wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział X

- Mar? - lekko zaniepokojony głos Willa przedarł się przez błękitną zasłonę i kobieta zniknęła, a razem z nią błękit.

Marceline zamrugała kilkukrotnie.
"Twoją matką, Marceline"
Czyli to była Hekate? Ale Selene nazywała ją swoją córką. A ta kobieta była najzwyklejszą śmiertelniczką.
Czy aby na pewno jak najzwyklejszą?
W tej kobiecie było coś znajomego. Coś co poruszyło serce Marceline. Jakby... coś z jej przeszłości.

Natłok myśli przerwał Will, który usiadł przed nią i złapał ją za rękę.
- Hej... - delikatnie odgarnął jej włosy z twarzy wolną ręką - Co jest?
Marceline pokręciła głową, walcząc ze łzami. Chciała jeszcze raz zobaczyć tą kobietę. Zadać jej pytania. Było w niej coś znajomego. Coś co Marceline kochała.
Do szyby oddzielającej jej salę od korytarza zapukał Daniel. Kiwnęła głową zapraszając go do środka. Mężczyzna wszedł i od razu zażądał wyjaśnień. Will streścił mu wszystko, a Marceline opowiedziała jeszcze o tej kobiecie.
- Tak przypomnę, że "Wielka Pani Nocy" - nakreślił palcami cudzysłów - powiedziała, że Mar nie jest córką Selene. A Ta mimo to uparcie mówiła o tobie "moja córka"
Daniel usiadł zrezygnowany na krześle przy łóżku.
Po długich dyskusjach na temat staruszki, Ciemnej Kobiety, mocy Marceline Daniel i Will rozeszli się do swoich pokoi, a Mar ponownie została sama.

***
Will

Willowi przyśnił się jego ojciec.

Zeus siedzi na dużym fotelu w moim starym domu, a ja siedzę na stole na ukos niego.
Tyle, że to nie jestem dziewiętnastoletni ja tylko dziesięciolatek, który powstrzymuje łzy i patrzy się tępo w podłogę
. Teraźniejszy ja stoję obok niego i przypatruję się tej scenie.
Zeus podnosi wzrok ze swoich dłoni na mnie. Ale nie na tego dziesięcioletniego mnie, jak myślałem, tylko na tego dorosłego mnie.
- Synu... Powiedz mi... Kim jest ta dziewczyna przy której ciągle się kręcisz?
No tak... czuję lekkie ukłucie, Zeus ma gdzieś swoje dzieci, szczególnie Lily i Rillianne.
- Marceline? Córką Hekate. - odpowiadam. Nie czuję zbytniej potrzeby mówienia mu o Selene i o staruszce, które nazwały się matkami Mar.
Bóg piorunów unosi brew.
- Twojej matce lepiej szło okłamywanie bogów. Mów prawdę.
Spuszczam głowę jak moje dziesięcioletnie ja. Na wzmiankę o matce zaciskam pięści i mrużę oczy by nie dopuścić do nich tych kropelek, które nie zawitały tam od dziewięciu lat. Po chwili jednak otwieram oczy i się prostuję, przyjmując arogancką postawę.
- Moja Marceline jest piękną i wielce utalentowaną dziewczyną , do której nikt inny nie ma prawa. A takiego podejścia do kobiet nauczyłem się od ciebie. - odpowiadam pewnie. Marceline jest tylko moja i nikt, nawet Lordly tego nie zmieni.
Ojciec śmieje się, a jego śmiech toczy się echem po całym domu. Jednak szybko poważnieje.
- Mówisz, że jest wielce utalentowana i piękna? Jak ona? - Zeus wywołuje tęczę i nakazuje Iris pokazać mu "dziewczynę z gwiazd". Na tęczy ukazuje się Marceline ubrana w chiton. W rękach trzyma gliniany wazon i uśmiecha się do kogoś. Jej skóra ma dużo ciemniejszy odcień niż tej którą znam, ale to wciąż jest moja Marceline. Za jej plecami widać było jakieś miasto.
- Tak - mówię niepewnie. Ten obraz wydaje mi się dziwny - To Marceline.
Tęcza znika.
- Selene zapłacisz za uwolnienie jej... - warczy Zeus, w sposób prawie godny Lordliego, via Wilkołaka - Masz się trzymać od niej z daleka.
- Czemu? - udaje mi się zapytać nim wszystko się rozpływa.

***
Marceline

Marceline przeleżała w szpitalu jeszcze tydzień. W między czasie staruszka ukazała jej się jeszcze dwa razy , ale tylko sie uśmiechała i znikała. Z Danielem doszli do wniosku, że Marceline potrafi komunikować sie ze zmarłymi, a ta staruszka to Greczynka ze starożytności. Tylko nazwała się matką dziewczyny?
Will nie zjawił się u niej ani razu, za to Ethan przychodził codziennie, przynosił jej bukiety kwiatów i przepraszać za swoje zachowanie. Marceline przyjmowała wszystko z uśmiechem.
- Przecież nic się nie stało. - odpowiadała za każdym razem.

W końcu Marceline mogła wyjść ze szpitala. i pierwszym miejscem do jakiego się udała była stajnia.
- Sybil! - pisnęła i pognała do boksu ulubionej klaczy.
- W stajni się nie krzyczy i nie biega. - doszedł ją znudzony głos z boksu na przeciwko.
- Will? - szepnęła z nadzieją. Cały tydzień go nie widziała. Martwiła się o niego i już myślała, że coś mu się stało. Na szczęście nic.
- I wy mi mówicie, że ona go nie kocha. - usłyszała głos Damona.
Marceline skuliła się zawstydzona.
Z boksu wyłonił Will, prowadząc ogiera, posłał jej karcące spojrzenie i wyszedł ze stajni.
- Cały tydzień się tak zachowuje. - powiedziała Sybil lekko zmartwionym tonem - Ale... gdzie dziś jedziemy? Proponuję plażę. Może i mamy październik, ale dziś jest wspaniała pogoda. Marzę by zanurzyć kopyta w wodzie!
- Ale... przecież ja tylko raz jeździłam - zaprotestowała - Do tego spadłam.
- To, że spadłaś to trochę moja wina. A jeździsz doskonale! Dawno nie miałam takiego jeźdźca!
Marceline zarumieniła się miło połechtana. Nagle naszła ją pewna myśl.
- A Will i Damon gdzie pojechali? - spytała opierając dłonie na biodrach.
 Sybil cofnęła sie kilka kroków w głąb boksu.
- N-nie w-wiem. - wyjąkała
Merceline zaśmiała się i ogłosiwszy decyzję o wybraniu się na plażę, zajęła się szczotkowaniem klaczy, cicho z nią rozmawiając. Uśmiech nie schodził jej z twarzy.
W pewnym momencie, gdy już kończyła czyszczenie konie stały się trochę niespokojne.
- Mar? - usłyszała głos Ethana.
- Tutaj! - zawołała śpiewnie i odkładając zgrzebło wyszła z boksu.
Chłopaka spotkała przy siodlarni. Weszli do pomieszczenia i Mar wzięła sprzęt Sybil, ledwo utrzymując ogłowie. Ethan nie zaoferował jej pomocy, czego nie mogła nie zauważyć.
Konie wciąż się nie uspokajały.
- Zabierz go stąd!  - nakazał jej Sun, a kilka innych głosów dołączyło do niego.
Marceline się skrzywiła. Zostawiła siodło i ogłowie przy boksie Sybil i pociągnęła Ethana do siodlarni.
- Tak będą spokojniejsze. - powiedziała do siebie zamykając drzwi.
- Kto? - spytał, a raczej warknął czym sprawił wrażenie bardzo niezadowolonego z jej słów.
- Konie. Biedactwa są niespokojnie, kiedy tu jesteś.  - odpowiedziała i odwróciła się do niego z uśmiechem, czując że powoli zaczynają ją palić policzki.
Ethan lustrował ją wzrokiem, jak wilk lustruje sarnę, którą zamierza zabić i pożreć. Po krótkiej chwili podszedł do Marceline, oparł dłonie po obu stronach jej twarzy. Nie zdążyła nawet mrugnąć a on ją całował.
- Jak mi tego brakowało... - wymamrotał z ustami na jej ustach.
Marceline sięgnęła dłońmi do jego karku chcąc wpleść palce w te nieliczne dłuższe kosmyki plątające się na jego karku, ale napotkała tylko krótkie, lekko kłujące ją w ręce włoski. Jej palce zamarły, gdy uświadomiła sobie czego oczekiwała.
- Proszę, proszę... - do jej uszu doszedł czyjś głos - Widzę, że powstrzymujesz swoją zefirowską naturę za pomocą Marceline, Lordly.
Mar odskoczyła od Ethana i skuliła głowę w ramionach.
W drzwiach stał, oparty o framugę Will z rękami zaplecionymi na piersi.
- Nie przeszkadzajcie sobie. Co nie zmienia faktu, że - zwrócił się do Marceline - on cię tylko wykorzystuje by odwrócić swoją uwagę od kogoś innego.
Spojrzała na niego zdziwiona, ale Will już nie zobaczył jej wzroku bo wyszedł. A Ethan był widocznie wściekły.
- Nie słuchaj go. Plecie bzdury. - warknął i wyszedł, ciągnąc Marceline za sobą.
- Ethan, puść mnie. - pisnęła cicho - Mam zajęcia.
Chłopak mrugnął kilkukrotnie.
- Przepraszam. - mruknął i puścił Marceline, nie zauważając jej kłamstwa. Dopiero wyszła ze szpitala. Daniel nigdy nie posłałby jej do stajni. Ethan pocałował ją w policzek i wybiegł ze stajni.
- W stajni się nie biega. - powtórzyła słowa Willa i zajęła się siodłowaniem Sybil.

Po stajni rozniósł się śmiech dziecka i tupot stópek, kiedy Marceline zapinała popręg.
- Nie wierzę, że braciszek zainteresował się taką dziewczynką. - Mar usłyszała słodki, dziewczęcy głosik.
- Tak, tak, Lily. Też nie mogę tego zrozumieć. - dołączył się damski głos.
W drzwiach boksu stanęła wysoka, szczupła kobieta. Miała na sobie piękną granatową suknie, a jej szyję zdobił naszyjnik z połyskujących diamentów. Sama kobieta była bardzo blada, ale jej oczy błyszczały pięknym odcieniem niebieskiego. Marceline te oczy wydawały się znajome, ale nie potrafiła ich teraz skojarzyć. Po chwili obok kobiety stanęła mała dziewczyna, tak samo blada, z takimi samymi oczami.
Kobieta postąpiła kilka kroków do przodu.
- Nie mogę zaprzeczyć. Brzydka nie jesteś. Ale chyba nic w tobie specjalnego. - powiedziała, przyglądając się Marceline.
- A potrafisz rozmawiać z konikami? - spytała Lily, splatając rączki za plecami i przekrzywiając głowę - Willy zawsze lubił konie.
- Wciąż lubi. - poprawiła ją matka lekko znudzonym tonem - Przecież poszedł jeździć.
- Willy? - powtórzyła Marceline - Will? Jesteś siostrą Willa? - zwróciła się do kobiety - A pani jego matką?
"Jaka matka taki syn. Jak to się sprawdza w twoim przypadku" rozbrzmiały w jej głowie słowa Ethana i ujrzała wyraz oczu Willa po tym jak je wypowiedział.
Co ta kobieta zrobiła?
- Do-kła-dnie - przesylabowała Lily z każdą sylabą przekrzywiając głowę na prawo i lewo.
- Jacquline Evel we własnej osobie. Ale myślę, że chyba znasz to nazwisko. - powiedziała kobieta z dumnym uśmiechem.
Marceline pokręciła głową.
- Nazwisko Evel oczywiście znam. Ale o pani nigdy nie słyszałam.
Kobieta zacmokała.
- Jak to możliwe. - westchnęła lekko urażona, podeszła do Marceline i wzięła jej brodę w dwa palce, poczym cofnęła się z przerażeniem w niebieskich oczach. Mar juz wiedziała czemu wydały jej się znajome. Will miał identycznie oczy. - Lily... Wracamy.
- Ale mamo! - zaprotestowała dziewczynka, zostając w boksie mimo nakazu matki.
- Chodź dziecko! - krzyknęła i wzięła córkę za rękę - To przed nią ostrzegał nas wujek Apollo.
- Na prawdę? - podekscytowała się dziewczynka i wyrwała rączkę z dłoni matki - Willy kocha dziewczynkę-gwiazdkę? Pokaż jakąś sztuczkę z... - zamyśliła się przez chwilę przykładając wskazujący paluszek z krótkim, pomalowanym na granatowy kolor paznokciem - ogniem?
Marceline wpatrywała się w dziewczynkę osłupiała, a jej matka stała obok co chwila ze strachem zerkając na dziewczynę.
Dziewczynka-gwiazdka?
- Słucham?
- No przecież wujek Hefajstos dał ci władzę nad ogniem. - wymamrotała, robiąc dziubek, co lekko zniekształcało jej słowa - Tak jak ciocia Demeter nad ziemią, wujek Posejdon nad wodą, a tatuś nad powietrzem.
- Lily, idziemy - ostatecznie nakazała Jacquline i wzięła córkę na ręce, po czym wyszła ze stajni.
Marceline dopiero teraz zauważyła znikającą, błękitną poświatę.
Matka i siostra Willa były martwe?
Będę musiała spytać Daniela. - pomyślała Mar i wyprowadziła Sybil z boksu tłumacząc jej z kim rozmawiała.
- Jacquline Evel to manipulantka, zdrajczyni i kłamca. tak omamiła Zeusa, że prawie odstąpił jej tronu Hery. Ale to za długa historia. Jedziemy na plażę! - zarządziła Sybil.

