwiami, ale po chwili pojawiła się znowu - Nadal cię nie lubię.
Westchnął z irytacją i oparł się o ścianę.
- Lordly? - usłyszał kpiący głos za sobą.
Ręce zaczęły mu drżeć z wściekłości. Udał, że go nie słyszy. Nikt mu nie zepsuje randki z Marceline. Nawet  William Evel.
- Oh... - westchnął z udawanym przejęciem - Dziewczyna cię wystawiła?
- Chciałbyś być na moim miejscu - warknął nie mogąc się powstrzymać.
- Dlatego nazywam cię zwierzęciem - szepnął do siebie, poczym spojrzał na numerek drzwi przed którymi stali - Marceline? Powodzenia. Po rozmowie z tobą rano przybiegła do mnie przerażona. Potem spadła z Sybil. Ma słodkie usta... - oblizał wargi z aroganckim uśmiechem.
Ethan nie wytrzymał. Uderzył Evela z lewego sierpowego i podniósł go za kołniez koszuli. Po jego brodzie pociekła delikatna stróżka krwi. Niestety efekt psuło to, że Ethan był niższy od niego i Evel opierał się na palcach.
- Coś ty powiedział?!
Kpiący uśmiech nie zszedł z jego ust.
- Że Marceline ma słodkie usta.
Dużo osób już mówiło Ethanowi, że jako syn Aresa nie potrafi pohamować gniewu, ale nigdy jeszcze złość nie pochłonęła go tak bardzo. Nawet gdy Evel przymilał się do Marceline przy bilardzie. Wtedy był wściekły ale nie aż tak jak teraz. Nie słyszał nic oprócz szumu krwi w uszach. Nie widział nic oprócz Evela, który właśnie miał polecieć na ścianę, ale przez barierę gniewu przebił się łagodny głos :
- Ethan?
Marceline stała przed drzwiami swojego pokoju, jak zawsze piękna, i patrzyła na niego zdziwiona.
- Wpadłeś... - wyszeptał bezgłośnie Evel z rozbawionym błyskiem w oku.
Ethan odepchnął go jak wnerwiającego dzieciaka (co z tego, że William był od niego starszy?)
Evel bez problemu wylądował na dwóch nogach i rzucając mu rozbawione, a Marceline mówiące "Zostaw tego idiotę" spojrzenie, odszedł z cichym śmiechem.
- Co... co sie stało? - zapytała cicho, podchodząc do Ethana.
Ponownie przeczesał ręką włosy.
- Nie ważne... Idziemy? - podał jej ramię, a ona je przyjęła lekko zarumieniona.

***

Ethan otworzył przed Marceline drzwi do kawiarni, wpuszczając ją do środka. Uśmiechnęła się do niego uroczo. Uwielbiał jej uśmiech. Żadna dziewczyna nie ma takiego pięknego uśmiechu.
Usiedli przy stoliku najbardziej ukrytym przed spojrzeniami innych. Jego stoliku. Zawsze siadał tu z dziewczynami.
Sięgnął po menu, chociaż i tak wiedział co weźmie. Marceline błądziła wzrokiem po karcie dań z lekko zagubionym wyrazem twarzy. Odłożył swoje menu.
- Pomóc ci? - zapytał i pochylił się do niej delikatnie.
Pokręciła głową, rozrzucając brązowoczerwone włosy na ramionach.
- Nie... ja tylko... - zaczęła nieśmiało - Nie znam żadnych z tych rzeczy. Kawa, herbata tak, sernik, szarlotka brzmią znajomo, ale reszta...
- Nie znasz - dokończył. Marceline pokiwała głową - Pozwolisz, że ja ci coś wybiorę?
Znów kiwnęła. To jej najczęstszy gest. Niestety rzadko się odzywała. Bardzo lubił brzmienie jej głosu.
Podniósł rękę i pstryknął palcami. Po chwili podeszła do nich Erika - kelnerka obsługująca ten stolik.
- Co podać? - zapytała uprzejmym tonem, dziwnie uśmiechając się do Ethana.
- Mrożoną kawę, razy dwa, i duży deser truskawkowy.
Erika kiwała głową i notowała zamówienie, poczym odeszła.
- A ty? - odezwała się Marceline.
Ethan zaśmiał się pod nosem.
- Deser na spółkę, jeśli ci to nie przeszkadza.
Pokiwała głową uroczo zarumieniona.

Czekali na zamówienie około dziesięć minut. Rozmawiali na różne tematy, a Ethan mógł się nią zachwycać do woli. Marceline jest najpiękniejsza dziewczyną jaka w życiu widział.
- Oto państwa zamówienie - Erika położyła duży puchar lodów pomiędzy nimi i dwie wysokie szklanki z mrożoną kawa obok każdego z nich. Ethan kiwnął głową w podziękowaniu.
Po tym jak kelnerka odeszła Marceline sięgnęła po truskawkę i włożyła ją do słodkich ust.
- Mmmmm... - westchnęła i wzięła do ręki łyżeczkę i nabrała na nią trochę lodów.
- Cieszę się, że ci smakuje. - powiedział biorąc łyk kawy. Zimny, lekko gorzki smak rozszedł się po jego gardle.
Marceline z wesołą miną dziecka wcinała lody, więc Ethan dołączył do niej. Przed kilka minut jedli w 'delikatnie' niezręcznej ciszy.
- Nic ci się nie stało? - przerwał milczenie, nie mogąc go już więcej znieść.
Dziewczyna spojrzała na niego trochę zdziwiona.
- Słyszałem, że spadłaś z Sybil. - wyjaśnił.
Jej policzki przybrały odcień prześlicznego różu i całą jej nieśmiałość, która wcześniej zniknęła, wróciła.  Marceline spuściła głowę prawie niezauważalnie nią kiwając.
- A Evel? - wymsknęło mu się.
Jak na zawołanie zabrzęczał dzwonek na drzwiach i do środka weszła para. Blond dziewczyna z orzechowymi oczami trzymała pod ramię wysokiego bruneta.
Serce Ethana zabiło szybciej. Wściekłość zalała jego ciało. Jak on śmie tu przychodzić?! I to jeszcze z Michelle. Każdy w Hacjendzie wie, że Michelle Manuke podoba się Ethan. Evel wiedział, że przychodzi tu dziś z Marceline. Jego wróg zerknął na niego rozbawiony. Michelle podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem i zobaczyła Ethana. Podbiegła do niego i wepchnęła mu się na kolana.
- Ethan, skarbie! Co ty tu robisz?! - pisnęła mu do ucha. Skrzywił się i próbował zdjąć jej ręce ze swojego karku, ale na marne.
Marceline odwróciła wzrok, a w kawiarni lekko zawiało.
- Nie przyszłaś tu przypadkiem z Evelem? - zapytał, próbując ukryć zirytowanie.
Blondynka wzruszyła ramionami.
- A kogo on obchodzi? Ważne, że ty tu jesteś!
Zamknął oczy
Wdech
i wydech.
Otworzył oczy
Lekki powiew znów się ponowił.
Jego wzrok wylądował na Evel'u, który zamówił dwie szklanki whiskey.
- Patrz, Evel zamówił dla ciebie whiskey.
- Chcesz? - nie czekając na odpowiedź Ethana pobiegła do Williama i wyrwała mu szklankę, którą już przyłożył do ust. Jak na blondynkę przystało nie pomyślała o tym w wziąć nienaruszoną, stojącą obok.
Wróciła do Ethana i podała mu trunek. Odepchnął go ręką, ale ona przyłożyła mu szklankę do ust. Nie chcąc się oblać pociągnął kilka łyków.
Fuj... Evel... Jego usta dotykały tej szklanki.
Krew w jego żyłach przyspieszyła z wściekłości.
Evel uśmiechał się do niego bezczelnie znad szklani whiskey.
Michelle odłożyła szklankę i pocałunkiem zlizała resztki bursztynowego płynu z jego ust.
Rozległ się huk.
Szyby rozsypały się na kawałki.
Michelle poleciała na drugi koniec pomieszczenia.
A Marceline stała wstrząśnięta.
O...Ona to zrobiła?
Kiedy oprzytomniała i wybiegła z kawiarni do Ethana podszedł Evel.
- Dlatego właśnie, Lordly, nie umawiasz się z dziewczynami, którym okazałem chociaż cień zainteresowania.
I wyszedł z Iris, a chwile później rozległ się dźwięk odjeżdżającego motoru.

Ethan z wściekłością i szybciej bijącym sercem uderzył w stolik, robiąc w nim dziurę na wylot.
Nienawidził tego szybszego rytmu, tych oczu, które nawiedzały go w snach i na jawie i tego, że chciał niemożliwego. Nie z jego charakterem.

***
Marceline

- Panuje nad ogniem, rozmawia z końmi, błyskawicznie się uczy, posługuje się każdą bronią z precyzją najlepszych wojowników, jest jedną z najpiękniejszych dziewczyn w szkole, ma uzdolnienia artystyczne... To nie jest normalne! A teraz mi mówisz, że jeszcze nad powietrzem ma władze! - Marceline usłyszała krzyki Daniela, stojąc przed drzwiami ich gabinetu. Mężczyzna rzadko tracił panowanie nad sobą, ale jak juz krzyczał pół Hacjendy mogło go usłyszeć.
- Tak. I nie radzę tak krzyczeć. - odezwał się spokojnie Will - Marceline, wejdź. Nie ładnie tak podsłuchiwać.
Ze spuszczoną głową otworzyła drzwi, opuszkami palców muskając dziurkę od klucza. Rozległo się cicho kliknięcie, a ona weszła do środka.
Daniel patrzył na nią lekko osłupiały.
- Były zamknięte.
- Wiedziałem - powiedział Will, podciągając się na kanapie.
Spojrzała na nich zdziwiona.
- Zamknąłem drzwi od wewnątrz. Nie powinnaś móc tu wejść. - wytłumaczył Daniel. Jego czasami przerażający spokój powrócił.
- Ale weszłam, czyli... - szepnęła cicho Marceline.
- Otworzyłaś zamek. Bez klucza. Teoretycznie się włamałaś. Jak Hermesiątko.  - podsunął Will.
- Hermesiątko? - zapytała z cichym śmiechem.
- No tak. - zaczął tłumaczyć - Dziecko Hermesa - Hermesiątko. Nie którzy tak mówią. Hermesiątko Hadesiątko, Zeusiątko... Chyba ten blondyn od Apollina z którym się przyjaźnisz to wymyślił i się przyjęło. - wzruszył ramionami.
- Hermes, Posejdon, Zeus, Atena, Apollo, Ares, Afrodyta, Hefajstos - ni z tego ni z owego zaczął wymieniać Daniel. Gdy pozostała dwójka spojrzała na niego z zdziwieniem - Tych bogów masz cechy, Marceline. A jesteś córką Hekate. Ale może to przez to...
- Przez wszystkich obdarzona... - wyrecytował śpiewnie Will.
- Ale Ciemna Kobieta nazwała mnie córką Selene.
- Może przejdziemy do lekcji? Nic z tego nie wyniknie. - zaproponował w końcu Will. - Co jak co, ale Romea i Julię to ja chcę omawiać.
Daniel z westchnieniem przeszedł do lekcji.
Marceline coraz szybciej doganiała Willa w materiale, chociaż zaczynała prawie od zera, w między czasie okazało się, że jednak coś tam umie. Głównie znała się na zielarstwie i przyrodzie.
Ile ja mam w ogóle lat? - zadała sobie pytanie. To samo usłyszał Daniel, gdy szli do stołówki.
- Pewnie około siedemnastu. Tak jak Veronica, czy Nick. - odpowiedział.
- Albo Will... - dodała.
- Will ma dziewiętnaście.
Mareline przeniosła wzrok z Daniela na plecy Willa, który szedł przed nimi.