Jak klacz powiedziała tak Marceline zrobiła. Wyprowadziła ją z stajni, poprawiła popręg, wsiadła na nią i kłusem ruszyły w stronę plaży.
___________________
Oto rozdział iks, znaczy dziesiąty.
Drugi z dwóch "marokańskich rozdziałów" napisanych na wakacjach. Bo ja nie mam co robić na wyjazdach tylko rozdziały pisać.
Szczerze mówiąc jestem z niego o wiele bardziej zadowolona niż z poprzedniego. Sen Willa podoba mi się chyba najbardziej. No i postać Lily.
Mam nadzieję, że się podoba i przepraszam za błędy.
I oficjalnie ogłaszam, że dopóki nie będzie... hmm... 15 komentarzy rozdziału XI nie będzie. Nie znaczy to jak, że wybije 15 to rozdział będzie od razu bo ja też muszę go napisać. (coś mi to zdanie dziwnie brzmi, ale okay)
Nie zanudzam
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

środa, 16 lipca 2014

Rozdział IX

- Marceline...
Usłyszała cichy szept jednocześnie z ogłuszającym krzykiem. O wiele bardziej podobał jej się szept. Było w nim zawarte tyle uczyć. I był taki delikatny. Krzyk tylko wywołał pulsowanie w głowie. Chwile później wylądowała na czymś twardym.
A potem znowu nastała ciemność.

***
Otworzyła oczy kilkukrotnie nimi mrugając. Kątem oka dostrzegła ciemną postać znikającą za drzwiami białej sali.
Kilka minut później do pokoju wpadła Veronica, a za nią Nick i Jeremy. Siostra od razu  przytuliła Marceline i prawie płacząc zawołała :
- Najświętszy Apollinie...
- Na wrotkach - wtrącił Nick.
- ... jak dobrze, że się obudziłaś!
Mar odwzajemniła uścisk siostry i po tym jak ta się odsunęła szepnęła :
- Co się stało?
- Nic... - zaczął Nick.
- Tylko opętała cię jakaś chora bogini, nasłałaś potwory, które zniszczyły całą salę z bilardem, zabiły kilkoro uczniów. Potem zemdlałaś, napędziłaś całej szkole stracha i nie budziłaś się przez dwa tygodnie. A temu wszystkiemu przyglądał się William Evel. - zrelacjonował Jeremy oschłym tonem - W tym tobie, gdy byłaś nieprzytomna. O ile nie było tu Lordliego.
- Jer! - skarciła go Veronica.
- No co? Taka prawda. - usprawiedliwił się - Przez nią prawie zginęłaś!
- Prawie. - podkreśliła.
- Bo Wielki i Wszechpotężny Nicholas był na miejscu i uratował damę w opałach! - powiedział Nick stając na szeroko rozstawionych nogach i opierając dłonie zwinięte w pięści na biodrach.
Marceline nie mogła powstrzymać cichego chichotu.
Ale śmiech zamarł jej w ustach.
Opętana?
Jeremy powiedział, że opętała ją bogini. Ciemna Kobieta?
"zabiły kilkoro uczniów" Zginęli... Przeze mnie... To moja wina...
W oczach Mar pojawiły się łzy. Vera musiała je dostrzec, bo przerwała "dyskusję" z chłopacami i spojrzała za siostrę. Wzrok Nicka podążył za nią.
- Hejejej! Tylko mi tu nie płakać! - zerwał się - To nie twoja wina. Ta pseudo-bogini mogła opętać każdego. Przypadkiem padło na ciebie.
Dziewczyna pokręciła głową. To nie przypadek. Ciemna Kobieta już wcześniej wybrała ją. Tylko czekała na dobry moment.
Jeremy już miał coś powiedzieć, ale weszła nimfa-pielęgniarka wyganiając całe towarzystwo z sali. Po podaniu Marceline jakiś ohydnych leków nimfa się ulotniła zostawiając dziewczynę samą.

***
Ethan

- ETHAN! SKUP SIĘ! - zagrzmiał w sali treningowej głos D.J'a, po tym jak Ethan wylądował po raz kolejny na macie, powalony przez brata, który zajmował się jego treningiem.
Ale mu ciężko było się skupić na D.J.'u. Marceline od dwóch tygodnie leży w szpitalu. Wiadomo tylko, że ktoś ją opętał. Szczegóły znał tylko Evel, który nie mówi ani słowa. Uparcie milczy na temat tego co się stało. Podobno powiedział tylko Danielowi Winsorowi, który chcąc nie chcąc musiał się podzielić tą wiedzą z dyrektorem i radą pedagogiczną. Ale żaden z uczniów nie wie co się tam działo.

No i Evel.
Fakt, że on tam był zamiast niego doprowadzał Ethana do szału.
Teraz na drugim końcu sali walczył na szpady z Danielem Winsorem i uśmiechał się bezczelnie do Ethana. Jakby wiedział coś czego nie powinien wiedzieć.  Jego serce znów przyspieszyło i Ethan ponownie przypomniał sobie swój sen.
Czemu jego umysł kreuje takie obrazy? Jedynym obiektem pragnień Ethana był Marceline.
W głębi jego umysłu odezwał się cichy głosik, ale błyskawicznie został uciszony.
Z rozmyślań wyrwało go gwałtowne uderzenie o matę.
- Ethan, do cholery jasnej! Albo się skupiasz albo kończymy trening z czego Sheperd nie będzie zadowolony. Kolegę na randkę zaprosisz później.
Ethan patrzył na D.J.'a osłupiały. Po sali rozniósł się głośny śmiech Evela.
- William! - skarcił go Daniel.
- No co? - powiedział przez śmiech - Nie codziennie słyszysz takie słowa pod adresem twojego wroga. Marceline śni o mnie nie o tobie. I to jeszcze dotyczące ciebie.
Ethana ogarnęła wściekłość. Poderwał się z maty i z szybkością porównywalną do prędkości filmowych wilkołaków podbiegł do Evela i rzucił nim o ścianę. Jak on śmie tak mówić?!
To z Ethanem Mar poszła do Iris. To z nim całowała się przy stajniach.  To on ją znalazł! Gdyby nie on Marceline w ogóle nie znalazłaby się w Hacjendzie!
Ale to z Evelem dzieli mentora. To Evel był przy tym jak ją opętało. To Evel uczył ją grać w bilard. To Evel pomógł jej po upadku z konia. To przy Evelu ujawniły się jej największe moce. To Evel obserwował jej rozwijane talenty. To Evel jest proszony by pomóc jej w nauce, gdy ma z nią problem.
Z każdą nową myślą Evel dostawał nowy cios w twarz.
Daniel i D.J. próbowali go odciągnąć, ale sami obrywali.
Nic nie może się równać sile syna Aresa ogarniętego gniewem i zazdrością.
Zazdrością o Evela. O każdą chwilę jaką spędzili razem z Marceline.
Te piękne oczy mogą patrzeć tylko na Ethana.
Te  słodkie usta mogą całować tylko Ethana.
Tych jedwabistych włosów może dotykać tylko Ethan.
To seksowne ciało może należeć tylko do Ethana.
Nikt inny nie ma do tego prawa.
W pewnym momencie jego pięść została zatrzymana, Ethan poleciał na bok, a po ułamku sekundy siedział na nim zakrwawiony Evel. Trzymał w palcach jego brodę by Ethan nie mógł odwrócić wzroku. Nawet, gdy jego twarz była cała we krwi odznaczały się jego intensywnie niebieskie oczy.
- Jesteś zazdrosny, że interesuję się Marceline? Zazdrosny o mnie? - warknął. Pchnął głowę Ethana tak, że iderzył o podłogę i pokazały mu się gwiazdy.
Evel wstał i ruszył do wyjście uprzednio zrywając ręcznik z haka i zarzucając go na kark.
- William! A ty gdzie? - Daniel stanął mu na drodze.
- Pod prysznic? - zapytał ironicznie, po czym odwrócił się do Ethana, uśmiechnął wrednie i dodał : A potem do Marceline.
I wyszedł trzaskając drzwiami.

***
Marceline

Puk, puk, puk.
Rozległo się pukanie do szyby i obudziło Marceline, która znów zasnęła. Ciemna głowa w drzwiach cofnęła się zdziwiona tym, że dziewczyna jest już przytomna.
Kiedy się podniosła do sali wszedł Will.
- Will? - szepnęła.
Chłopak podniósł głowę . Marceline wciągnęła gwałtownie powietrze na widok licznych ran na jego twarzy.
- Co ci się stało? - spytała, delikatnie unosząc rękę do jednej z ran.
Opadł na krzesło przy łóżku Marceline i jakby przyzwyczajenia sięgnął po jej dłoń. Uśmiechnął się asymetrycznie i delikatnie kciukiem pogładził ją.
- Ty jak zwykle. Nic się nie stało. - odpowiedział ciepło - Tylko Lordly trochę mi przyłożył. A ty? Kiedy się obudziłaś?
- Ethan? - odezwała się cicho. Nie mogła sobie wyobrazić, że Ethan mógł tak pobić Willa. Wiedziała, że ta dwójka się nie lubi, ale... William miał duży plaster na policzku kilkanaście czerwonych ranek na reszcie twarzy i wargę rozciętą na wysokości kła. Po chwili wpatrywania się w tą rankę przypomniała sobie o zadanym pytaniu.
- Godzinę temu. Rozmawiałam z Veronicą, Nickiem i Jeremym. Jak dostałam leki znów zasnęłam. - uśmiechnęła się.  O wiele bardziej wolała tego miłego Willa niż tego który jest niemiły i zachowuje się jakby wszystko go bawiło.
Will zamierzał cos powiedzieć, ale do środka wpadł Ethan i odepchnął chłopaka.
- Co ty tu robisz?! - warknął zasłaniając Marceline własnym ciałem.
- Pomyślmy... - odezwał się spokojnie William, wstając - Oddycham, mrugam, żyję, mówię, ruszam się... zamierzałem pocałować Marceline - wymieniał. Z każdym słowiem Ethan wściekał się coraz bardziej, a Will uśmiechał. Szczególnie po tym ostatnim. Marceline zapłonęły policzki, lecz szybko się uspokoiła.
Patrzyła na nich z przerażeniem. 
- Ethan... - szepnęła cicho i sięgnęła ręką w jego stronę.
Chłopak obejrzał się na nią.
- Nic ci nie zrobił?
Pokręciła głową.
- Ethan, uspokój się. Will może tu być tak samo jak ty. - Mar zdziwiła stanowczość w swoim głosie.  Spuściła głowę.
Will gwizdnął z podziwem.
- Nieźle... Uczysz się.
Ethan warknął na niego.
- I ty się dziwisz, że nazywają cię Wilkołakiem.
Nie będą się bili. Nie będą się bili... Marceline powtarzała te słowa jak mantę. Ale Ethan ruszyl w stronę Willa.
Nie bijcie się. Nie bijcie się. powtarzała w myślach.
- NIE BIJCIE SIĘ!!! - wrzasnęła, kiedy Ethan już wymierzał cios.
Ziemia się zatrzęsła, kilka lekarstw spadło z półek, a chłopcy stracili równowagę i wylądowali na podłodze.
Will, prawie się przewracając, podszedł do Marceline, złapał ją za ramiona i lekko potrząsnął.
- Hej... Mar... - mówił łagodnie - Spokojnie. Zamknij oczy i się uspokój.
Dziewczyna wykonała jego polecenie. Wdech i wydech. Ziemia przestała się trząść i po chwili do sali wpadła doktor Bell.
- Co sie stało?! Słyszałam krzyki.
- Może pani przyprowadzić Daniela Winsora? I zabrać to coś? - Will wskazał na, leżącego na podłodze Ethana, który powoli zaczął się podnosić i łypał na niego morderczym wzrokiem
Doktor Bell spojrzała na syna Aresa wrogo.
- Ethan, idziemy. - nakazała.
Oboje wyszli z pomieszczenia a Will osunął się na krzesło i przeczesał rękoma włosy.
- Wszystkie cztery żywioły... Moc swoich opanować nie może... - szepnął tak cicho że Mar ledwo go usłyszała.
Nagle świat zbłękitniał. Wszystko zwolniło. Powietrze przy nogach zafalowało i po chwili ukazała jej się starsza kobieta o oliwkowej cerze i ciepłych czekoladowych oczach, ubrana w prosty chiton.
- Kim jesteś? - spytała Mar zdziwiona.
Kobieta uśmiechnęła się z miłością.

- Twoją matką, Marceline.
___________________
Oto dziewiąty rozdział!
Bo ja nie mam co robić na wakacjach tylko rozdziały pisać. Taa... Ale mam nadzieję, że podoba Wam się marokański rozdział xD Przepraszam za błędy.
a właśnie... Miałam fakty o sobie napisać.
Więc tak. Komentarzy było 7. więc... (powtarzam się i nie zaczyna się zdania od Więc)
1. Mam na imię Marcelina
2. Nick Laciata wiziął się od bluzy.
3. Nałogowo słucham fandubów japońskich Vocaloidów. 
4. Mam weny najczęściej w nieopdowiednich miejscach i w momentach gdy mam iść spać. 
5. Robi się ze mnie yaoistka i otaku.
6. Posiadam ponad trzydziestu książkowych, serialowych i mangowych mężów xD
7. Mam cały zeszyt zapełniony opowiadaniami. Są tam rozdziały lub urywki rozdziałów na tego bloga, cały Rozpruwacz, jeden niewypalony pomysł i jeden wiecznie nieskończony one shoot xD
co z tego że nikogo to nie obchodzi xD
Nie zanudzam
Laciata <3 
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział VIII

Stała w łazience susząc włosy po ich umyciu dziwnie czerwonym szamponem. Zerknęła w swoje odbicie i suszarka wypadła jej z ręki.
Dłonie i skóra przy włosach miały dziwny różowy kolor, a włosy były ognistoczerwone.
Zza rzędu pryszniców wyłoniła się Michelle.
- Pięknie. Długo nie zejdzie - powiedziała z dumą. Podeszła bliżej Marceline - To za umawiane się z Ethanem - szepnęła i wyszła.
Marceline znów spojrzała na swoje odbicie. Michelle ma rację. Łatwo się to nie zmyje.
Co ona jej zrobiła? Za co Michelle dolała jej farby do szamponu?
Wzięła głęboki wdech. Spokój, nakazała sobie. Spokój. Ale w jej głowie i tak uformował się obraz blondynki oblanej wodą. A po Hacjendzie rozniósł się straszliwy pisk. Mimo łez w oczach Marceline zachichotała. Schowała włosy pod ręcznik i wyszła z łazienki. Szybko prześlizgnęła się do pokoju.
- Ile mo... - zaczęła Veronica, ale przerwała, gdy ręcznik zsuną się z włosów Marceline - Co ci się stało?!
- Michelle. - odpowiedziała, siadając na łóżku.
- Okay. Spróbujmy to zmyć. Lub chociaż przyciemnić...

O dziewiętnastej ktoś zapukał do drzwi.
Włosy Marcelin były w miarę przyzwoitym stanie - miały barwę ciemnej czerwieni. Nic więcej nie udało im się zrobić.
Veronica podeszła do drzwi, ale nie zdążyła ich otworzyć, gdy do ich pokoju wpadła wściekła Michelle.
- Ty... - warknęła wskazując na Mar - Oblałaś mnie... Zapłacisz za to!
Marceline i Veronica wpatrywały się w nią z osłupieniem. Vera otrząsnęła się pierwsza.
- Serioooo? Jeszcze woda?
Michelle nie zwracając na nią uwagi kontynuowała:
- Skończysz marnie, Marceline. Umawianie się z MOIM - wskazała na siebie - Ethanem to jedno, ale oblewanie mnie wodą to przesada. I zniszczyłaś mi nowe buty! Pożałujesz. - Wysyczała i wybiegła.
Siostry spojrzały na siebie zdziwione. Veronica wzruszyła ramionami. Poczekały jeszcze chwilę na Ethana, ale chłopak się nie zjawił. W końcu podjęły decyzję o pójściu na bilarda. Vera pierwsza wyszła z pokoju, a Marceline w rogu pokoju ujrzała jakiś cień. Po chwili poczuła jakby jakaś ręka sięgnęła w głąb jej ciała szukając serca. Potrząsnęła głową, odganiając dziwne wrażenie i szybko ruszyła za siostrą.

***
Will

- Na gacie Zeusa, jak ty to robisz?! - krzyknął Nick po tym jak Will wbił piątą bilę z rzędu.
- Nie wzywaj gaci ojca mego na daremno - odgryzł się - I się zamknij.
Nick udał, że zamyka usta na kłódkę i wyrzuca kluczyk gdzieś za siebie. Will w tym czasie ustawił kij i pochylił się nad stołem by lepiej wymierzyć. W momencie, kiedy miał pchnąć kij Nick powiedział:
- Nie żeby coś, ale Marceline przyszła. Lordly się chyba nie zjawił... - posłał przyjacielowi znaczące spojrzenie.
Kij Willa uderzył bilę zbyt mocno tak, że wypadła zza stołu, a on sam gwałtownie się wyprostował od razu kierując wzrok ku wejściu.
Syn Apollina wybuchnął śmiechem i oparł o stół bilardowy by się nie przewrócić i zacząć tarzać po podłodze, co zresztą mu się nie udało, bo Will uderzył chłopaka w tył głowy posyłając go na podłogę, na której ten zaczął się tarzać i jeszcze bardziej śmiać.
Jednak drzwi wejściowe otworzyły się, a w nich stanęły Veronica i Marceline, która z ciemnoczerwonymi włosami wyglądała prawie jak bogini ognia.
Nick widząc jego wzrok po krótkiej przerwie od śmiechu, znów śmiał się jeszcze bardziej, czym zwrócił na siebie uwagę dziewczyn. Will schylił się po białą bilę posyłając Marceline zachęcające spojrzenie, do którego dodał również łobuzerski uśmiech. Wstał i rzucił bilą w nadal śmiejącego się Nicka. On złapał ją kilka milimetrów przed twarzą.
- Spadaj sobie do wulkanu! - krzyknął z miną Golluma z "Władcy Pierścieni".
Will odsunął się od stołu przewracając oczami i dał Nickowi pole do manewru.
Veronica spiorunowała ich wzrokiem i pociągnęła Marceline do stołu najdalszego ich.
- Biedaczysko - cmoknął Nick - Piękna Marceline do ciebie nie przyszła.
- Zamknij się już. - warknął Will i wrócili do gry.

***

Lekko zawiało, a temperatura spadła o kilka stopni. Chłopacy spojrzeli na siebie lekko zdziwieni. Wrzesień w tym roku jest trochę chłodniejszy niż normalnie, ale w budynku powinno być o wiele cieplej niż jest teraz. Za oknami błysnęło i w jednej chwili spadł deszcz. Lampy zamrugały i po sali rozniósł się krzyk.
- Veronica!!! - wrzasnął Nick i pobiegł do przyjaciółki. Will popędził za nim.
Światła zgasły i rozległ się złowrogi szept, delikatnie znajomym głosem:
- Nareszcie...
Dobiegli do córki Hekate. Marceline stała kawałek dalej w długiej, czarnej, połyskującej sukni. Kiedy się odwróciła jej oczy zaszły czernią, zasłaniając nawet białka.
Will cofnął się o krok, a Mar (o ile to była ona) zbliżyła się do niego.
- Synalek Zeusa... - podniosła lekko jego brodę wskazującym palcem z długim ostrym paznokciem - Ładniutki. Dziękuję ci za rozproszenie uwagi tej dziewczynki.
- Kim... jesteś..? - warknął z trudem. Palec kobiety wbijał mu się boleśnie w podbródek.
Zaśmiała się. Niby głosem Marceline, ale takim obcym. Odsunęła się od Willa i podniosła rękę. Przez okna wpadły nieznane mu potwory i zaczęły rozwalać wszystko w zasięgu wzroku. Łącznie z uczniami. Jeden z człekokształtnych monstrów wziął młodszego chłopaka, który razem z kolegami zerwał się do ucieczki i rozszarpał go na pół. Salę zalały krzyki i uczniowie, którzy próbowali się ratować. Willowi ucieczka nie mogła się udać, gdyż obok niego stała Marceline, a przy niej "strażnik" w postaci największego z potworów. Nick zabrał oszołomioną Veronice i po chwili w pomieszczeniu został tylko Will i Marceline, która śmiała się w niebogłosy. Potwory wciąż burzyły wszystko, a dorośli nie nadciągali z pomocą. Will sięgnął ręką do pasa, ale nie odnalazł broni. Westchnieniem irytacji powstrzymał odruch uderzenia się dłonią w czoło. Zawsze, ZAWSZE, miał przy sobie, chociaż krótki sztylet, albo nawet nóż do masła!, tylko dzisiaj, kiedy to szkoła została zaatakowana nie miał przy sobie broni.
- Cholera - szepnął i zaryzykował ucieczkę. Ale w ostatnim momencie, kiedy już prawie uciekł drogę zastąpiła mu Marceline, Piękna Marceline, która muchy by nie skrzywdziła, która na treningach obwiniała się, o to, że mu coś zrobiła, gdy poleciała mu chociaż malutka kropelka krwi. I to nie z jej winy.
Stała teraz przed nim w ciemnej sukni, z czarnymi oczami, gotowa wymordować całą ludzkość.
- Ty Williamie, słodki Williamie, zostajesz. Przyłącz się do mnie! Służ Wielkiej Pani Nocy! Obal ze mną bogów! Zniszcz świat! Zostań władcą świata u mego boku!
Will cudem powstrzymał się od prychnięcia. Kimkolwiek była ta kobieta, przydałaby jej się dłuuuga wizyta u psychologa.
Od odpowiedzi uwolniły go... wstęgi srebra? Błyszczące, srebrne nici oplotły błyskawicznie wszystkie potwory po chwili zamieniając je w pył. Po chwili maki dopadły też Marceline, skrępowały jej kostki i nadgarstki i powoli sunęły wyżej, zostawiając na jej bladej skórze czerwone pręgi jak od poparzeń. Sekundę później rozbłysło światło i wyłoniła się z niego ciemnowłosa kobieta ubrana w delikatny, cieniutki srebrny chiton. Ale w jej ubraniu nie było nic wyzywającego, czy nieprzyzwoitego. Prezentowała się dostojnie, pięknie i sprawiała wrażenie potężnej.
Marceline zamarła z krzykiem na ustach.
- Selene. - syknęła.
- Wiem jak mam na imię. Zostaw moją córkę!
Marceline była córką Selene?! przeszło Willowi przez myśl.
- Ona nie jest twoją córką! Gdy ja tworzyli nie zostałyśmy zaproszone! Tylko Wielka Dwunastka, Hades i Hestia byli zaproszeni! Nas, pomniejszych bogów, mieli gdzieś! Nie brałaś udziału w jej narodzinach! - krzyknęła Srebrne nici wciąż coraz bardziej raniły jej ciało, lecz ona nie krzyczała.
- Robisz jej krzywdę. - wyrwało się Willowi.
Selene spojrzała na niego, jakby właśnie uświadomiła sobie jego obecność.
- Nie mojej córce. - powiedziała i oczy jej rozbłysły. Gwałtownie odwróciła się do przeciwniczki i posłała w jej stronę setki srebrnych macek. Powietrze przeszył krzyk bólu Marceline. Nagle spowiło ją światło, Selene w jednej chwili zniknęła. Kilka sekund później z kokonu blasku na podłogę osunęła się omdlała Marceline.
Podbiegł do niej i w ostatnim momencie uchronił od upadku. Ułożył ją sobie na kolanach i szepnął jej imię odgarniając jej kilka kosmyków z twarzy. Lecz jego szept został zagłuszony przez krzyk Lordliego, który wpadł do pomieszczenia, krzyczącego to samo imię.
Chłopak odepchnął Willa, zwalając Marceline z jego kolan, tak, że spadła na podłogę.
Will wstał i odszedł od pary, ledwo powstrzymując się od rzucenia w Lordliego czymś ciężkim.