***
Will

Uśmiechnął się lekko na słowa Marceline. Ale po chwili z twarzy Willa znikło zadowolenie. Do jego uszy doszedł znienawidzony głos wołający Mar.
- Przepraszam, że tak wyszło wczoraj. W ramach rekompensaty, chciałabyś pójść ze mną do Alfy? - zapytał Lordly niemal błagalnym tonem.
Will prychnął i trochę przyspieszył kroku. Korciło go aby podsłuchać więcej, by znów zaciągnąć Michelle do Ethana, by im przeszkodziła, by Marceline zniechęciła się do Lordliego.
Marceline miała być jego i koniec. Mimo to nie wsłuchał się w ich rozmowę.
Ale głos Mar i tak do niego doszedł :
- Oczywiście.
Will nawet nie odwracając się wiedział, że uśmiecha się do Ethana miłym, niewinnym uśmiechem... Tak jak powinna uśmiechać się do niego...

***

Worek treningowy bujał sie coraz mocniej z każdym ciosem Willa. Ktoś (Daniel) powinien mu go trzymać, ale jego mentor gdzieś zniknął.
Nagle worek zatrzymał się, a zza niego wyłoniła się głowa Nicka.
- Kto wkurzył bezuczuciowego Williama Evel'a? = zapytał przyjaciel (tak przyjaźnił się z Nickiem) z głupim uśmiechem. Gdy Will nie odpowiedział jego uśmiech sie powiększył.
- Czyżby Lordly zaprosił piękną Marceline na druga randkę, po tym jak pierwszą im spaprałeś?
- Cicho. - syknął i głową wskazał na Mar, która pod okiem Daniela (który magicznie wrócił jak przestał mu być potrzebny) bawiła się małą kulką ognia. Jej perlisty śmiech rozbrzmiewał echem w całej sali.
- Czyli zgadłem - powiedział zadowolony, a potem dodał z roziskrzonymi oczami : - Wiesz, że czasem mam prorocze sny? Albo ukazujące czyjąś tajemnicę?
- Yhym...
- To słuchaj tego.

***

Will wpatrywał się w przyjaciela z buzią rozdziawioną ze zdziwienia.
- Serio? Ja? - zapytał z niedowierzaniem - Nie wierze, że nie ona. - wskazał kciukiem na Marceline.
- Y-y - Nick pokręcił głową jak dziecko - Ty
- Ktoś jeszcze wie? - Will uśmiechnął się złowieszczo.
- Verę i Mar zamierzam powiadomić. - odparł tonem policjanta.
- Może na razie zatrzymaj to dla siebie.
Nick również się uśmiechnął
- Znam ten uśmiech. Knujesz coś.

- A jak.
_________________
Oto siódmy rozdział!
Nareszcie go przepisałam! Calusieńki napisany w zeszycie. Ale w końcu przepisany. Byłby wcześniej, ale lenistwo zwyciężyło. Przepraszam.
Mam nadzieję, że się podoba. 
I Przepraszam za wszelkie błędy. 
Nie zanudzam 
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

sobota, 24 maja 2014

Rozdział VI

Rano Marceline wyszła z pokoju z lekturą od Daniela w ręku przyciśniętą do piersi. Stanęła przed drzwiami do sali z nazwiskiem Daniela Winsora i pociągnęła za klamkę, ale drzwi się nie ruszyły.
- Po prostu wiedziałem... - usłyszała za sobą szept. Z piskiem przerażenia odskoczyła.
- Will!
- Słucham? - zapytał z łobuzerskim uśmiechem. Po chwili uśmiech zszedł z jego ust - Miałem ci powiedzieć, że spotykamy się w stajni, ale, wiesz, coś mi umknęło - spojrzał na nią znaczącym wzrokiem, pod którego presją Marceline spuściła głowę, czując, że płoną jej policzki. - Chodź, włożysz książkę do gabinetu. - machnął dłonią i wyciągnął z kieszeni spodni klucz. Otworzył nim drzwi gestem ręki, jak książę z bajek jakie czytała ostatnio, zapraszając ja do środka. Wślizgnęła się zgarbiona z głową w ramionach do pokoju i odłożyła książkę na półkę.
- A i radziłbym ci polecieć do pokoju i się przebrać. W sukienkach nie jeździ się wygodnie.
Wtedy spojrzała na jego strój. Ciemne spodnie, lekko przylegające do ciała i koszula z podwiniętym rękawem.
Przeniosła wzrok na swoją sukienkę. Nie jeździła nigdy konno, ale wiedziała, że będzie jej w tym nie wygodnie.
- Ech... Chodź, a nie się gapisz. Veronica na pewno ci załatwiła jakieś spodnie. Jak nie to coś zabierzesz. Proste.
Na pewno nie jesteś synem Hermesa? spytała się w myślach, ale nie odważyła się tego powiedzieć. Pociągnął ją za rękę w stronę skrzydła żeńskiego.
- Hekate... Tu Afrodyta. O Julie ma niezamknięte drzwi. Ciekawe na kogo czeka... Hefajstos. Błe...  Iris. Za dużo tęczy. O, Hekate - gadał do siebie. Otworzył drzwi kluczem wyjętym jej z ręki. Wepchnął Marceline do środka i zaczął przetrząsać szuflady w szafach. W końcu rzucił w jej stronę ciemne wąskie spodnie i delikatną jasnobrzoskwiniową koszulę. Wskazał na parawan. Oblana rumieńcem spuściła głowę.
- Nie będę podglądał spokojnie. - powiedział przewracając oczami - Aż taki okropny nie jestem.
Odwrócił się i zasłonił dłonią oczy. Marceline pośpiesznie weszła za parawan. Chwilę siłowała się z zamkiem ale w końcu szybko i trochę niezdarnie zdjęła sukienkę i naciągnęła spodnie. Włożyła ręce w rękawy koszuli i ją zapięła. Wyszła zza parawanu i zastała Willa siedzącego na jej łóżku z szkicownikiem Veronici w rękach. Podniósł na nią wzrok. Odłożył szkicownik na stolik nocny i wstał.
- Czemu oglądałeś jej rysunki? - zapytała cicho. Chciała wypowiedzieć te słowa stanowczo z pretensją, ale nie potrafiła.
- Nudziłem się. - wzruszył ramionami.

Resztę drogi pokonali w ciszy. Daniel czekał na nich, jak zawsze ubrany w garnitur, oparty o wejście do stajni. Gdy zobaczył Marceline i Willa odepchnął sie od framugi i zaczął iść przed nimi prowadząc ich do siodlarni. Weszli do pomieszczenia, gdzie unosił się zapach skóry. Will głęboko wciągnął powietrze i z lekkim uśmiechem na twarzy wziął skórzane siodło i ogłowie. Wyszedł z siodlarni zostawiając ją samą, ale po chwili pojawił się znowu i wziął drugi zestaw. Kiwnął na nią głową, nakazując wyjście. Poszła za nim. Mijała boksy, a w nich konie różnych ras i maści. Na drzwiach każdego boksu była tabliczka z imieniem konia, datą jego urodzin i imionami rodziców.
Kątem oka zabaczyła, że siodło i ogłowie, które Will wziął wcześniej wisiały przerzucone przed drzwi do boksu dumnego, czarnego konia krwi angielskiej. Koń widząc jej spojrzenie prychnął i stuknął kopytem o siano.
- Pff! Myślałem, że dziewczyna Willa będzie umiała chociaż ogłowie założyć -usłyszała jakiś głos, ale nie wiedziała, kto był jego właścicielem.
- A tu takie chuchro - zawtórował mu inny.
- Ona nawet Sybil nie okiełzna.  - warknął jeszcze inny, poczym zaczął się śmiać. Kilkanaście kolejnych głosów dołączyło go niego.
Zatkała uszy i pobiegła do Willa. Akurat wieszał ogłowie przy boksie i wchodził z siodłem do środka. Nie zwróciła uwagi na konia. Widziała tylko, że był biały. Złapała Willa za rękę i spojrzała na niego błagalnie.
- Ucisz ich... Ucisz... - powtarzała coraz głośniej i głośniej.
- Nawet nie wie kim jesteśmy. - zaśmiał się jeden z głosów.
- To ona nas słyszy?!  - zdziwił się inny, przerywając salwę śmiechu.
-  Nie, ośle, tylko udaje, że słyszy jakieś głosy. - umilkł na chwilę - Jasne, że słyszy!
- Nie jestem osłem! -  zaprotestował.
-  Cicho! - syknął pierwszy z głosów jakie usłyszała -  Prince, Sun, nie kłócić się! Chcę się jeszcze pobawić tym, że nie wie co się dzieje"
- Oh! Wszyscy przestańcie! - jęknął damski głos - W szczególności ty, Damon! Dziewczyna przez was płacze!
Rzeczywiście. Marceline przytulała się do ramienia Willa i płakała, mocząc mu koszulę łzami. Chłopak zdawał się nie mieć nic przeciwko temu, by się do niego przytulała, ale nie wiedział co się dzieje. O jakich głosach mówiła Marceline? On nic nie słyszał.
- Sybil! Niszczysz zabawę! - odezwał się po chwili głos nazwany Damonem. Rozpoczął kłótnię. Głosy rozbrzmiewały w jej głowie jak burza.
Sybil?
Odsuneła się od Willa i spojrzała na tabliczkę z imieniem konia w którego boksie stali.
Wielkimi, ozdobnymi literami było napisane Sybil.
Sybil jest koniem...? Rozejrzała się po innych tabliczkach. Prince, Sun... Damon - przy boksie z siodłem i ogłowiem. Koń na którym będzie jeździł Will. Ale... Ale czemu ona je słyszała?
- Cicho... Proszę...  - bezsilna zsunęła się po drzwiach boksu Sybil - Proszę, uciszcie się... - zwróciła wzrok na konia Willa.
- Wow! Patrzcie! Błaga nas. - głos Damona wybił się nad pozostałe. Kłótnia ucichła - Taka mała, słaba... Nic mi nie zrobisz. Szczeniaka być nie okiełznała. A co dopiero konia czystej krwi angielskiej!
Jej spojrzenie skierowane na karego konia stało się błagalne.
William pochwycił jej wzrok.
- Ty... Ty ich słyszysz? - spytał z niedowierzaniem - Tylko dzieci Posejdona to potrafią.
Pokiwała głową.
- Daniel, do cholery! - wrzasnął. Konie automatycznie ucichły. Donośny głos chłopaka roznosił się po stajni. Z drugiego końca rzędów boksów wyszedł ich mentor otrzepując ręce i mankiety po szczotkowaniu konia. Najwyraźniej ich nie słyszał.
- Nie wiem jakim cudem, ale ona je słyszy. Siodło chyba jej założysz. - zwrócił się do Marceline wskazując na Sybil - Muszę się Damonem zająć.
I z tymi oto słowami przeszedł do boksu naprzeciwko.