Ale przypomniał sobie słowa Nicka.

"Możesz się oszukiwać, Lordly, ale ja i tak znam twój brudny sekret" pomyślał i wyszedł, trzaskając drzwiami. 
________________________
Oto ósmy rozdział!
Nareszcie!!! Przepraszam, że tak długo nie było, ale miałam próby kółka teatralnego i jak o ósmej szłam do szkoły to o osiemnastej z niej wracałam, a po tym jakoś weny i ochoty nie ma.
Ale mamy wakacje! Nareszcie (co niestety dla niektórych oznacza rozstanie z klasą :( )! Jak tam u Was zakończenie roku?
Mam nadzieję, że rozdział się podoba :) i przepraszam za błędy.
Rozdział dedykuję Spite. Dzięki Tobie znalazłam motywację na skończenie tego rozdziału i przepisanie go.
I teraz... Ogłoszenia parafialne!
Po pierwsze : jak pewnie da się zauważyć zmieniłam nieco kolorystykę i czcionkę :) Ale mam nadzieję, że się Wam zmiany podobają :)
Po drugie : w ramach rekompensaty może dodam kilka faktów o sobie? Chyba, że moja osoba Was nie interesuje :) Tyle ile będzie komentarzy tyle faktów :)
Po trzecie : już od razu na początek wakacji Laciata wyjeżdża. Pierwszego lipca lecę sobie na wakacje i nie będzie mnie dwa tygodnie. Może do wtorku uda mi się coś napisać, ale wątpię. 
Nie zanudzam i mam nadzieję, że ktoś to przeczytał, choć i tak wiem, że nikt :/
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!


P.S O ile ktoś tu jest. Wiem, że czasem się nie chce komentować, bo sama tak mam, ale proszę. Nawet króciutki komentarz doda mi weny. Chociaż jedno słowo :)

P.S 2 Chciałam jeszcze podziękować pewnej osobie z mojej (teraz już byłej) klasy. "Spadaj sobie do wulkanu" jest dzięki Tobie i dla Ciebie.  I tak tego nie przeczytasz

niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział VII

- Ten idiota ruszał mój szkicownik?! - wrzasnęła Veronica po tym jak Marceline wytłumaczyła jej czemu szkicownik leżał na stoliku nocnym, a nie w szufladzie biurka, gdzie jego miejsce, i czemu ubrania w szafie są porozwalane.
- Przepraszam - wyszeptała Marceline spuszczając głowę.
- Dobra... nie ważne. Chwilaaa... Ile ty już tutaj jesteś?
Marceline zastanowiła się chwilę.
- Około dziesięciu dni. - odpowiedziała w końcu.
- A gadasz po angielsku jakbyś tu była dziesięć lat. Jak?! - Veronica usiadła a obrotowym krześle przy biurku.
- Hmm... - zastanowiła się. Siostra miała rację. Cały czas bez problemu mówiła po angielsku. Wszyscy w jej otoczeniu używali tego języka, więc i ona go sobie przyswoiła.
- Tak po prostu? - odpowiedziała sobie Veronica.
- Chyba. - Marceline wzruszyła ramionami.
- Oddaj mi swój talent do nauki. - jęknęła, odchylając głowę do tyłu. Nagle zamarła i gwałtownie wyprostowała głowę - Ty powiedziałaś, że Lordly zaprosił cię do Iris?! Na którą?!  Nie cierpię go, ale twoja pierwsza randka to historyczne wydarzenie! - powiedziała podekscytowana Veronica.
Marceline znów zawstydzona spuściła głowę i wybąkała coś, że Ethan miał po nią przyjść.
- Okay. Trzeba cię przygotować - podjęła i podeszła do szafy, wyciągając trzy sukienki - Przebieraj się i zobaczymy w której ci najładniej.

***
Ethan

Stanął przed drzwiami pokoju Marceline. Przejechał ręką po włosach, by bardziej je zmierzwić.
- Okay... - szepnął do siebie i wziął głęboki wdech.
Zapukał do drzwi, przybierając szelmowski uśmiech. Zza framugi wysunęła się głowa Veronici, a jego zadowolenie poszło się bujać...
- Czekaj, Lordly.  Dziesięć minut. Trzeba było podać konkretną godzinę, a nie... - trzasnęła drzwiami, ale po chwili pojawiła się znowu - Nadal cię nie lubię.
Westchnął z irytacją i oparł się o ścianę.
- Lordly? - usłyszał kpiący głos za sobą.
Ręce zaczęły mu drżeć z wściekłości. Udał, że go nie słyszy. Nikt mu nie zepsuje randki z Marceline. Nawet  William Evel.
- Oh... - westchnął z udawanym przejęciem - Dziewczyna cię wystawiła?
- Chciałbyś być na moim miejscu - warknął nie mogąc się powstrzymać.
- Dlatego nazywam cię zwierzęciem - szepnął do siebie, poczym spojrzał na numerek drzwi przed którymi stali - Marceline? Powodzenia. Po rozmowie z tobą rano przybiegła do mnie przerażona. Potem spadła z Sybil. Ma słodkie usta... - oblizał wargi z aroganckim uśmiechem.
Ethan nie wytrzymał. Uderzył Evela z lewego sierpowego i podniósł go za kołniez koszuli. Po jego brodzie pociekła delikatna stróżka krwi. Niestety efekt psuło to, że Ethan był niższy od niego i Evel opierał się na palcach.
- Coś ty powiedział?!
Kpiący uśmiech nie zszedł z jego ust.
- Że Marceline ma słodkie usta.
Dużo osób już mówiło Ethanowi, że jako syn Aresa nie potrafi pohamować gniewu, ale nigdy jeszcze złość nie pochłonęła go tak bardzo. Nawet gdy Evel przymilał się do Marceline przy bilardzie. Wtedy był wściekły ale nie aż tak jak teraz. Nie słyszał nic oprócz szumu krwi w uszach. Nie widział nic oprócz Evela, który właśnie miał polecieć na ścianę, ale przez barierę gniewu przebił się łagodny głos :
- Ethan?
Marceline stała przed drzwiami swojego pokoju, jak zawsze piękna, i patrzyła na niego zdziwiona.
- Wpadłeś... - wyszeptał bezgłośnie Evel z rozbawionym błyskiem w oku.
Ethan odepchnął go jak wnerwiającego dzieciaka (co z tego, że William był od niego starszy?)
Evel bez problemu wylądował na dwóch nogach i rzucając mu rozbawione, a Marceline mówiące "Zostaw tego idiotę" spojrzenie, odszedł z cichym śmiechem.
- Co... co sie stało? - zapytała cicho, podchodząc do Ethana.
Ponownie przeczesał ręką włosy.
- Nie ważne... Idziemy? - podał jej ramię, a ona je przyjęła lekko zarumieniona.

***

Ethan otworzył przed Marceline drzwi do kawiarni, wpuszczając ją do środka. Uśmiechnęła się do niego uroczo. Uwielbiał jej uśmiech. Żadna dziewczyna nie ma takiego pięknego uśmiechu.
Usiedli przy stoliku najbardziej ukrytym przed spojrzeniami innych. Jego stoliku. Zawsze siadał tu z dziewczynami.
Sięgnął po menu, chociaż i tak wiedział co weźmie. Marceline błądziła wzrokiem po karcie dań z lekko zagubionym wyrazem twarzy. Odłożył swoje menu.
- Pomóc ci? - zapytał i pochylił się do niej delikatnie.
Pokręciła głową, rozrzucając brązowoczerwone włosy na ramionach.
- Nie... ja tylko... - zaczęła nieśmiało - Nie znam żadnych z tych rzeczy. Kawa, herbata tak, sernik, szarlotka brzmią znajomo, ale reszta...
- Nie znasz - dokończył. Marceline pokiwała głową - Pozwolisz, że ja ci coś wybiorę?
Znów kiwnęła. To jej najczęstszy gest. Niestety rzadko się odzywała. Bardzo lubił brzmienie jej głosu.
Podniósł rękę i pstryknął palcami. Po chwili podeszła do nich Erika - kelnerka obsługująca ten stolik.
- Co podać? - zapytała uprzejmym tonem, dziwnie uśmiechając się do Ethana.
- Mrożoną kawę, razy dwa, i duży deser truskawkowy.
Erika kiwała głową i notowała zamówienie, poczym odeszła.
- A ty? - odezwała się Marceline.
Ethan zaśmiał się pod nosem.
- Deser na spółkę, jeśli ci to nie przeszkadza.
Pokiwała głową uroczo zarumieniona.

Czekali na zamówienie około dziesięć minut. Rozmawiali na różne tematy, a Ethan mógł się nią zachwycać do woli. Marceline jest najpiękniejsza dziewczyną jaka w życiu widział.
- Oto państwa zamówienie - Erika położyła duży puchar lodów pomiędzy nimi i dwie wysokie szklanki z mrożoną kawa obok każdego z nich. Ethan kiwnął głową w podziękowaniu.
Po tym jak kelnerka odeszła Marceline sięgnęła po truskawkę i włożyła ją do słodkich ust.
- Mmmmm... - westchnęła i wzięła do ręki łyżeczkę i nabrała na nią trochę lodów.
- Cieszę się, że ci smakuje. - powiedział biorąc łyk kawy. Zimny, lekko gorzki smak rozszedł się po jego gardle.
Marceline z wesołą miną dziecka wcinała lody, więc Ethan dołączył do niej. Przed kilka minut jedli w 'delikatnie' niezręcznej ciszy.
- Nic ci się nie stało? - przerwał milczenie, nie mogąc go już więcej znieść.
Dziewczyna spojrzała na niego trochę zdziwiona.
- Słyszałem, że spadłaś z Sybil. - wyjaśnił.
Jej policzki przybrały odcień prześlicznego różu i całą jej nieśmiałość, która wcześniej zniknęła, wróciła.  Marceline spuściła głowę prawie niezauważalnie nią kiwając.
- A Evel? - wymsknęło mu się.
Jak na zawołanie zabrzęczał dzwonek na drzwiach i do środka weszła para. Blond dziewczyna z orzechowymi oczami trzymała pod ramię wysokiego bruneta.
Serce Ethana zabiło szybciej. Wściekłość zalała jego ciało. Jak on śmie tu przychodzić?! I to jeszcze z Michelle. Każdy w Hacjendzie wie, że Michelle Manuke podoba się Ethan. Evel wiedział, że przychodzi tu dziś z Marceline. Jego wróg zerknął na niego rozbawiony. Michelle podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem i zobaczyła Ethana. Podbiegła do niego i wepchnęła mu się na kolana.
- Ethan, skarbie! Co ty tu robisz?! - pisnęła mu do ucha. Skrzywił się i próbował zdjąć jej ręce ze swojego karku, ale na marne.
Marceline odwróciła wzrok, a w kawiarni lekko zawiało.
- Nie przyszłaś tu przypadkiem z Evelem? - zapytał, próbując ukryć zirytowanie.
Blondynka wzruszyła ramionami.
- A kogo on obchodzi? Ważne, że ty tu jesteś!
Zamknął oczy
Wdech
i wydech.
Otworzył oczy
Lekki powiew znów się ponowił.
Jego wzrok wylądował na Evel'u, który zamówił dwie szklanki whiskey.
- Patrz, Evel zamówił dla ciebie whiskey.
- Chcesz? - nie czekając na odpowiedź Ethana pobiegła do Williama i wyrwała mu szklankę, którą już przyłożył do ust. Jak na blondynkę przystało nie pomyślała o tym w wziąć nienaruszoną, stojącą obok.
Wróciła do Ethana i podała mu trunek. Odepchnął go ręką, ale ona przyłożyła mu szklankę do ust. Nie chcąc się oblać pociągnął kilka łyków.
Fuj... Evel... Jego usta dotykały tej szklanki.
Krew w jego żyłach przyspieszyła z wściekłości.
Evel uśmiechał się do niego bezczelnie znad szklani whiskey.
Michelle odłożyła szklankę i pocałunkiem zlizała resztki bursztynowego płynu z jego ust.
Rozległ się huk.
Szyby rozsypały się na kawałki.
Michelle poleciała na drugi koniec pomieszczenia.
A Marceline stała wstrząśnięta.
O...Ona to zrobiła?
Kiedy oprzytomniała i wybiegła z kawiarni do Ethana podszedł Evel.
- Dlatego właśnie, Lordly, nie umawiasz się z dziewczynami, którym okazałem chociaż cień zainteresowania.
I wyszedł z Iris, a chwile później rozległ się dźwięk odjeżdżającego motoru.

Ethan z wściekłością i szybciej bijącym sercem uderzył w stolik, robiąc w nim dziurę na wylot.
Nienawidził tego szybszego rytmu, tych oczu, które nawiedzały go w snach i na jawie i tego, że chciał niemożliwego. Nie z jego charakterem.

***
Marceline

- Panuje nad ogniem, rozmawia z końmi, błyskawicznie się uczy, posługuje się każdą bronią z precyzją najlepszych wojowników, jest jedną z najpiękniejszych dziewczyn w szkole, ma uzdolnienia artystyczne... To nie jest normalne! A teraz mi mówisz, że jeszcze nad powietrzem ma władze! - Marceline usłyszała krzyki Daniela, stojąc przed drzwiami ich gabinetu. Mężczyzna rzadko tracił panowanie nad sobą, ale jak juz krzyczał pół Hacjendy mogło go usłyszeć.
- Tak. I nie radzę tak krzyczeć. - odezwał się spokojnie Will - Marceline, wejdź. Nie ładnie tak podsłuchiwać.
Ze spuszczoną głową otworzyła drzwi, opuszkami palców muskając dziurkę od klucza. Rozległo się cicho kliknięcie, a ona weszła do środka.
Daniel patrzył na nią lekko osłupiały.
- Były zamknięte.
- Wiedziałem - powiedział Will, podciągając się na kanapie.
Spojrzała na nich zdziwiona.
- Zamknąłem drzwi od wewnątrz. Nie powinnaś móc tu wejść. - wytłumaczył Daniel. Jego czasami przerażający spokój powrócił.
- Ale weszłam, czyli... - szepnęła cicho Marceline.
- Otworzyłaś zamek. Bez klucza. Teoretycznie się włamałaś. Jak Hermesiątko.  - podsunął Will.
- Hermesiątko? - zapytała z cichym śmiechem.
- No tak. - zaczął tłumaczyć - Dziecko Hermesa - Hermesiątko. Nie którzy tak mówią. Hermesiątko Hadesiątko, Zeusiątko... Chyba ten blondyn od Apollina z którym się przyjaźnisz to wymyślił i się przyjęło. - wzruszył ramionami.
- Hermes, Posejdon, Zeus, Atena, Apollo, Ares, Afrodyta, Hefajstos - ni z tego ni z owego zaczął wymieniać Daniel. Gdy pozostała dwójka spojrzała na niego z zdziwieniem - Tych bogów masz cechy, Marceline. A jesteś córką Hekate. Ale może to przez to...
- Przez wszystkich obdarzona... - wyrecytował śpiewnie Will.
- Ale Ciemna Kobieta nazwała mnie córką Selene.
- Może przejdziemy do lekcji? Nic z tego nie wyniknie. - zaproponował w końcu Will. - Co jak co, ale Romea i Julię to ja chcę omawiać.
Daniel z westchnieniem przeszedł do lekcji.
Marceline coraz szybciej doganiała Willa w materiale, chociaż zaczynała prawie od zera, w między czasie okazało się, że jednak coś tam umie. Głównie znała się na zielarstwie i przyrodzie.
Ile ja mam w ogóle lat? - zadała sobie pytanie. To samo usłyszał Daniel, gdy szli do stołówki.
- Pewnie około siedemnastu. Tak jak Veronica, czy Nick. - odpowiedział.
- Albo Will... - dodała.
- Will ma dziewiętnaście.
Mareline przeniosła wzrok z Daniela na plecy Willa, który szedł przed nimi.

***
Will

Uśmiechnął się lekko na słowa Marceline. Ale po chwili z twarzy Willa znikło zadowolenie. Do jego uszy doszedł znienawidzony głos wołający Mar.
- Przepraszam, że tak wyszło wczoraj. W ramach rekompensaty, chciałabyś pójść ze mną do Alfy? - zapytał Lordly niemal błagalnym tonem.
Will prychnął i trochę przyspieszył kroku. Korciło go aby podsłuchać więcej, by znów zaciągnąć Michelle do Ethana, by im przeszkodziła, by Marceline zniechęciła się do Lordliego.
Marceline miała być jego i koniec. Mimo to nie wsłuchał się w ich rozmowę.
Ale głos Mar i tak do niego doszedł :
- Oczywiście.
Will nawet nie odwracając się wiedział, że uśmiecha się do Ethana miłym, niewinnym uśmiechem... Tak jak powinna uśmiechać się do niego...

***

Worek treningowy bujał sie coraz mocniej z każdym ciosem Willa. Ktoś (Daniel) powinien mu go trzymać, ale jego mentor gdzieś zniknął.
Nagle worek zatrzymał się, a zza niego wyłoniła się głowa Nicka.
- Kto wkurzył bezuczuciowego Williama Evel'a? = zapytał przyjaciel (tak przyjaźnił się z Nickiem) z głupim uśmiechem. Gdy Will nie odpowiedział jego uśmiech sie powiększył.
- Czyżby Lordly zaprosił piękną Marceline na druga randkę, po tym jak pierwszą im spaprałeś?
- Cicho. - syknął i głową wskazał na Mar, która pod okiem Daniela (który magicznie wrócił jak przestał mu być potrzebny) bawiła się małą kulką ognia. Jej perlisty śmiech rozbrzmiewał echem w całej sali.
- Czyli zgadłem - powiedział zadowolony, a potem dodał z roziskrzonymi oczami : - Wiesz, że czasem mam prorocze sny? Albo ukazujące czyjąś tajemnicę?
- Yhym...
- To słuchaj tego.

***

Will wpatrywał się w przyjaciela z buzią rozdziawioną ze zdziwienia.
- Serio? Ja? - zapytał z niedowierzaniem - Nie wierze, że nie ona. - wskazał kciukiem na Marceline.
- Y-y - Nick pokręcił głową jak dziecko - Ty
- Ktoś jeszcze wie? - Will uśmiechnął się złowieszczo.
- Verę i Mar zamierzam powiadomić. - odparł tonem policjanta.
- Może na razie zatrzymaj to dla siebie.
Nick również się uśmiechnął
- Znam ten uśmiech. Knujesz coś.

- A jak.
_________________
Oto siódmy rozdział!
Nareszcie go przepisałam! Calusieńki napisany w zeszycie. Ale w końcu przepisany. Byłby wcześniej, ale lenistwo zwyciężyło. Przepraszam.
Mam nadzieję, że się podoba. 
I Przepraszam za wszelkie błędy. 
Nie zanudzam 
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

sobota, 24 maja 2014

Rozdział VI

Rano Marceline wyszła z pokoju z lekturą od Daniela w ręku przyciśniętą do piersi. Stanęła przed drzwiami do sali z nazwiskiem Daniela Winsora i pociągnęła za klamkę, ale drzwi się nie ruszyły.
- Po prostu wiedziałem... - usłyszała za sobą szept. Z piskiem przerażenia odskoczyła.
- Will!
- Słucham? - zapytał z łobuzerskim uśmiechem. Po chwili uśmiech zszedł z jego ust - Miałem ci powiedzieć, że spotykamy się w stajni, ale, wiesz, coś mi umknęło - spojrzał na nią znaczącym wzrokiem, pod którego presją Marceline spuściła głowę, czując, że płoną jej policzki. - Chodź, włożysz książkę do gabinetu. - machnął dłonią i wyciągnął z kieszeni spodni klucz. Otworzył nim drzwi gestem ręki, jak książę z bajek jakie czytała ostatnio, zapraszając ja do środka. Wślizgnęła się zgarbiona z głową w ramionach do pokoju i odłożyła książkę na półkę.
- A i radziłbym ci polecieć do pokoju i się przebrać. W sukienkach nie jeździ się wygodnie.
Wtedy spojrzała na jego strój. Ciemne spodnie, lekko przylegające do ciała i koszula z podwiniętym rękawem.
Przeniosła wzrok na swoją sukienkę. Nie jeździła nigdy konno, ale wiedziała, że będzie jej w tym nie wygodnie.
- Ech... Chodź, a nie się gapisz. Veronica na pewno ci załatwiła jakieś spodnie. Jak nie to coś zabierzesz. Proste.
Na pewno nie jesteś synem Hermesa? spytała się w myślach, ale nie odważyła się tego powiedzieć. Pociągnął ją za rękę w stronę skrzydła żeńskiego.
- Hekate... Tu Afrodyta. O Julie ma niezamknięte drzwi. Ciekawe na kogo czeka... Hefajstos. Błe...  Iris. Za dużo tęczy. O, Hekate - gadał do siebie. Otworzył drzwi kluczem wyjętym jej z ręki. Wepchnął Marceline do środka i zaczął przetrząsać szuflady w szafach. W końcu rzucił w jej stronę ciemne wąskie spodnie i delikatną jasnobrzoskwiniową koszulę. Wskazał na parawan. Oblana rumieńcem spuściła głowę.
- Nie będę podglądał spokojnie. - powiedział przewracając oczami - Aż taki okropny nie jestem.
Odwrócił się i zasłonił dłonią oczy. Marceline pośpiesznie weszła za parawan. Chwilę siłowała się z zamkiem ale w końcu szybko i trochę niezdarnie zdjęła sukienkę i naciągnęła spodnie. Włożyła ręce w rękawy koszuli i ją zapięła. Wyszła zza parawanu i zastała Willa siedzącego na jej łóżku z szkicownikiem Veronici w rękach. Podniósł na nią wzrok. Odłożył szkicownik na stolik nocny i wstał.
- Czemu oglądałeś jej rysunki? - zapytała cicho. Chciała wypowiedzieć te słowa stanowczo z pretensją, ale nie potrafiła.
- Nudziłem się. - wzruszył ramionami.