Po półgodzinie konie były już gotowe do jazdy. Zostało tylko je osiodłać.
Daniel poszedł porozmawiać z dyrektorem Grizzedlem na temat tego, że Marceline słyszy rozmowy koni.
Damon na szczęście już się nie odzywał. Czasami słyszała jeszcze inne konie, ale tylko urywki, bo udało jej się ignorować te dźwięki.
Po wyczesaniu białej, błyszczącej grzywy Sybil, odłożyła szczotkę do koszyka i wzięła ogłowie z haczyka przy boksie i znów weszła do środka.
- Dasz radę? - usłyszała za sobą lekko kpiący głos. Will stał trzymając wodze Damona. Koń stał za nim i niecierpliwie stukał kopytem o beton.
-  Jasne, że nie. Nie bądź śmieszny. -  prychnął ogier. Will nie zareagował.
Marceline spuściła głowę i spróbowała zdjąć klaczy kantar. Will westchnął i zaprowadził Damona do boksu. Wziął siodło dla Sybil i zarzucił je na grzbiet klaczy. Jej udało się zdjąć kantar.
Klacz cały czas sałą cierpliwie i wyrozumiale, jakby wiedziała, że Marceline robi to po raz pierwszy.
Uniosła rękę z ogłowiem, zastanawiając się jak to założyć. Zerknęła na Damona po czym przełożyła pasek potyliczny przez uszy klaczy najdelikatniej jak mogła. Ułożyła wszystkie paski tak jak należało i zapięła paski policzkowe i nachrapnik na pysku klaczy.
- Te za mocno - szepnął Will tuż przy jej uchu. Odpiął paski policzkowe nadal stojąc bardzo blisko. Zacisnął dłoń w pięść i włożył ją między podgardle konia, a paski złapał pod nią
- Teraz zapnij. - nakazał cicho.
Wzięła paski policzkowe i, starając się unikać dotyku jego dłoni, zapięła. Will rozluźnił pięść i wyjął ją spod pasków.
- Tak to się robi. Inaczej jest za ciasno. Rozumiesz? - zapytał, stojąc juz w przyzwoitej odległości.
Pokiwała głową. Will wszedł z boksu Sybil i wyprowadził Damona ze stajni. Marceline poszła w jego ślady trzymając ogłowie za wodze.
Wprowadzili konie na wybieg i Will zaczął majstrować przy siodle. Gdy skończył i zobaczył, że Marceline nic nie robi podszedł do nich (zostawiając Damona samego) i zrobił coś z siodłem Sybil.
- Daniel powinien ci to tłumaczyć.
Jak na zawołanie Daniel wyszedł ze stajni prowadząc dużego konia wielkopolskiego. (Ras, maści, budowy konia, siodła i ogłowia akurat się nauczyła) Dołączył do nich na wybiegu i zręcznym ruchem wsiadł na konia. Will tak samo. Patrząc na ich ruchy włożyła lewą nogę w strzemię, jedną ręką złapała przedni łęk, a drugą tylni. Odbiła się prawą nogą od ziemi i szybko przerzuciła ją na drugą stronę.
- Oj to będzie ciekawy pokaz... Będzie się z czego śmiać.  - zadrwił Damon
- Damon! - skarciła go Sybil.
Konie prychały na siebie przez chwilę, a Marceline przyglądała się im z zaciekawianiem. Will na Damonie podjechał blisko niej i szepnął :
- Udają, że się nie cierpią. Na prawdę... hm... łączy ich coś więcej. Peter mi powiedział.
Cmoknął na Damona i koń poderwał się kłusem do przodu.
Mimo, że Marceline nigdy w życiu nie siedziała na koniu, doskonale wiedziała co robić. Delikatnie poruszyła biodrami do przodu nakazując klaczy, by się ruszyła. Nie mocno, ale stanowczo piętami ścisnęła jej boki. Cmoknęła i ponowiła ruch biodrami, tylko z większą siłą, chcąc zakłusować.
Usłyszała gwizd z dołu i spojrzała na Ethana opartego o płot, ale po chwili musiał się odsunąć, bo Will na Damonie przejechał bardzo blisko, galopem kurząc na wszystkie strony. Ethan odskoczył krztusząc się. Will pojechał dalej z triumfalnym uśmiechem na twarzy.
- Lordly, nie dołączysz?! - zapytał z drugiego końca wybiegu kpiącym głosem.
Syn Aresa prychnął, a Marceline spróbowała podjechać bliżej chłopaka, ale Sybil zaparła się kopytami i nie chciała iść dalej.
- Zwierzęta mnie nie lubią - skrzywił się Ethan.
- Oh... - szepnęła Marceline wycofując klacz.
- Biedny, Lordly... Własny gatunek cię nie kocha.  - powiedział z udawanym przejęciem Will.
- Jaka matka taki syn... Jak to się sprawdza w twoim przypadku... Ale, Marceline... - przybrał szelmowski ton - Chciałabyś tego wieczoru pójść ze mną do Iris?
Zarumieniona spuściła głowę. Czy Ethan naprawdę przed chwilą zaprosił ją do ulubionej kawiarni uczniów Hacjendy?
- Radzę się nie zgadzać. - szepnął Will jak zawsze pewnym siebie głosem, ale w jego oczach coś się zmieniło na wspomnienie o matce - On cię jeszcze zgwałci czy coś.
- Możemy pogadać bez niego?! - poddał się syn Aresa.
Zerknęła na Daniela. Galopował na wybiegu obok. Spojrzał na nią i lekko skinął głową.
Will odjechał dalej już nie zwracając uwagi na Marceline i Ethana. Dziewczyna zeszła z Sybil. Tylko nie mogła jej zostawić bez opieki... A w okolicy nie było nikogo kto by jej przypilnował.
- Poczekam. Ale się pospiesz. - powiedziała klacz.
Marceline schyliła głowę w podziękowaniu i pobiegła do Ethana. Odeszli kawałek, tak by Will nie mógłby im przeszkodzić.
- Więc się zgadzasz? - zapytał z nadzieją w ciemnoczekoladowych oczach.
Kiwnęła głową. Will przecież żartował. Nic jej nie groziło z Ethanem.
Chłopak uśmiechnął się zadowolony.
Z wybiegu dobiegło ich ciche rżenie.
- Wiesz... - zaczęła cicho - Muszę wracać...
- Dobrze. - skłonił się sięgając po jej dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek - Przyjdę po ciebie.
Dygnęła lekko z nieśmiałym uśmiechem.  Już miała zabrać rękę, gdy Ethan przyciągnął ją do siebie, przyciskając swoje usta do jej.
Nie wiedziała co robić, ale po chwili instynkt podpowiedział jak ma się zachować. Oddała pocałunek powtarzając po nim ruchy warg, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Dreszcze rozeszły jej się po całym ciele. Oczy zamknęły jej się automatycznie, a ręce powędrowały na jego kark.
Sybil znów zarżała.

Marceline odskoczyła od Ethana i ukłoniła się przepraszająco poczym pobiegła na wybieg, wciąż czując na ustach słodko-gorzki smak warg Ethana.
Z biegu wskoczyła na Sybil i popędziła ją od razu do galopu. Klacz przestraszyła się takich gwałtownych ruchów, zarżała ze strachu i stanęła dęba.
Marceline pisnęła, spadając i przywołała ogień. Co było głupie, w końcu ogień tylko niszczy, prawda? Nie mógł jej w żaden sposób pomóc.

I ten nikomu nie potrzebny ogień rozprzestrzenił się dalej niż Marcelie chciała. Po kilkunastu sekundach do jej uszu dobiegły krzyki osób znajdujących się w Hacjendzie.

***
Kilka dni później...

Jechała juz kilka godzin. Tępo wpatrywała sie w krajobraz za oknem. W jej uszach grała muzyka. Poruszała ustami, jakby śpiewała, ale z jej gardła nie wydobywał się żaden dźwięk.
Udało jej się wkraść do jakiegoś autobusu, który zabierał jakąś wycieczkę z hotelu w którym spędziła tę noc. Nie wiedziała, gdzie jadą. Ważne by jak najdalej od Hacjendy.
Hacjenda...
Ogień...
Ogień, który spalił całą Hacjendę.
I to ona go wywołała. Ona sprawiła, że cała Hacjenda stanęła w ogniu, a każdy kto był w środku i okolicach spłonął razem z nią. To wszystko jej wina.
Autobus zatrzymał się gwałtownie, przerywając falę wspomnień. Poleciała na oparcie siedzenia przed nią. Rozległy się krzyki kobiet. Ktoś coś zawołał z zewnątrz, ale nie zrozumiała słów.
Otworzyły się drzwi i do środka wszedł wysoki, czarnowłosy mężczyzna. Napad? I tak nie miała przy sobie nic wartościowego. Tylko koszulę i spodnie, w których jeździła w dzień pożaru, tanią MP3 i słuchawki, kupione już po wyjeździe i szczotkę do włosów. Ostatnie pieniądze wydała na pokój w hotelu.
Napastnik sprawdzał wszystkie kobiety w autobusie. Przestała zwracać na nich uwagę. Jak będzie coś robić znowu coś spali. A nie chciała juz używać ognia. Do czegokolwiek.
W pewnej chwili ktoś szarpnął ją za ramię i poderwał w górę. Spojrzała prosto w niebieskie oczy Williama Evela.
- Zostaw mnie! - pisnęła, próbując się wyrwać. MP3 wraz ze słuchawkami upadły na podłogę. Will schylił się po nie i włożył do kieszeni dżinsów.
 Prychnął i pociągnął ją w stronę wyjścia. Nikt nie reagował na to, że jakiś facet siłą wyciąga szarpiącą się, bezbronna dziewczynę. Patrzyli na Willa z przerażeniem. Czarne roztrzepane włosy, płonące z zawziętości oczy, zaciśnięta szczęka, Wyglądał jak wojownik na polu bitwy, który zabijał bez przeszkód w obronie tego na czym mu zależało. I nim był.
Wyciągnął ją z autobusu, pozwalając przerażonym ludziom jechać dalej.
Stanęli na poboczu drogi. Will wyglądał jakby miał ją uderzyć i była pewna, że zaraz poczuje piekący ból po uderzeniu. Podszedł bliżej i objął. Po chwili odsunął trochę i ustami przywarł do jej.
Nigdy nie całowała Willa, bo niby czemu? Całowała tylko Ethana...
Było zupełnie inaczej niż z synem Aresa... Odważyła się nawet powiedzieć, że lepiej. Ale Ethan...
Jego imię rozbrzmiało w jej głowie jak dzwon.
Veronica - kolejny dzwon w głowie
Nick - jeszcze jeden
Jeremy - dzwon nadal nie ucichnął
Daniel - dzwon nadal bije
Oni wszyscy jak i setni innych osób zginęło w pożarze, który ona wywołała. Will jest jedynym ocalałym.
Pokręciła głową a z jej oczu popłynęły łzy i mimo woli przytuliła się do Willa. Jedynej znajomej osoby z jaką spotkała się w ciągu ostatnich dni... Chłopak wziął ją na ręce, ucałował w czoło i zaczął gdzieś iść. Ukołysana rytmem jego kroków i jego zapachem Marceline zasnęła...
____________________
KA BUM!!! (Rico style xD)
Dobra... niestety ale to raczej koniec. Wena powoli odpuszcza, a w głowie ciągle siedzi mi coś innego, a kac książkowy, który odzywa się coraz częściej nie daje mi pisać. Nie wiem jak pociągnąć dalej tą historię mimo, że jeszcze parę dni temu miałam genialny pomysł. No cóż... Tak to jest. Przykro mi, że kończę już po 6 rozdziałach. Bez wyjaśnienia skąd Mar na takie moce, co będzie z Willem i Ethanem, kim są Jasna i Ciemna Kobieta. Niestety, ale widzimy się tu raczej ostatni raz. Chyba, że Apollo będzie taki dobry i odda mi wenę. 
No jak...
Więc Po raz ostatni 
Nie zanudzam
Laciata <3
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Dobra żartuję xD Oto ciąg dalszy :

***
Podniosła się z krzykiem przerażenia i rozejrzała dookoła.

Była na wybiegu. Will siedział obok niej, a Damon i Sybil skubali trawę kilkanaście metrów dalej.
- Księżniczka się obudziła? - zakpił Will wstając i otrzepując spodnie - To wracamy do jazdy. Zostało nam tylko 10 minut.
Marceline jeszcze raz się rozejrzała szukając wzrokiem spalonych ruin Hacjendy. Widząc ją Will dodał :
- Spaliłaś tylko kawałek trawy.
Wstała i oblizała usta... czując na nich smak mięty...
Pocałunek Willa. To też był sen? Hacjenda nie spłonęła, więc i to też musiał być sen. Ale był taki realistyczny.
Uniosła rękę do ust, a Will uśmiechnął się asymetrycznie.
- Po tym jak spadłaś z Sybil straciłaś przytomność i nie oddychałaś. Jedyne co mogłem zrobić to usta-usta.
Wsiadł na Damona, a ona, cała czerwona, na Sybil.
- Will czy Ethan? - zapytał Damon, ale Marceline nie była pewna  czy pytanie było skierowane do niej, czy do Sybil.
Tak czy siak nie zamierzała odpowiadać. Przecież nie całowała Willa. On ją... nie wiedziała jak określić sposób w jaki jej pomógł. Ale we śnie... ten pocałunek był...
- Will - odpowiedziała Sybil.


Tyle, że Marceline nie wiedziała czy się z nią zgadza...
__________________
Oto szósty rozdział. 
Wybaczcie mi to poprzednie wtrącenie, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać. :D
Jest to chyba najdłuższy rozdział jaki kiedykolwiek napisałam.  :)
I pomyślałam, że może następny rozdział zabierałby perspektywę i Willa i Ethana? Co Wy na to?
Mam nadzieję, że się Wam podoba 
I oczywiście przepraszam za błędy :)
Nie po raz ostatni
Nie zanudzam 
Laciata <3

Jeśli czytasz to skomentuj!!!

niedziela, 11 maja 2014

Rozdział V

- Marceline!

Potrząsnęła głową wybudzając się. Will siedział na jej łóżku, a kartka na kolanach była spalona.
- Co... Co się stało? - szepnęła. Znowu nie zapanowała nad ogniem?
- Nic oprócz tego, że sfajczyłaś sobie pościel i nawet ładny rysunek. Szczerze mówiąc dałbym cię do Hefajstosa gdyby nie to, że jesteś śliczna. Dzieci Hefajstosa nie są ładne... - zaczął gadać do siebie. Zignorowała go i wstała z łóżka. Pościel była w kilku miejscach nadpalona. Poderwała się z miejsca i stanęła na środku pokoju, rozglądając się. Nic nie płonęło. Ani nie wyglądało na spalone. Wszystko było nienaruszone.

Musi porozmawiać to tym z Danielem. Ale czemu myślała, że cały pokój płonął? Widziała to wyraźnie. Wszystko stanęło w ogniu.

 Will wstał i zaczął do niej iść dziwnym posuwistym krokiem. Jego spodnie zaczęły się zmieniać w czarną, błyszczącą spódnicę, koszula w gorset. Czarne włosy się wydłużyły i obtoczyła go mgła. Oczy zmieniły kolor na czarny... całe zaszły czernią. Rysy twarzy zmieniły sie na kobiece, a jasna skóra przybrała ciemniejszy odcień. Ciemna Kobieta ze snu... Wszystkie meble zaczęły płonąć... Pokój był połączeniem pomarańczowych płomieni i ciemności emanującej od kobiety.
- Dobrze ci idzie, Marceline... Niedługo spalisz całą tą obskurną budę. Najlepiej ze wszystkimi tu obecnymi. - powiedziała ręką przesuwając po płomieniach jakby były najdelikatniejszymi rzeczami na ziemi i były bardzo bliskie jej sercu.
- Nie lubię ognia. Mimo, że niszczy. Jest ciepły... Ale ten... Masz talent, Marceline. Co do tego daru to Hefajstos się postarał. Ciekawa jestem dalszych efektów...
O czym ta kobieta mówi? Dar? Z czym Hefajstos się postarał?
- Och... - westchnęła z udawanym przejęciem i skierowała swoje czarne oczy na Marceline - Czyli nie wiesz? To nie będę ci psuć zabawy. A i radzę ci się trzymać z dala od tego syna Zeusa. Jego ojciec nie jest raczej zadowolony. Dobra widzę, że moja córka skończyła swoje zadanie... Żegnaj Marceline, córko Selene.
- Sel... - zaczęła, ale bogini już zniknęła, a płomienie razem z nią.
Stała i patrzyła się na miejsce gdzie zniknęła kobieta. Nadal ktoś tam stał. Tylko, że to był Will. W palcach obracał różę, z wazonu Veronici.

- Już się ocknęłaś? - zapytał odkładając kwiat. Kiedy pokiwała głową dodał : - To idziemy do dyrektora.
Podszedł do niej i złapał za rękę. Bez słowa zaczął ją ciągnąć.
- Uwierz mam wiele innych ciekawszych rzeczy do roboty niż targanie cię do Grizzeld'a, więc się pospiesz. - szarpnął ją.
Weszli do gabinetu dyrektora.
- Williamie! Nie ciągnij jej! - zawołał na wstępie dyrektor - Co się stało, moja droga?
Opowiedziała mu o ogniu i o Ciemniej kobiecie. I o tym, że nazwała ja córką Selene.
- Selene nie miała dzieci, ale...
- Ale był mit o kobiecie nazywanej córką Selene, przez to, że została umieszczona jako gwiazdozbiór. - dokończył Will - Bogowie się zebrali i stworzyli kobietę według nich idealną. Każdy obdarzył ją jakąś mocą.
Ale nie mówił tego jakby to była szkolna formułka. Mówił to z jadem i sarkazmem. Jakby to wszystko przed chwilą wymyślił.
- Właśnie. Rose, moja droga, możesz pójść do biblioteki i poszukać w dziale mitów książki, w której mógłby się znaleźć podobny mit? - poprosił nimfę-sekretarkę. Ta skłoniła się i wyleciała z gabinetu. - Na razie was odprawię. Jak cos znajdziemy to przyślę kogoś po ciebie, Marceline.