Resztę drogi pokonali w ciszy. Daniel czekał na nich, jak zawsze ubrany w garnitur, oparty o wejście do stajni. Gdy zobaczył Marceline i Willa odepchnął sie od framugi i zaczął iść przed nimi prowadząc ich do siodlarni. Weszli do pomieszczenia, gdzie unosił się zapach skóry. Will głęboko wciągnął powietrze i z lekkim uśmiechem na twarzy wziął skórzane siodło i ogłowie. Wyszedł z siodlarni zostawiając ją samą, ale po chwili pojawił się znowu i wziął drugi zestaw. Kiwnął na nią głową, nakazując wyjście. Poszła za nim. Mijała boksy, a w nich konie różnych ras i maści. Na drzwiach każdego boksu była tabliczka z imieniem konia, datą jego urodzin i imionami rodziców.
Kątem oka zabaczyła, że siodło i ogłowie, które Will wziął wcześniej wisiały przerzucone przed drzwi do boksu dumnego, czarnego konia krwi angielskiej. Koń widząc jej spojrzenie prychnął i stuknął kopytem o siano.
- Pff! Myślałem, że dziewczyna Willa będzie umiała chociaż ogłowie założyć -usłyszała jakiś głos, ale nie wiedziała, kto był jego właścicielem.
- A tu takie chuchro - zawtórował mu inny.
- Ona nawet Sybil nie okiełzna.  - warknął jeszcze inny, poczym zaczął się śmiać. Kilkanaście kolejnych głosów dołączyło go niego.
Zatkała uszy i pobiegła do Willa. Akurat wieszał ogłowie przy boksie i wchodził z siodłem do środka. Nie zwróciła uwagi na konia. Widziała tylko, że był biały. Złapała Willa za rękę i spojrzała na niego błagalnie.
- Ucisz ich... Ucisz... - powtarzała coraz głośniej i głośniej.
- Nawet nie wie kim jesteśmy. - zaśmiał się jeden z głosów.
- To ona nas słyszy?!  - zdziwił się inny, przerywając salwę śmiechu.
-  Nie, ośle, tylko udaje, że słyszy jakieś głosy. - umilkł na chwilę - Jasne, że słyszy!
- Nie jestem osłem! -  zaprotestował.
-  Cicho! - syknął pierwszy z głosów jakie usłyszała -  Prince, Sun, nie kłócić się! Chcę się jeszcze pobawić tym, że nie wie co się dzieje"
- Oh! Wszyscy przestańcie! - jęknął damski głos - W szczególności ty, Damon! Dziewczyna przez was płacze!
Rzeczywiście. Marceline przytulała się do ramienia Willa i płakała, mocząc mu koszulę łzami. Chłopak zdawał się nie mieć nic przeciwko temu, by się do niego przytulała, ale nie wiedział co się dzieje. O jakich głosach mówiła Marceline? On nic nie słyszał.
- Sybil! Niszczysz zabawę! - odezwał się po chwili głos nazwany Damonem. Rozpoczął kłótnię. Głosy rozbrzmiewały w jej głowie jak burza.
Sybil?
Odsuneła się od Willa i spojrzała na tabliczkę z imieniem konia w którego boksie stali.
Wielkimi, ozdobnymi literami było napisane Sybil.
Sybil jest koniem...? Rozejrzała się po innych tabliczkach. Prince, Sun... Damon - przy boksie z siodłem i ogłowiem. Koń na którym będzie jeździł Will. Ale... Ale czemu ona je słyszała?
- Cicho... Proszę...  - bezsilna zsunęła się po drzwiach boksu Sybil - Proszę, uciszcie się... - zwróciła wzrok na konia Willa.
- Wow! Patrzcie! Błaga nas. - głos Damona wybił się nad pozostałe. Kłótnia ucichła - Taka mała, słaba... Nic mi nie zrobisz. Szczeniaka być nie okiełznała. A co dopiero konia czystej krwi angielskiej!
Jej spojrzenie skierowane na karego konia stało się błagalne.
William pochwycił jej wzrok.
- Ty... Ty ich słyszysz? - spytał z niedowierzaniem - Tylko dzieci Posejdona to potrafią.
Pokiwała głową.
- Daniel, do cholery! - wrzasnął. Konie automatycznie ucichły. Donośny głos chłopaka roznosił się po stajni. Z drugiego końca rzędów boksów wyszedł ich mentor otrzepując ręce i mankiety po szczotkowaniu konia. Najwyraźniej ich nie słyszał.
- Nie wiem jakim cudem, ale ona je słyszy. Siodło chyba jej założysz. - zwrócił się do Marceline wskazując na Sybil - Muszę się Damonem zająć.
I z tymi oto słowami przeszedł do boksu naprzeciwko.

Po półgodzinie konie były już gotowe do jazdy. Zostało tylko je osiodłać.
Daniel poszedł porozmawiać z dyrektorem Grizzedlem na temat tego, że Marceline słyszy rozmowy koni.
Damon na szczęście już się nie odzywał. Czasami słyszała jeszcze inne konie, ale tylko urywki, bo udało jej się ignorować te dźwięki.
Po wyczesaniu białej, błyszczącej grzywy Sybil, odłożyła szczotkę do koszyka i wzięła ogłowie z haczyka przy boksie i znów weszła do środka.
- Dasz radę? - usłyszała za sobą lekko kpiący głos. Will stał trzymając wodze Damona. Koń stał za nim i niecierpliwie stukał kopytem o beton.
-  Jasne, że nie. Nie bądź śmieszny. -  prychnął ogier. Will nie zareagował.
Marceline spuściła głowę i spróbowała zdjąć klaczy kantar. Will westchnął i zaprowadził Damona do boksu. Wziął siodło dla Sybil i zarzucił je na grzbiet klaczy. Jej udało się zdjąć kantar.
Klacz cały czas sałą cierpliwie i wyrozumiale, jakby wiedziała, że Marceline robi to po raz pierwszy.
Uniosła rękę z ogłowiem, zastanawiając się jak to założyć. Zerknęła na Damona po czym przełożyła pasek potyliczny przez uszy klaczy najdelikatniej jak mogła. Ułożyła wszystkie paski tak jak należało i zapięła paski policzkowe i nachrapnik na pysku klaczy.
- Te za mocno - szepnął Will tuż przy jej uchu. Odpiął paski policzkowe nadal stojąc bardzo blisko. Zacisnął dłoń w pięść i włożył ją między podgardle konia, a paski złapał pod nią
- Teraz zapnij. - nakazał cicho.
Wzięła paski policzkowe i, starając się unikać dotyku jego dłoni, zapięła. Will rozluźnił pięść i wyjął ją spod pasków.
- Tak to się robi. Inaczej jest za ciasno. Rozumiesz? - zapytał, stojąc juz w przyzwoitej odległości.
Pokiwała głową. Will wszedł z boksu Sybil i wyprowadził Damona ze stajni. Marceline poszła w jego ślady trzymając ogłowie za wodze.
Wprowadzili konie na wybieg i Will zaczął majstrować przy siodle. Gdy skończył i zobaczył, że Marceline nic nie robi podszedł do nich (zostawiając Damona samego) i zrobił coś z siodłem Sybil.
- Daniel powinien ci to tłumaczyć.
Jak na zawołanie Daniel wyszedł ze stajni prowadząc dużego konia wielkopolskiego. (Ras, maści, budowy konia, siodła i ogłowia akurat się nauczyła) Dołączył do nich na wybiegu i zręcznym ruchem wsiadł na konia. Will tak samo. Patrząc na ich ruchy włożyła lewą nogę w strzemię, jedną ręką złapała przedni łęk, a drugą tylni. Odbiła się prawą nogą od ziemi i szybko przerzuciła ją na drugą stronę.
- Oj to będzie ciekawy pokaz... Będzie się z czego śmiać.  - zadrwił Damon
- Damon! - skarciła go Sybil.
Konie prychały na siebie przez chwilę, a Marceline przyglądała się im z zaciekawianiem. Will na Damonie podjechał blisko niej i szepnął :
- Udają, że się nie cierpią. Na prawdę... hm... łączy ich coś więcej. Peter mi powiedział.
Cmoknął na Damona i koń poderwał się kłusem do przodu.
Mimo, że Marceline nigdy w życiu nie siedziała na koniu, doskonale wiedziała co robić. Delikatnie poruszyła biodrami do przodu nakazując klaczy, by się ruszyła. Nie mocno, ale stanowczo piętami ścisnęła jej boki. Cmoknęła i ponowiła ruch biodrami, tylko z większą siłą, chcąc zakłusować.
Usłyszała gwizd z dołu i spojrzała na Ethana opartego o płot, ale po chwili musiał się odsunąć, bo Will na Damonie przejechał bardzo blisko, galopem kurząc na wszystkie strony. Ethan odskoczył krztusząc się. Will pojechał dalej z triumfalnym uśmiechem na twarzy.
- Lordly, nie dołączysz?! - zapytał z drugiego końca wybiegu kpiącym głosem.
Syn Aresa prychnął, a Marceline spróbowała podjechać bliżej chłopaka, ale Sybil zaparła się kopytami i nie chciała iść dalej.
- Zwierzęta mnie nie lubią - skrzywił się Ethan.
- Oh... - szepnęła Marceline wycofując klacz.
- Biedny, Lordly... Własny gatunek cię nie kocha.  - powiedział z udawanym przejęciem Will.
- Jaka matka taki syn... Jak to się sprawdza w twoim przypadku... Ale, Marceline... - przybrał szelmowski ton - Chciałabyś tego wieczoru pójść ze mną do Iris?
Zarumieniona spuściła głowę. Czy Ethan naprawdę przed chwilą zaprosił ją do ulubionej kawiarni uczniów Hacjendy?
- Radzę się nie zgadzać. - szepnął Will jak zawsze pewnym siebie głosem, ale w jego oczach coś się zmieniło na wspomnienie o matce - On cię jeszcze zgwałci czy coś.
- Możemy pogadać bez niego?! - poddał się syn Aresa.
Zerknęła na Daniela. Galopował na wybiegu obok. Spojrzał na nią i lekko skinął głową.
Will odjechał dalej już nie zwracając uwagi na Marceline i Ethana. Dziewczyna zeszła z Sybil. Tylko nie mogła jej zostawić bez opieki... A w okolicy nie było nikogo kto by jej przypilnował.
- Poczekam. Ale się pospiesz. - powiedziała klacz.
Marceline schyliła głowę w podziękowaniu i pobiegła do Ethana. Odeszli kawałek, tak by Will nie mógłby im przeszkodzić.
- Więc się zgadzasz? - zapytał z nadzieją w ciemnoczekoladowych oczach.
Kiwnęła głową. Will przecież żartował. Nic jej nie groziło z Ethanem.
Chłopak uśmiechnął się zadowolony.
Z wybiegu dobiegło ich ciche rżenie.
- Wiesz... - zaczęła cicho - Muszę wracać...
- Dobrze. - skłonił się sięgając po jej dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek - Przyjdę po ciebie.
Dygnęła lekko z nieśmiałym uśmiechem.  Już miała zabrać rękę, gdy Ethan przyciągnął ją do siebie, przyciskając swoje usta do jej.
Nie wiedziała co robić, ale po chwili instynkt podpowiedział jak ma się zachować. Oddała pocałunek powtarzając po nim ruchy warg, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Dreszcze rozeszły jej się po całym ciele. Oczy zamknęły jej się automatycznie, a ręce powędrowały na jego kark.
Sybil znów zarżała.

Marceline odskoczyła od Ethana i ukłoniła się przepraszająco poczym pobiegła na wybieg, wciąż czując na ustach słodko-gorzki smak warg Ethana.
Z biegu wskoczyła na Sybil i popędziła ją od razu do galopu. Klacz przestraszyła się takich gwałtownych ruchów, zarżała ze strachu i stanęła dęba.
Marceline pisnęła, spadając i przywołała ogień. Co było głupie, w końcu ogień tylko niszczy, prawda? Nie mógł jej w żaden sposób pomóc.