Wyszli z gabinetu. Will bez pożegnania pobiegł gdzieś. Z westchnieniem ruszyła w stronę pokoju. W drzwiach od razu powitała ją siostra.
- Mar, gdzie ty byłaś?!
- U dyrektora... - powiedziała i powtórzyła jej historię z halucynacją.
- No to mamy problem... Ruszałaś mój szkicownik? - spytała Veronica siadając na biurku - Był tu jakiś chłopak? Męskimi perfumami mi jedzie... - pomachała sobie dłonią przed nosem.
- Will tu był... - szepnęła cicho. Fakt, że Will do niej przyszedł był co najmniej zawstydzający. Oczywiście musiała ze szczegółami opowiedzieć siostrze po co tu był.
- Nie wieżę, że to mówię, ale... Droga Marceline... - zacięła sie na chwilę - jakaś tam, nazwisko nie ważne, muszę ci przekazać bardzo ważną wiadomość, bo byś się sama chyba nie domyśliła, ale... Wielki Ethan Lordly i Arcypodły... ekhem - chrząknęła - Arcypopularny i rozchwytywany William Evel się w tobie zabujali.
Marceline patrzyła się na nią jakby właśnie jej oznajmiła, że Hefajstos jest przystojny i Afrodyta go kocha.
- No może z Willem przesadziłam, ale Ethan na pewno. To wiiiiidać - przeciągnęła i zerknęła na zegarek. - Ups już osiemnasta. Jeremy będzie chciał mnie zabrać na wycieczkę do Tartaru jak znów się spóźnię. Lecę. - pobiegła do drzwi. W progu jeszcze się cofnęła. -  Aaaaa... Miałam ci załatwić telefon. Leży w szufladzie w stoliku nocnym.

Marceline westchnęła. Wcale nie prosiła się o telefon. To Nick i Veronica się uparli. Sięgnęła po kartkę i ołówek. Zaczęła rysować.
Veronica wróciła po jakiś dwóch godzinach.
Po długich rozmowach w końcu obie poszły spać.

Stoję w nieznanym mi pomieszczeniu, ale nie jestem tu sama. Przy łożu z baldachimem siedzi kobieta. Ma długie, proste, czarne włosy. Nie widzę jej twarzy. Jest ubrana w połyskujący na srebrno chiton. Jej blade, smukłe ramiona wstrząsa szloch. Płacze. Na łożu leży mężczyzna. Przystojny mężczyzna. Kobieta trzyma w rękach jego bezwładna dłoń, na którą spadają jej łzy.
- Czemu...? Nie mogę nikomu powiedzieć o niej. Zeus mnie strąci do Tartaru jak się dowie, że ją uwolniłam - powtarza - Tylko tobie mogę się zwierzyć, ukochany...  Oh, czemu Zeus musiał cię uśpić? Czemu podobała ci się Hera? Nawet Helios nie może się dowiedzieć...
O czym ona mówi?
Kobieta podnosi głowę i ją rozpoznaję. Jasna Kobieta z mojego snu.
Postępuję krok do przodu. Mój obcas stuka o podłogę przyciągając jej uwagę.
Kobieta odwraca się do mnie. Mimo płaczu nie ma zaczerwienionych oczu. Ma tylko mokre policzki. Wpatruje się we mnie z zdziwieniem i... przerażeniem. Podrywa się z łóżka.
- Co tu robisz?! Jeszcze ktoś tu wejdzie. Ty nie powinnaś chodzić po ziemi. A tym bardziej po Olimpie! Jeszcze jakiś bóg cię zobaczy! - krzyczy odganiając mnie rękoma.
Cofam się lekko przestraszona.
- Ech... Przepraszam. Hekate pewno i tak niedługo zauważy... Dziwne, że Zeus i Ares jeszcze nie zauważyli. Zeus. Ares jest zbyt... hm...? niepojęty. W końcu syn Zeusa ciągle sie przy tobie kręci. Oby nie zauważył... Słuchaj, Marceline. Postaraj się opanować swoje moce. Jeśli stracisz nad nimi panowanie... - przerywa - Będzie źle. Opanuj je. Ten syn Ateny powinien ci pomóc. Ale ten syn Aresa... - wzdycha i ponosi oczy w górę ku sufitowi na którym wymalowane są gwiazdy - Czemu nikt nie pomyślał o charakterze... Dobra musisz stąd znikać.

Obraz zaczyna się rozmywać.

- Czekaj! Powiedz mi kim...

Blask światła. A potem ciemność


- Jesteś... - dokończyła gwałtownie się podnosząc na łóżku. Na szczęście nie obudziła Veronici. Znów przyłożyła głowę do poduszki, mimo, że wiedziała, że długo będzie się wpatrywać w ścianę nim zaśnie.
______________
Oto piąty rozdział.
Okay jest Will Transwestyta (jak to pięknie określiła Luna xD), jest Jasna Kobieta, jest Ciemna Kobieta to rozdział też jest.
Mam małe wrażenie, że ten rozdział jest dziwny i taki z lekka nijaki, ale mam nadzieję, że się Wam podoba i przepraszam za wszelkie błędy.
Nie zanudzam
Laciata <3
Jeśli cztasz to skomentuj!!!

niedziela, 4 maja 2014

Rozdział IV

Minęło kilka dni. Angielski szedł Marceline coraz lepiej. Tak samo inne przedmioty. Will jakoś pohamował swoje... zachowanie. Ethan nadal się do niej, jak to określiła Veronica, zalecał. Koszmar o Jasnej i Ciemnej kobiecie nadal ją nawiedzał. 

Chwilę temu skończyła trening z Danielem. Will poszedł do aqua-parku. Marceline skierowała się do pokoju, ale w drzwiach zderzyła się z Veronicą, ubraną w strój kąpielowy. 
- Przepraszam - szepnęła ustępując siostrze miejsca.
- Oo... Właśnie cię szukałam. Idziemy na basen. Wybierasz się z nami.
Już chciała zaprzeczyć, ale ona dodała :
- To nie było pytanie.
Marceline westchnęła i weszła do pokoju wymijając przyjaciółkę. Wygrzebała z szuflady w szafie strój kąpielowy i trzymając go w ręku poszła za parawan.

Kiedy już się przebrała, poszły z siostrą do aqua-parku. Wiele osób się chlapało w średniogłębokim basenie, kilku nurkowało, lub robiło sobie zawody w wstrzymywaniu oddechu w najgłębszym. Do zjeżdżalni ciągnęły się kolejki.  Przy barku czekał na nich Nick i Jeremy. Kątem oka Marceline zauważyła jeszcze Ethana jak wychodził z basenu. Kropelki wody błyszczały na jego ramionach, klatce piersiowej, która była bardzo dokładnie wyrzeźbiona, nic nie było za bardzo umięśnione. Odgarnął włosy z twarzy i zauważył Marceline, która teraz sobie uświadomiła, że jednak na niego nie zerka, tylko otwarcie się na niego gapi. Mimo to nie odwróciła wzroku.
- Mar? Halo... - wyrwał ją z zagapienia głos Nicka.
- Mar? - spytała jednocześnie z Veronicą.
- Bo Marceline jest za długie. Mar jest krótsze! - usprawiedliwił się. Dziewczyna z westchnieniem znów spojrzała na Ethana. Stał na krawędzi basenu szukając czegoś wzrokiem. Za nim podkradał się jakiś chłopak. Był niski, chudy, a na nosie miał okulary w grubych, kwadratowych pastelowo błękitnych oprawkach. Jasne włosy opadały mu na kark. Jego mina świadczyła, że bał się to zrobić, ale i tak wepchnął syna Aresa do wody tak, że kropelki wody spadły też na Marceline.
- Czyli to albo Lordly jest tak gruby, że woda poleciała na nas, albo Ollie taki silny... - zasugerował Nick opierając się jednym łokciem o blat.

Zignorowała go i znów spojrzała na Ethana. Lubiła na niego patrzeć. Już nie pierwszy raz przyłapała się na tym, że się mu przygląda. Chłopak wciągnął Olliego do basenu i przytrzymał pod wodą trochę za długo by to mogła być zabawa. W końcu puścił chłopaka. Ten zwiał jak szybko mógł. Dołączył do grupki dzieciaków w jego wieku. Zakręcił butelką i grupa kontynuowała zabawę. Ethan położył się na plecach na wodzie z westchnieniem irytacji. Podpłynęła do niego ta dziewczyna która kilka dni temu zaczepiła ja jak szła do pokoju. Uśmiechała się do niego zalotnie i jeździła palcem po jego ramionach i klatce piersiowej.

Zdenerwowana z niewiadomych przyczyn odwróciła głowę. Wściekłość była... gorąca. Zrobiło jej się za ciepło mimo, że do pasa była zanurzona w chłodnej wodzie. Wzięła do ręki kubek gdzie miała nalany jakiś gazowany napój. Muszę się uspokoić... nakazała sobie. Spokój...
Ale nawet to nie pomagało. Nadal była zła. I nadal robiło jej się coraz cieplej. Jakby coś wrzało... Jak woda w czajniku pod wpływem ciepła.
- Eee... Mar... - zaczął nieśmiało Nick. Spojrzała na niego ze złością - Wiesz tak trochę się... hmm...? Gotujesz?

Rzeczywiście woda wokół niej wrzała. Odskoczyła z piskiem. Ale woda wrzała nadal, tylko że teraz na większym obszarze i nadal się rozrastało. Uczniowie powychodzili z basenu. Marceline też chciała ale nie mogła się ruszyć. Gorąca woda nie pozwoliła jej się ruszyć. Złość przeszła w mgnieniu oka, ale wody nie mogła powstrzymać. Wiedziała, że to jej sprawka, ale nie potrafiła tego opanować.
W pewnym momencie ktoś złapał ją i wyciągnął z wody. Posadził ją na kafelkach. Nogi miała całe poparzone.

- Z tobą to same problemy... - usłyszała za sobą. Stał tam oczywiście Will. Uśmiechnął się asymetrycznie, zmierzwił jej włosy i poszedł.
Podbiegł Ethan.
- Nic ci nie jest?
Pokręciła głową. Nie mówił nic tylko wziął ją na ręce i zaczął nieść w stronę części szkolnej, gdzie mieścił się gabinet pielęgniarki. Otworzył drzwi łopatką drzwi do pielęgniarki. Natalie - nimfa pielęgniarka w Hacjendzie spojrzała na nich dziwne.
- Wiesz, Ethan... Nie codziennie przychodzi do mnie chłopak z dziewczyną w stroju kąpielowym na rękach... Co się stało?
Marceline zaniemówiła. Nimfa miała rację. Ethan w samych spodenkach kąpielowych niósł ją na rękach. A ona miała na sobie tylko strój kąpielowy, więc była prawie naga.
- Dobra nie ważne... Posadź ją tu Ethan, bo widzę, że Księżniczka się nie odezwie. Trzeba obejrzeć te nogi...