I ten nikomu nie potrzebny ogień rozprzestrzenił się dalej niż Marcelie chciała. Po kilkunastu sekundach do jej uszu dobiegły krzyki osób znajdujących się w Hacjendzie.

***
Kilka dni później...

Jechała juz kilka godzin. Tępo wpatrywała sie w krajobraz za oknem. W jej uszach grała muzyka. Poruszała ustami, jakby śpiewała, ale z jej gardła nie wydobywał się żaden dźwięk.
Udało jej się wkraść do jakiegoś autobusu, który zabierał jakąś wycieczkę z hotelu w którym spędziła tę noc. Nie wiedziała, gdzie jadą. Ważne by jak najdalej od Hacjendy.
Hacjenda...
Ogień...
Ogień, który spalił całą Hacjendę.
I to ona go wywołała. Ona sprawiła, że cała Hacjenda stanęła w ogniu, a każdy kto był w środku i okolicach spłonął razem z nią. To wszystko jej wina.
Autobus zatrzymał się gwałtownie, przerywając falę wspomnień. Poleciała na oparcie siedzenia przed nią. Rozległy się krzyki kobiet. Ktoś coś zawołał z zewnątrz, ale nie zrozumiała słów.
Otworzyły się drzwi i do środka wszedł wysoki, czarnowłosy mężczyzna. Napad? I tak nie miała przy sobie nic wartościowego. Tylko koszulę i spodnie, w których jeździła w dzień pożaru, tanią MP3 i słuchawki, kupione już po wyjeździe i szczotkę do włosów. Ostatnie pieniądze wydała na pokój w hotelu.
Napastnik sprawdzał wszystkie kobiety w autobusie. Przestała zwracać na nich uwagę. Jak będzie coś robić znowu coś spali. A nie chciała juz używać ognia. Do czegokolwiek.
W pewnej chwili ktoś szarpnął ją za ramię i poderwał w górę. Spojrzała prosto w niebieskie oczy Williama Evela.
- Zostaw mnie! - pisnęła, próbując się wyrwać. MP3 wraz ze słuchawkami upadły na podłogę. Will schylił się po nie i włożył do kieszeni dżinsów.
 Prychnął i pociągnął ją w stronę wyjścia. Nikt nie reagował na to, że jakiś facet siłą wyciąga szarpiącą się, bezbronna dziewczynę. Patrzyli na Willa z przerażeniem. Czarne roztrzepane włosy, płonące z zawziętości oczy, zaciśnięta szczęka, Wyglądał jak wojownik na polu bitwy, który zabijał bez przeszkód w obronie tego na czym mu zależało. I nim był.
Wyciągnął ją z autobusu, pozwalając przerażonym ludziom jechać dalej.
Stanęli na poboczu drogi. Will wyglądał jakby miał ją uderzyć i była pewna, że zaraz poczuje piekący ból po uderzeniu. Podszedł bliżej i objął. Po chwili odsunął trochę i ustami przywarł do jej.
Nigdy nie całowała Willa, bo niby czemu? Całowała tylko Ethana...
Było zupełnie inaczej niż z synem Aresa... Odważyła się nawet powiedzieć, że lepiej. Ale Ethan...
Jego imię rozbrzmiało w jej głowie jak dzwon.
Veronica - kolejny dzwon w głowie
Nick - jeszcze jeden
Jeremy - dzwon nadal nie ucichnął
Daniel - dzwon nadal bije
Oni wszyscy jak i setni innych osób zginęło w pożarze, który ona wywołała. Will jest jedynym ocalałym.
Pokręciła głową a z jej oczu popłynęły łzy i mimo woli przytuliła się do Willa. Jedynej znajomej osoby z jaką spotkała się w ciągu ostatnich dni... Chłopak wziął ją na ręce, ucałował w czoło i zaczął gdzieś iść. Ukołysana rytmem jego kroków i jego zapachem Marceline zasnęła...
____________________
KA BUM!!! (Rico style xD)
Dobra... niestety ale to raczej koniec. Wena powoli odpuszcza, a w głowie ciągle siedzi mi coś innego, a kac książkowy, który odzywa się coraz częściej nie daje mi pisać. Nie wiem jak pociągnąć dalej tą historię mimo, że jeszcze parę dni temu miałam genialny pomysł. No cóż... Tak to jest. Przykro mi, że kończę już po 6 rozdziałach. Bez wyjaśnienia skąd Mar na takie moce, co będzie z Willem i Ethanem, kim są Jasna i Ciemna Kobieta. Niestety, ale widzimy się tu raczej ostatni raz. Chyba, że Apollo będzie taki dobry i odda mi wenę. 
No jak...
Więc Po raz ostatni 
Nie zanudzam
Laciata <3
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Dobra żartuję xD Oto ciąg dalszy :

***
Podniosła się z krzykiem przerażenia i rozejrzała dookoła.

Była na wybiegu. Will siedział obok niej, a Damon i Sybil skubali trawę kilkanaście metrów dalej.
- Księżniczka się obudziła? - zakpił Will wstając i otrzepując spodnie - To wracamy do jazdy. Zostało nam tylko 10 minut.
Marceline jeszcze raz się rozejrzała szukając wzrokiem spalonych ruin Hacjendy. Widząc ją Will dodał :
- Spaliłaś tylko kawałek trawy.
Wstała i oblizała usta... czując na nich smak mięty...
Pocałunek Willa. To też był sen? Hacjenda nie spłonęła, więc i to też musiał być sen. Ale był taki realistyczny.
Uniosła rękę do ust, a Will uśmiechnął się asymetrycznie.
- Po tym jak spadłaś z Sybil straciłaś przytomność i nie oddychałaś. Jedyne co mogłem zrobić to usta-usta.
Wsiadł na Damona, a ona, cała czerwona, na Sybil.
- Will czy Ethan? - zapytał Damon, ale Marceline nie była pewna  czy pytanie było skierowane do niej, czy do Sybil.
Tak czy siak nie zamierzała odpowiadać. Przecież nie całowała Willa. On ją... nie wiedziała jak określić sposób w jaki jej pomógł. Ale we śnie... ten pocałunek był...
- Will - odpowiedziała Sybil.


Tyle, że Marceline nie wiedziała czy się z nią zgadza...
__________________
Oto szósty rozdział. 
Wybaczcie mi to poprzednie wtrącenie, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać. :D
Jest to chyba najdłuższy rozdział jaki kiedykolwiek napisałam.  :)
I pomyślałam, że może następny rozdział zabierałby perspektywę i Willa i Ethana? Co Wy na to?
Mam nadzieję, że się Wam podoba 
I oczywiście przepraszam za błędy :)
Nie po raz ostatni
Nie zanudzam 
Laciata <3

Jeśli czytasz to skomentuj!!!

niedziela, 11 maja 2014

Rozdział V

- Marceline!

Potrząsnęła głową wybudzając się. Will siedział na jej łóżku, a kartka na kolanach była spalona.
- Co... Co się stało? - szepnęła. Znowu nie zapanowała nad ogniem?
- Nic oprócz tego, że sfajczyłaś sobie pościel i nawet ładny rysunek. Szczerze mówiąc dałbym cię do Hefajstosa gdyby nie to, że jesteś śliczna. Dzieci Hefajstosa nie są ładne... - zaczął gadać do siebie. Zignorowała go i wstała z łóżka. Pościel była w kilku miejscach nadpalona. Poderwała się z miejsca i stanęła na środku pokoju, rozglądając się. Nic nie płonęło. Ani nie wyglądało na spalone. Wszystko było nienaruszone.

Musi porozmawiać to tym z Danielem. Ale czemu myślała, że cały pokój płonął? Widziała to wyraźnie. Wszystko stanęło w ogniu.

 Will wstał i zaczął do niej iść dziwnym posuwistym krokiem. Jego spodnie zaczęły się zmieniać w czarną, błyszczącą spódnicę, koszula w gorset. Czarne włosy się wydłużyły i obtoczyła go mgła. Oczy zmieniły kolor na czarny... całe zaszły czernią. Rysy twarzy zmieniły sie na kobiece, a jasna skóra przybrała ciemniejszy odcień. Ciemna Kobieta ze snu... Wszystkie meble zaczęły płonąć... Pokój był połączeniem pomarańczowych płomieni i ciemności emanującej od kobiety.
- Dobrze ci idzie, Marceline... Niedługo spalisz całą tą obskurną budę. Najlepiej ze wszystkimi tu obecnymi. - powiedziała ręką przesuwając po płomieniach jakby były najdelikatniejszymi rzeczami na ziemi i były bardzo bliskie jej sercu.
- Nie lubię ognia. Mimo, że niszczy. Jest ciepły... Ale ten... Masz talent, Marceline. Co do tego daru to Hefajstos się postarał. Ciekawa jestem dalszych efektów...
O czym ta kobieta mówi? Dar? Z czym Hefajstos się postarał?
- Och... - westchnęła z udawanym przejęciem i skierowała swoje czarne oczy na Marceline - Czyli nie wiesz? To nie będę ci psuć zabawy. A i radzę ci się trzymać z dala od tego syna Zeusa. Jego ojciec nie jest raczej zadowolony. Dobra widzę, że moja córka skończyła swoje zadanie... Żegnaj Marceline, córko Selene.
- Sel... - zaczęła, ale bogini już zniknęła, a płomienie razem z nią.
Stała i patrzyła się na miejsce gdzie zniknęła kobieta. Nadal ktoś tam stał. Tylko, że to był Will. W palcach obracał różę, z wazonu Veronici.

- Już się ocknęłaś? - zapytał odkładając kwiat. Kiedy pokiwała głową dodał : - To idziemy do dyrektora.
Podszedł do niej i złapał za rękę. Bez słowa zaczął ją ciągnąć.
- Uwierz mam wiele innych ciekawszych rzeczy do roboty niż targanie cię do Grizzeld'a, więc się pospiesz. - szarpnął ją.
Weszli do gabinetu dyrektora.
- Williamie! Nie ciągnij jej! - zawołał na wstępie dyrektor - Co się stało, moja droga?
Opowiedziała mu o ogniu i o Ciemniej kobiecie. I o tym, że nazwała ja córką Selene.
- Selene nie miała dzieci, ale...
- Ale był mit o kobiecie nazywanej córką Selene, przez to, że została umieszczona jako gwiazdozbiór. - dokończył Will - Bogowie się zebrali i stworzyli kobietę według nich idealną. Każdy obdarzył ją jakąś mocą.
Ale nie mówił tego jakby to była szkolna formułka. Mówił to z jadem i sarkazmem. Jakby to wszystko przed chwilą wymyślił.
- Właśnie. Rose, moja droga, możesz pójść do biblioteki i poszukać w dziale mitów książki, w której mógłby się znaleźć podobny mit? - poprosił nimfę-sekretarkę. Ta skłoniła się i wyleciała z gabinetu. - Na razie was odprawię. Jak cos znajdziemy to przyślę kogoś po ciebie, Marceline.

Wyszli z gabinetu. Will bez pożegnania pobiegł gdzieś. Z westchnieniem ruszyła w stronę pokoju. W drzwiach od razu powitała ją siostra.
- Mar, gdzie ty byłaś?!
- U dyrektora... - powiedziała i powtórzyła jej historię z halucynacją.
- No to mamy problem... Ruszałaś mój szkicownik? - spytała Veronica siadając na biurku - Był tu jakiś chłopak? Męskimi perfumami mi jedzie... - pomachała sobie dłonią przed nosem.
- Will tu był... - szepnęła cicho. Fakt, że Will do niej przyszedł był co najmniej zawstydzający. Oczywiście musiała ze szczegółami opowiedzieć siostrze po co tu był.
- Nie wieżę, że to mówię, ale... Droga Marceline... - zacięła sie na chwilę - jakaś tam, nazwisko nie ważne, muszę ci przekazać bardzo ważną wiadomość, bo byś się sama chyba nie domyśliła, ale... Wielki Ethan Lordly i Arcypodły... ekhem - chrząknęła - Arcypopularny i rozchwytywany William Evel się w tobie zabujali.
Marceline patrzyła się na nią jakby właśnie jej oznajmiła, że Hefajstos jest przystojny i Afrodyta go kocha.
- No może z Willem przesadziłam, ale Ethan na pewno. To wiiiiidać - przeciągnęła i zerknęła na zegarek. - Ups już osiemnasta. Jeremy będzie chciał mnie zabrać na wycieczkę do Tartaru jak znów się spóźnię. Lecę. - pobiegła do drzwi. W progu jeszcze się cofnęła. -  Aaaaa... Miałam ci załatwić telefon. Leży w szufladzie w stoliku nocnym.