Ethan posadził ja na leżance. Nimfa zaczęła opatrywać jej nogi. Nasmarowała najbardziej poparzone miejsca jakąś mazią, która lekko ukoiła ból i zabandażowała je. Gdy ból trochę przeminął, opatulona w ręcznik, wróciła do swojego pokoju.

Zdjąwszy strój i ubrała zwiewna miętową sukienkę w małe kwiaty z paskiem w tali i krótszym przodem spódnicy, a dłuższym tyłem. Z ciekawości podeszła do biurka Veronici. Wiedziała, że siostra lubi i potrafi rysować, ale nigdy nie widziała jej dzieł. Wzięła szkicownik do ręki i zaczęła przeglądać kartki. Niektóre rysunki przedstawiały Jeremiego, w różnych pozycjach i minach. Na kilku się śmiał. W ciągu tych kilku dni nie widziała, by się śmiał. Ale miała tylko kilka okazji by sie z nim widzieć. Nie zawsze spędzał z nimi czas wolny. Był jeden rysunek Nicka. Kilka martwej natury i kilkanaście krajobrazów. Były naprawdę piękne. Veronica niezaprzeczalnie miała talent.

Usłyszała skrzypienie drzwi i do pokoju ktoś wszedł.
- Nie ładnie dotykać nie swoich rzeczy. Nie wiedziałaś, Marceline?
- Will! - zawołała przestraszona. Odłożyła szkicownik siostry i odwróciła się, trzymając rękę na sercu.
- Tak? - zapytał z szelmowskim uśmiechem. Na jej policzki wpłynął rumieniec. Nie wiedziała czemu, ale ten chłopak ją... Jego uroda, zachowanie... Po prostu wprawiało ją w zakłopotanie.
- Co tu robisz? Nie wolno ci wchodzić do żeńskiej części. - powiedziała cicho i spuściła głowę.
- Może i nie wolno... Ale... Wiesz... Jak ja tego nie cierpię! - warknął sam do siebie - Chciałem... Cię... Wiesz...

Marceline odwróciła sie do biurka. Cokolwiek usiłuje jej powiedzieć jest pewno z przymusu. Nie trudziłby się by fatygować się do części żeńskiej, do niej. Wyrwała ze szkicownika niezarysowaną kartkę, a z szuflady wyjęła ołówek i gumkę do mazania. Chciała sama spróbować swoich sił w rysowaniu. Na lekcjach o sztuce jeszcze nie rysowała. Daniel powiedział, że na to przyjdzie czas. Nie usiadła przy biurku tylko wzięła jedną z książek z twardą okładką z biblioteczki stojącej prawie obok Willa, ale w tej chwili jakoś o nim zapomniała. Usiadła na swoim łóżku i ostrożnie zgięła nogi kładąc na nich książkę. Układając kartkę zaczęła rysować.
- Marceline... - głos Willa oderwał ją od zafascynowania rysowaniem. Polubiła ta czynność. Ruchy ołówka na kartce, chichy szmer jaki wydawał. Podniosła głowę. W jego głosie brzmiała skrucha, ale jego oczy wyrażały coś innego. Były rozpalone i jakby spragnione... Znów spuściła głowę na rysunek. Przedstawiał delikatną różę w szklanym wazonie pomiędzy kilkoma podwiędłymi narcyzami.

- Powiem to i będę miał z głowy... - westchnął - Bo dręczy mnie to od dawna! - dodał pospiesznie. Przerwał. W końcu po kilku sekundach dokończył - Przepraszam za moje zachowanie wtedy... No wiesz... Przy basenie... Te kilka dni temu.
Pokiwała szybko głową. Nie chciała sobie tego przypominać. Wtedy nie zapanowała nad mocami. Tak jak dziś...
- Dobrze... A teraz... możesz już... - nie chciała być niegrzeczna, ale nie chciała go już w tym pokoju. Nie powinien tu być.
- Tak, tak, tak... Chociaż nie często dziewczyny wyganiają mnie z pokoju. Zwykle chcą bym został... - ostatnie zdanie szepnął przy jej uchu. Nie wiedziała, kiedy się przy niej znalazł. To była chwila.
Musnął ustami jej policzek i wyszedł.
Znów zrobiło jej się gorąco. Bardzo. W uszach słyszała trzask... Ognia... Przed jej oczami stanęły płomienie. Kartka zajęła się ogniem. Wszystko zajęło się ogniem. Przed oczami widziała tylko jego języki.

- Marceline!!! - usłyszała jeszcze zanim ogień ogarnął wszystko zostawiając czerń przed jej oczami. 
________________
Oto jest czwarty rozdział.
Mam nadzieję, że się podoba.
Nie mogłam już się zdobyć na sprawdzenie go, więc przepraszam za wszelkie błędy :)
Nie zanudzam 
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

niedziela, 20 kwietnia 2014

Rozdział III

Obudziła się. Nadal brzęczały je w głowie słowa ze snu. Czy to o nią chodzi? Ale co może znaczyć Przez wszystkich obdarzona...?
Leżała na boku tępo wpatrując się w bladożółtą ścianę. Jej myśli skierowały się w stronę wczorajszej bójki Williama i Ethana. Szkoda, że nie rozumiała co mówili... Była ciekawa co wywołało taką złość syna Aresa. A może, tak jak jego ojciec, szukał najmniejszego pretekstu do bójki?
Nagle zrobiło jej się zimno. Veronica ściągnęła z niej kołdrę, krzycząc :
- Wstajemy!!!
Marceline przewróciła się na plecy i zasłoniła ręką oczy.
- Widzę, że w poprzednim życiu, czy czymś tam, byłaś strasznie leniwa. Wstawaj! - pociągnęła ją za rękę.
Wykonały poranne czynności w pustej łazience. Reszta dziewczyn mieszkających na tym korytarzu, albo jeszcze spała, albo juz była na śniadaniu. Ubrane zeszły do Części Rekreacyjnej i weszły do sali długiej na całą szerokość największej części Hacjendy. Przy stołach siedzieli nastolatki, dzieci, dorośli. Dorośli - mentorzy i dyrektor - siedzieli przy jednym stole w kącie jadalni tak, że mieli widok na całe pomieszczenie. Dzieci w przeróżnym wieku, od 5-latków do 12, siedziały przy stole obok. Przy pozostałych stołach siedzieli nastolatki - najliczniejsza grupa w Hacjendzie. Veronica pociągnęła ją w stronę stolika przy którym siedział blondyn mniej więcej wzrostu Marceline i wysoki chłopak o oliwkowej cerze, ciemnych, prawie czarnych oczach, i tego samego koloru włosach.
- Marceline! - usłyszała za sobą znajomy głos. Głos który był pierwszym dźwiękiem jaki usłyszała po obudzeniu
Odwróciła się. Przed nią stał Ethan. Veronica stanęła przed nią zasłaniając ją.
- A ty czego tu chcesz, Lordly? - warknęła. Użyła angielskiego, ale dzięki wczorajszej lekcji ją zrozumiała.
Ethan uniósł ręce w pojednawczym geście i odpowiedział jej po grecku :
- Spokojnie. Chcę zaprosić Marceline - położył nacisk na jej imię. - na śniadanie, żeby zjadła ze mną, a nie z twoimi... przyjaciółmi - na jego twarzy widoczne wymalował się wyraz obrzydzenia, gdy spojrzał nad ramieniem córki Hekate.
Veronica prychnęła i odciągnęła siostrę za rękę w stronę jej przyjaciela i chłopaka. Nick, blondyn, jak zawsze uśmiechał się głupio.
- A czego to wielki Ethan Lordly, najpotężniejszy facet w Hacjendzie, chciał od naszej drogiej Marceline?
Jeremy patrzył się na Veronicę, albo na okno za nią. Po brunecie nie było widać na czym skupia wzrok. Zwykle się nie odzywał i odpływał.

Śniadanie minęło spokojnie... Marceline do pokoju wracała sama. Veronica przed lekcją ze swoim mentorem chciała jeszcze pobyć trochę z Jeremym. Nick został i objadał się słodkościami. Kiedy szła przejściem pomiędzy częściami na jej drodze stanęła ciemnooka blondynka.
Marceline spróbowała ją wyminąć ze spuszczoną głową, ale dziewczyna znów zastąpiła jej drogę.
- Czego Ethan od ciebie chciał? - warknęła, zaplatając ręce na piersi.
Posłała dziewczynie zdziwione spojrzenie.
- Chciał ze mną zjeść śniadanie. - szepnęła nieśmiało. Czego ta dziewczyna od niej chciała? Nic nie zawiniła.
- Masz się trzymać od niego z daleka, rozumiesz? - blondynka wycelowała w nią palcem.
Marceline pokiwała głową. Dziewczyna z prychnięciem wyminęła ją potrącając ja za ramię. Marceline nie zdążyła złapać równowagi, ale w ostatniej chwili ktoś ją złapał. Ta osoba podniosła ją do pozycji stojącej i odeszła. Gdy się odwróciła zobaczyła plecy i tył głowy Willa.
- Will! - zawołała ale chłopak tylko podniósł rękę w geście pożegnania i zniknął za ścianą. Co robił w części żeńskiej?
Patrzyła za nim osłupiała. A potem uświadomiła sobie gdzie on idzie. Przecież za kilka minut mieli się spotkać z Danielem! Popędziła w stronę swojego pokoju. Wziąwszy książki z półki skierowała się do części szkolnej. Poszukała pokoju z nazwiskiem swojego mentora i weszła do środka. Na kanapie siedział Will. Nogi oparł na małym stoliku. Obok kanapy stała półka na książki, a prostopadle do niej biurko, a nad nim okno.
Daniela nie było.
- Spóźni się. Miał iść ci powiedzieć ale chyba zapomniał. - poinformował Will i wrócił do dotykania, grubego na pół centymetra, prostokątnego czegoś.
Pokiwała głową i usiadła na kanapie jak najdalej od niego.
- Will... - zaczęła cicho. Chłopak podniósł na nią wzrok, pytająco unosząc brwi - Co robiłeś... w żeńskiej części?
Chłopak uśmiechnął się łobuzersko i pochylił do niej. Był bardzo blisko.
- Na pewno chcesz wiedzieć?
Kiedy oblała się rumieńcem i opuściła głowę. Will zaśmiał się w wrócił do swojego zajęcia. Chciała zapytać co robi, bo ciekawość przedmiotu, którego dotykał, była ogromna, ale jednak powstrzymała się od tego. Bała się jego odpowiedzi i reakcji.
Po kilku minutach wszedł Daniel.
- Najpierw zajmiemy się angielskim. Williamie jak ci idzie czytanie Romea i Julii?
Chłopak uśmiechnął się łobuzersko.
- Bardzo dobrze.
Mentor pokiwał głową i zaczął coś mu tłumaczyć, a potem przeszedł do Marceline. Zaczął jej tłumaczyć podstawy angielskiego. Nie było to tak pogmatwane jak lekcja Veronici, wiec o wiele łatwiej było jej zrozumieć ten język. Poprzedniego dnia myślała, że bardzo długo zajmie jej nauka języka używanego w Hacjendzie, lecz teraz odkryła, że powinna się szybko go nauczyć. Daniel co jakiś czas przechodził do Williama, by coś mu zadać lub wytłumaczyć.
Po godzinie przeszli do matematyki. Po krótkiej przerwie, oczywiście. Daniel wyszedł na chwilę. Marceline w zamyśleniu stukała się ołówkiem po wardze.
Nagle poczuła ciężar po swojej prawej stronie.
- Dwadzieścia.
Spojrzała na Willa zdziwiona. Siedział tak blisko, że stykali sie nogami. Rękę oparł za nią bliżej lewej strony. Za plecami czuła jego ciepło, a na ramionach jego oddech. Dreszcz przebiegł jej po plecach, ale nie dała tego po sobie poznać
- Dla mnie to dziecinada. To dodajesz do tego, a to dzielisz przez to i masz dwadzieścia. - wytłumaczył jej. Pokiwała głową w podzięce.

Gdy na zegarze wybiła 13, Daniel odesłał ich na obiad. Wyszli z części szkolnej i idąc wzdłuż aqua-parku skierowali sie do wejścia na stołówkę.
Will rozejrzał się dookoła i kiedy nie zauważył nikogo pociągnął Marceline ze ramię i oparł ją o ścianę, a swoim ciałem zagrodził drogę ucieczki.
- Co robisz...? - zapytała cienkim głosikiem, gdy chłopak jeździł nosem po jej szyi i oddychał głęboko.
Nie odpowiedział jej tylko nadal kontynuował to co robił, lecz teraz momentami jego wargi dotykały jej skóry. Ręce nie opierały się o ścianę tylko oplotły jej talię. Will miał już przejść ustami wyżej, na jej wargi, ale w jednym momencie zalała ich woda, zerwał się wiatr, rozdzielił ich ogień. Syn Zeusa odskoczył od niej. Odgarnął obiema dłońmi mokre włosy z twarzy, po czym przeciągnął je po twarzy zgarniając wodę. Z łobuzerskim uśmiechem ściągnął przemoczoną koszulę i ją wycisnął. Przerzucił sobie materiał przez ramię i odszedł w stronę części męskiej.
Marceline nadal stała w miejscu trzęsąc się. Była cała mokra. Jej sukienka z przodu była zwęglona. Włosy, w mokrych strąkach rozwiane i poplątane.

W którymś momencie przed jej oczami stanął Ethan.

- Hej... Marceline? - spytał zmartwionym tonem
Kiedy nie odpowiedziała położył rękę na jej tali i chciał ją poprowadzić, lecz ona od razu mu się wyrwała. Niech nikt mnie teraz nie dotyka! pomyślała i dreszcze znów przeszły je po plechach.
Ethan stanowczo złapał ją za rękę i po prowadził w stronę części szkolnej. Przeszedłszy kilka korytarzy weszli do gabinetu dyrektora. Tam jedna z nimf opatuliła ją kocem i posadziła na kanapie.
Dyrektor zapytał się co się stało, ale nie była w stanie wykrztusić słowa.
Ethan zawiadomił Daniela o stanie Marceline. Reakcją Williama był dumny uśmiech.
Podczas jego nieobecności przebrała się w czystą i całą sukienkę.
Po jakiejś godzinie Merceline w końcu była w stanie mówić. Opowiedziała o tym co robił Will i o tym jak żywioły go odepchnęły i jak nie mogła ich opanować.
- Mocy swoich opanować nie może... - szepnął dyrektor.
- Co? - Ethan spojrzał na niego zdziwiony.
- Przepowiednia wygłoszona kilka dni temu. Prosze zawołaj tutaj Nicka, moja droga. - poprosił Grizzled. Nimfa pokiwała głową i po chwili wróciła z synem Apollina, którego poznała już wcześniej.
- Wygłoś nam proszę przepowiednię, Nicholasie, synu Apollina.
Nick westchnął. Jego oczy zaszły mgłą. A gdy przemówił, jego głos zdawał się oddalony i odbijał się echem, tworząc przerażający efekt.

Przez wszystkich obdarzona bez pamięci sie budzi
Mocy swoich opanować nie może
Lecz Hekate ją wspomoże
Bogini zła się trudzi
By ciemność w niej wybudzić

Oczy syna Apollina wróciły do normy. Chłopak padł zmęczony na kanapę obok Marceline.
- Dziękuję. Marceline... - zaczął dyrektor, lecz dziewczyna mu przerwała.
- Dyrektorze mogę wrócić na lekcję? Daniel pewnie i tak na mnie czeka.
Nie chciała tu zostać. Panowała tu teraz mroczna aura. Musiała stąd wyjść. Jak najszybciej. Mężczyzna pokiwał głową z westchnieniem. Wybiegła z gabinetu i ruszyła do sali treningowej, o której przed obiadem mówił jej mentor.

Trening minął dobrze nie licząc wrednych uwag Williama. Po kolacji w towarzystwie Veronici, Nicka i Jeremiego, poszła do pokoju i przebrawszy się w  koszulę nocną, którą załatwiła jej już siostra, położyła się spać

- Chodź do mnie... Pomórz mi... Potrzebuję cię! - słyszę szepty.
Przede mną stoi, a raczej unosi się kobieta. Ma dziwne oczy. Czarne, ale iskrzą się złowrogo. Spowija ją czarna mgła. Podchodzi coraz bliżej mnie. Wyciąga rękę w moją stronę. Paraliżuje mnie strach. Boję się tej kobiety. W momencie kiedy miała dotknąć mojej twarzy rozbrzmiewa krzyk :

- Zostaw moją córkę!!!

Ciemna kobieta odsuwa się i obie odwracamy się w stronę źródła dźwięku. Stoi tam kolejna kobieta. Ta jednak ma oczy koloru gwiazd. Są to dobre oczy, lecz w tej chwili przerażone. Długie czarne, a może granatowe włosy opadają na plecy i ramiona. Jej srebrna suknia powiewa. Powoli zaczyna ją otaczać mgła, ale nadal emanuje od niej siła.
Ciemna kobieta zaczyna śmiać się złowrogo. Z wrzaskiem wyciąga ręce w stronę Jasnej kobiety. Ta odwdzięcza się tym samym, tylko srebrnym promieniem.

Wtedy rozbłyska. Widzę tylko biel. A potem krzyczę...

Podniosła się gwałtownie na łóżku. W jej uszach nadal rozbrzmiewał krzyk.
- Ciii... - szepnęła uspokajająco Veronica, przytulając ją - To tylko koszmar.
Marceline pokiwała głową. Cała się trzęsła. Kim były te kobiety? Czy Jasna kobieta była jej matką? Hekate? Nazwała ją swoją córką... Będzie musiała to opowiedzieć siostrze.
- Powiesz mi co ci się śniło?
Pokiwała głową. Opowiedziała Veronice cały sen. Kiedy skończyła współlokatorka pokiwała głową.
- Wiesz, że będziesz musiała powiedzieć to dyrektorowi?

Niechętnie jej przytaknęła. W końcu po godzinie rozmów, by odwlec myśli Marceline od snu, obie poszły spać. Tym razem jej sny nawiedzał Will i Ethan.
_______________
Oto jest trzeci rozdział.
Nareszcie!!! Po dwóch tygodniach... No i tak pewno będzie z rozdziałami tutaj. :/
Rozdział dedykuję Spite, która pytała się o niego :)
Jak i dedykuję go Córce Zeusa. Jest dużo Willa cieszymy się xD
Mam nadzieję, że rozdział się podoba i przepraszam za wszelkie błędy, złe odmiany, interpunkcję czy powtórzenia :)
Nie zanudzam
Laciata <3

niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział II

Przeszli kilka korytarzy i znaleźli się w korytarzu z pomalowanymi na srebrno ścianami. Otworzył przed nią drzwi z numerkiem 221 i pożegnał się z nią, dając jej jakąś karteczkę z, niezrozumiałymi, dla niej, wzorami. Miała ją dać współlokatorce. Weszła do pokoju. Na łóżku siedziała ładna brunetka z dużymi niebieskimi oczami. Spojrzała na nią znad kartki, na której coś rysowała.
Podeszła do niej i podała jej karteczkę.
- Hej. Jesteś moją nową współlokatorką, tak? Nareszcie!!! - krzyknęła wznosząc oczy do nieba - Jestem Veronica.
- Marceline. - przedstawiła się.
Przez chwilę stała nie ruchomo w jednym miejscu.
- Czemu stoisz? Tu jest twoje łóżko - wskazała na puste posłanie - W ogóle co ty masz na sobie?
Dopiero teraz spojrzała na swój strój. Miała na sobie tradycyjny chiton grecki.
- Pokaż mi się. - podeszła do niej i okrążyła ją raz dokładnie się jej przyglądając. - Skąd ty to wytrzasnęłaś?
- Nie wiem. W tym się najwyraźniej obudziłam. - odparła Marceline nieśmiało spuszczając głowę.
- Obudziłaś się? I jak? Nic nie pamiętasz? - spytała ironicznie jej współlokatorka.
Nie chętnie pokiwała głową.
Veronica podniosła jej głowę za włosy.
- Serio? - zrobiła wielkie oczy - Wow... Trafiła mi się współlokatorka, która budzi się Hermes wie gdzie i na dodatek nic nie pamięta. Czyli nie masz żadnych ciuchów? - spytała.
Pokręciła głową.
Veronica podeszła do szafy i wyciągnęła z niej białą, delikatną sukienkę na ramiączkach.
- Na spotkanie z mentorem masz to... Później pójdziemy do szwalni i coś ci wykombinujemy. - powiedziała podając jej sukienkę. - Wiesz gdzie jest łazienka? Czy przebierasz się tu? Mogę wyjść.
Wtedy uwagę Marceline przykuł jakby płot zrobiony z drewna i ozdobionego papieru. Ręką wskazała na płotek.
- A no tak. - stuknęła się ręką w czoło - Zapomniałam o moim japońskim parawanie. Zbawienie nie wynalazek. Idź się przebierz. - popchnęła ją lekko w stronę parawanu.
Niepewnym krokiem podeszła do zasłony i stanęła za nią. Przed sobą miała ścianę ozdobioną w takie same wzory jak parawan. Niepewnym ruchem rozwiązała sznur oplatający jej talię, a potem rozpięła klamry, które trzymały materiał na jej ramionach. Sięgnęła po sukienkę i założyła ja przez głowę. Chwile jeszcze tak stała patrząc na sukienkę, poczym wyszła do Veronici.
- Wyglądasz pięknie!!! Jak ty to robisz? - oparła ręce na biodrach.
- Dziękuję... Ale wiesz... Ja nawet nie wiem jak wyglądam... - szepnęła spuszczając wzrok.
Siostra spojrzała na nią dziwnie, poczym stanęła za nią i zasłoniła jej oczy ręką. Poprowadziła ją parę kroków w lewo. Veronica zdjęła jej dłoń z oczy i Marceline w lustrze ujrzała wysoką, bladą dziewczynę ubraną w białą, zwiewną sukienkę na grubych ramiączkach i prostym dekoldzie. Jej brązowoczerwone włosy opadały pierścieniami na ramiona prawie tak białe jak sukienka. Bladozielone oczy patrzyły na nią. Różowe usta były lekko otwarte.
- To... jestem ja? - wyszeptała. Veronica energicznie pokiwała głową.
- Jesteś śliczna. Ale odpowiedz mi na jedno pytanie. Czemu mówisz po grecku a nie po angielsku? Ja ci tak cały czas po grecku odpowiadam, ale zastanawia mnie czemu?
Angielsku? Grecki to ten język którym mówi? Chyba tak...
- Dobra to powiem coś po angielsku, a ty mi powiesz czy rozumiesz, dobra?  Who is your mentor? - zapytała powoli akcentując każde słowo.  Czyli to był angielski? Ale i tak nic niezrozumiała.
Marceline pokręciła głową oznajmiając siostrze, że nie rozumie. Ona westchnęła i przeszła na, jak mówiła, grecki :
- Będzie cię trzeba nauczyć... Pytałam się kim jest twój mentor.
Zastanowiła się próbując przywołać w pamięci nazwisko swojego mentora. Dyrektor mówił, że będzie go dzielić z innym uczniem. W końcu przypomniała sobie imię.
- Daniel... - ale nie potrafiła skojarzyć nazwiska.
- Daniel Winsor? - pisnęła - Najprzystojniejszy mentor w całej Hacjendzie! I to jeszcze będziesz go dzielić z Williamem Evelem!!! Ty szczęściaro. A kiedy w ogóle masz spotkanie?
- Czternasta...? - powtórzyła to co mówił dyrektor.
Veronica spojrzała na coś prostokątnego stojącego na szafce.
- Trzynasta pięćdziesiąt pięć! - krzyknęła - Mamy pięć minut. Gdzie Daniel spotykał się z Willem... Dobra wiem! Chodź idziemy!
Pociągnęła Marceline za ręce i wyszły z pokoju. Veronica zamknęła drzwi od pokoju na klucz i ruszyła korytarzem. Szły teraz korytarzem z którego obu stron były okna. Widziała kilkanaścioro nastolatków bawiących się w aqua parku, a po drugiej stronie jakaś para przechadzała się po ogrodzie. Weszły do, jak myślała, Części Rekreacyjnej. Przeszły kilka korytarzy i weszły do pomieszczenia utrzymanego w ciemniejszych barwach takich jak bordowy czy mahoniowy. Po środku stało kilka stołów z ciemnego drewna. Blat miały przykryty zielonym materiałem. No i blat był lekko zapadnięty. W rogach i po środku rampy (?) były dziury. Na materiale było kilka kul w różnych kolorach, w tym jedna cała biała. Na rampie siedział ten brunet na którego wpadła idąc z Ethanem do ogrodu, William, i miał długi kij w ręce z białą końcówką lekko zabarwioną na niebiesko. Z wyrazem skupienia mierzył kijem, który trzymał za plecami, w białą kulę. Wyglądał tak samo perfekcyjnie jak wcześniej. Dwa metry od niego stał wysoki mężczyzna z lekkim zarostem. Miał w miarę szczupłą, podłużną twarz, ciemne oczy. Jego włosy były ciemne. Część była zaczesana do góry, a te kosmyki po bokach grzecznie opadały w dół, żaden nie ważył się wystawać. 
Veronica powiedziała coś do nich, ale Marceline oczywiście nie rozumiała po angielsku.
Jej mentor odprawił jej siostrę.
- A więc, Marceline... - zaczął mężczyzna z zarostem - Jestem Daniel Winsor, będę twoim mentorem. Pozwolisz, że skończę grę z Williamem, i wtedy ustalimy grafik. Na razie możesz pytać się o co chcesz. Co chcesz wiedzieć?
Zaczęła się zastanawiać. Chciała wiedzieć w co grają. Wskazała długim, bladym palcem na stół na którym siedział William.
Mentor wytłumaczył jej, że jest to stół do bilardu. Jak i wytłumaczył zasady gry. Przez następnych paręnaście minut przyglądała się grze. Ostatecznie wygrał William. Daniel powiedział coś do niego po angielsku odprawił podopiecznego.
Jej mentor usiadł na stole i gestem ręki poprosił Marceline do siebie, wyciągając jednocześnie jakąś kartkę spod marynarki. Rozprostował ją gdy podchodziła.
- To grafik Williama. Oboje doszliśmy do wniosku, że lepiej byście mieli zajęcia razem. Będzie też to praktyka z angielskiego. Tego języka będziemy się uczyć jeszcze dodatkowo. Musisz się nauczyć.
- A muszę mieć lekcję z Williamem? Nie możemy mieć osobno? Ja nie pamiętam nic. Podstawy matematyki znam na pewno, ale nie wiem czym jest na przykład biologia, o której wspomniał mi Ethan. Da pan radę uczyć nas we dwójkę zupełnie innych rzeczy? - zapytała, siadając na stole tak jak Daniel.
- Dam radę. Jestem jedynym mentorem, który ma dwójkę uczniów. Ale dam radę uczyć i ciebie i Williama jednocześnie dwóch innych rzeczy. Podręczniki już masz w pokoju. No i to chyba wszystko. Chyba, że chcesz jeszcze o coś zapytać.
Pokręciła głową. Już ruszyła do wyjścia, gdy w pewnym momencie odwróciła się znów do Daniela.
- A mogłabym... raz zagrać..? - szepnęła.
- Ja się zgłaszam. - usłyszała głos Williama za sobą.
- Dobrze. Więc zostawiam cię, Marceline, pod opieką Williama. - to mówiąc Daniel wyszedł z sali.
- Wiesz jak się gra?
Pokiwała głową. Prawdopodobnie.
William ustawił wszystkie bile w trójkąt, na środek ustawiając czarną ósemkę. Podał jej kij i, zabierając trójkąt rozbił bile. Wpadła cała, niebieska.
- Twoje połówki... - szepnął i znów uderzył w białą bilę, lecz tym razem nic nie wpadło.
Teraz Marceline podeszła do stołu i pochyliła się, ustawiając kij i oparła go na dłoni. Pchnęła go drugą ręką, ale kij ominął bile i uderzył w powietrze.
- Nie tak.
William stanął za nią jedną dłoń kładąc na jej, a drugą blisko tej , która trzymała kij. Pchnął kij tak, że jej ręka poszła ja jego przykładem. Kij trafił w bilę, bila w inną tak, że wpadała czarna. Will zaśmiał się cicho do jej ucha. Czuła jego ciepło za plecami, ale jeszcze tylko przez chwilę.
Coś odciągnęło go od niej i Will uderzył o ścianę, tak, że kije opierające się na stojaku spadły na Williama nabijając mu siniaki w najróżniejszych miejscach. Nad nim stał Ethan wyraźnie zdenerwowany.
Wysapał coś, ale użył angielskiego i nie zrozumiała. William odpowiedział mu coś z aroganckim uśmiechem. Wstał podpierając się o półkę i kopniakiem powalił syna Aresa. Otrzepał ręce stanął mu na klatkę piersiową. Znów coś powiedział. Etanowi udało się również przewrócić przeciwnika i zaczęli się okładać pięściami.
Marceline tylko stała i patrzyła się na nich oszołomiona. W jej uszach nagle rozległ się przeraźliwy krzyk. Krzyczała. Chłopcy przestali się bić. William siedział na Ethanie i chwilę temu bił go po twarzy, a syn Aresa wyrywał mu włosy.
Syn Zeusa ze śmiechem zszedł z przeciwnika. Minął Marceline, przejeżdżając dłonią po jej talii.
- Te lekcje mogą być ciekawe. - wyszeptał jej go ucha i wyszedł z sali bilardowej.
- Jak ja go nienawidzę... - mruknął Ethan - Nic ci nie jest?
Pokręciła głową. Zaprowadził ją do pokoju. Veronica już na nią czekała. Po półgodzinie poszły na obiad, po czym wróciwszy do pokoju siostra wytłumaczyła jej podstawy angielskiego, a po "lekcji" poszły do łazienki, umyły się i wróciwszy do pokoju, położyły się do łóżek.

Przez całą noc w głowie brzęczały jej słowa :


Przez wszystkich obdarzona bez pamięci się budzi...
__________________
Oto jest drugi rozdział.
Mam nadzieję, że się podoba :)
Rozdział dedykuję Lunie :) 
I Weronice Lynch, która i tak tego nie czyta, ale dobra. 
Nie zanudzam
Laciata <3

Jeśli czytasz to skomentuj!!!