Marceline westchnęła. Wcale nie prosiła się o telefon. To Nick i Veronica się uparli. Sięgnęła po kartkę i ołówek. Zaczęła rysować.
Veronica wróciła po jakiś dwóch godzinach.
Po długich rozmowach w końcu obie poszły spać.

Stoję w nieznanym mi pomieszczeniu, ale nie jestem tu sama. Przy łożu z baldachimem siedzi kobieta. Ma długie, proste, czarne włosy. Nie widzę jej twarzy. Jest ubrana w połyskujący na srebrno chiton. Jej blade, smukłe ramiona wstrząsa szloch. Płacze. Na łożu leży mężczyzna. Przystojny mężczyzna. Kobieta trzyma w rękach jego bezwładna dłoń, na którą spadają jej łzy.
- Czemu...? Nie mogę nikomu powiedzieć o niej. Zeus mnie strąci do Tartaru jak się dowie, że ją uwolniłam - powtarza - Tylko tobie mogę się zwierzyć, ukochany...  Oh, czemu Zeus musiał cię uśpić? Czemu podobała ci się Hera? Nawet Helios nie może się dowiedzieć...
O czym ona mówi?
Kobieta podnosi głowę i ją rozpoznaję. Jasna Kobieta z mojego snu.
Postępuję krok do przodu. Mój obcas stuka o podłogę przyciągając jej uwagę.
Kobieta odwraca się do mnie. Mimo płaczu nie ma zaczerwienionych oczu. Ma tylko mokre policzki. Wpatruje się we mnie z zdziwieniem i... przerażeniem. Podrywa się z łóżka.
- Co tu robisz?! Jeszcze ktoś tu wejdzie. Ty nie powinnaś chodzić po ziemi. A tym bardziej po Olimpie! Jeszcze jakiś bóg cię zobaczy! - krzyczy odganiając mnie rękoma.
Cofam się lekko przestraszona.
- Ech... Przepraszam. Hekate pewno i tak niedługo zauważy... Dziwne, że Zeus i Ares jeszcze nie zauważyli. Zeus. Ares jest zbyt... hm...? niepojęty. W końcu syn Zeusa ciągle sie przy tobie kręci. Oby nie zauważył... Słuchaj, Marceline. Postaraj się opanować swoje moce. Jeśli stracisz nad nimi panowanie... - przerywa - Będzie źle. Opanuj je. Ten syn Ateny powinien ci pomóc. Ale ten syn Aresa... - wzdycha i ponosi oczy w górę ku sufitowi na którym wymalowane są gwiazdy - Czemu nikt nie pomyślał o charakterze... Dobra musisz stąd znikać.

Obraz zaczyna się rozmywać.

- Czekaj! Powiedz mi kim...

Blask światła. A potem ciemność


- Jesteś... - dokończyła gwałtownie się podnosząc na łóżku. Na szczęście nie obudziła Veronici. Znów przyłożyła głowę do poduszki, mimo, że wiedziała, że długo będzie się wpatrywać w ścianę nim zaśnie.
______________
Oto piąty rozdział.
Okay jest Will Transwestyta (jak to pięknie określiła Luna xD), jest Jasna Kobieta, jest Ciemna Kobieta to rozdział też jest.
Mam małe wrażenie, że ten rozdział jest dziwny i taki z lekka nijaki, ale mam nadzieję, że się Wam podoba i przepraszam za wszelkie błędy.
Nie zanudzam
Laciata <3
Jeśli cztasz to skomentuj!!!

niedziela, 4 maja 2014

Rozdział IV

Minęło kilka dni. Angielski szedł Marceline coraz lepiej. Tak samo inne przedmioty. Will jakoś pohamował swoje... zachowanie. Ethan nadal się do niej, jak to określiła Veronica, zalecał. Koszmar o Jasnej i Ciemnej kobiecie nadal ją nawiedzał. 

Chwilę temu skończyła trening z Danielem. Will poszedł do aqua-parku. Marceline skierowała się do pokoju, ale w drzwiach zderzyła się z Veronicą, ubraną w strój kąpielowy. 
- Przepraszam - szepnęła ustępując siostrze miejsca.
- Oo... Właśnie cię szukałam. Idziemy na basen. Wybierasz się z nami.
Już chciała zaprzeczyć, ale ona dodała :
- To nie było pytanie.
Marceline westchnęła i weszła do pokoju wymijając przyjaciółkę. Wygrzebała z szuflady w szafie strój kąpielowy i trzymając go w ręku poszła za parawan.

Kiedy już się przebrała, poszły z siostrą do aqua-parku. Wiele osób się chlapało w średniogłębokim basenie, kilku nurkowało, lub robiło sobie zawody w wstrzymywaniu oddechu w najgłębszym. Do zjeżdżalni ciągnęły się kolejki.  Przy barku czekał na nich Nick i Jeremy. Kątem oka Marceline zauważyła jeszcze Ethana jak wychodził z basenu. Kropelki wody błyszczały na jego ramionach, klatce piersiowej, która była bardzo dokładnie wyrzeźbiona, nic nie było za bardzo umięśnione. Odgarnął włosy z twarzy i zauważył Marceline, która teraz sobie uświadomiła, że jednak na niego nie zerka, tylko otwarcie się na niego gapi. Mimo to nie odwróciła wzroku.
- Mar? Halo... - wyrwał ją z zagapienia głos Nicka.
- Mar? - spytała jednocześnie z Veronicą.
- Bo Marceline jest za długie. Mar jest krótsze! - usprawiedliwił się. Dziewczyna z westchnieniem znów spojrzała na Ethana. Stał na krawędzi basenu szukając czegoś wzrokiem. Za nim podkradał się jakiś chłopak. Był niski, chudy, a na nosie miał okulary w grubych, kwadratowych pastelowo błękitnych oprawkach. Jasne włosy opadały mu na kark. Jego mina świadczyła, że bał się to zrobić, ale i tak wepchnął syna Aresa do wody tak, że kropelki wody spadły też na Marceline.
- Czyli to albo Lordly jest tak gruby, że woda poleciała na nas, albo Ollie taki silny... - zasugerował Nick opierając się jednym łokciem o blat.

Zignorowała go i znów spojrzała na Ethana. Lubiła na niego patrzeć. Już nie pierwszy raz przyłapała się na tym, że się mu przygląda. Chłopak wciągnął Olliego do basenu i przytrzymał pod wodą trochę za długo by to mogła być zabawa. W końcu puścił chłopaka. Ten zwiał jak szybko mógł. Dołączył do grupki dzieciaków w jego wieku. Zakręcił butelką i grupa kontynuowała zabawę. Ethan położył się na plecach na wodzie z westchnieniem irytacji. Podpłynęła do niego ta dziewczyna która kilka dni temu zaczepiła ja jak szła do pokoju. Uśmiechała się do niego zalotnie i jeździła palcem po jego ramionach i klatce piersiowej.

Zdenerwowana z niewiadomych przyczyn odwróciła głowę. Wściekłość była... gorąca. Zrobiło jej się za ciepło mimo, że do pasa była zanurzona w chłodnej wodzie. Wzięła do ręki kubek gdzie miała nalany jakiś gazowany napój. Muszę się uspokoić... nakazała sobie. Spokój...
Ale nawet to nie pomagało. Nadal była zła. I nadal robiło jej się coraz cieplej. Jakby coś wrzało... Jak woda w czajniku pod wpływem ciepła.
- Eee... Mar... - zaczął nieśmiało Nick. Spojrzała na niego ze złością - Wiesz tak trochę się... hmm...? Gotujesz?

Rzeczywiście woda wokół niej wrzała. Odskoczyła z piskiem. Ale woda wrzała nadal, tylko że teraz na większym obszarze i nadal się rozrastało. Uczniowie powychodzili z basenu. Marceline też chciała ale nie mogła się ruszyć. Gorąca woda nie pozwoliła jej się ruszyć. Złość przeszła w mgnieniu oka, ale wody nie mogła powstrzymać. Wiedziała, że to jej sprawka, ale nie potrafiła tego opanować.
W pewnym momencie ktoś złapał ją i wyciągnął z wody. Posadził ją na kafelkach. Nogi miała całe poparzone.

- Z tobą to same problemy... - usłyszała za sobą. Stał tam oczywiście Will. Uśmiechnął się asymetrycznie, zmierzwił jej włosy i poszedł.
Podbiegł Ethan.
- Nic ci nie jest?
Pokręciła głową. Nie mówił nic tylko wziął ją na ręce i zaczął nieść w stronę części szkolnej, gdzie mieścił się gabinet pielęgniarki. Otworzył drzwi łopatką drzwi do pielęgniarki. Natalie - nimfa pielęgniarka w Hacjendzie spojrzała na nich dziwne.
- Wiesz, Ethan... Nie codziennie przychodzi do mnie chłopak z dziewczyną w stroju kąpielowym na rękach... Co się stało?
Marceline zaniemówiła. Nimfa miała rację. Ethan w samych spodenkach kąpielowych niósł ją na rękach. A ona miała na sobie tylko strój kąpielowy, więc była prawie naga.
- Dobra nie ważne... Posadź ją tu Ethan, bo widzę, że Księżniczka się nie odezwie. Trzeba obejrzeć te nogi...

Ethan posadził ja na leżance. Nimfa zaczęła opatrywać jej nogi. Nasmarowała najbardziej poparzone miejsca jakąś mazią, która lekko ukoiła ból i zabandażowała je. Gdy ból trochę przeminął, opatulona w ręcznik, wróciła do swojego pokoju.

Zdjąwszy strój i ubrała zwiewna miętową sukienkę w małe kwiaty z paskiem w tali i krótszym przodem spódnicy, a dłuższym tyłem. Z ciekawości podeszła do biurka Veronici. Wiedziała, że siostra lubi i potrafi rysować, ale nigdy nie widziała jej dzieł. Wzięła szkicownik do ręki i zaczęła przeglądać kartki. Niektóre rysunki przedstawiały Jeremiego, w różnych pozycjach i minach. Na kilku się śmiał. W ciągu tych kilku dni nie widziała, by się śmiał. Ale miała tylko kilka okazji by sie z nim widzieć. Nie zawsze spędzał z nimi czas wolny. Był jeden rysunek Nicka. Kilka martwej natury i kilkanaście krajobrazów. Były naprawdę piękne. Veronica niezaprzeczalnie miała talent.

Usłyszała skrzypienie drzwi i do pokoju ktoś wszedł.
- Nie ładnie dotykać nie swoich rzeczy. Nie wiedziałaś, Marceline?
- Will! - zawołała przestraszona. Odłożyła szkicownik siostry i odwróciła się, trzymając rękę na sercu.
- Tak? - zapytał z szelmowskim uśmiechem. Na jej policzki wpłynął rumieniec. Nie wiedziała czemu, ale ten chłopak ją... Jego uroda, zachowanie... Po prostu wprawiało ją w zakłopotanie.
- Co tu robisz? Nie wolno ci wchodzić do żeńskiej części. - powiedziała cicho i spuściła głowę.
- Może i nie wolno... Ale... Wiesz... Jak ja tego nie cierpię! - warknął sam do siebie - Chciałem... Cię... Wiesz...

Marceline odwróciła sie do biurka. Cokolwiek usiłuje jej powiedzieć jest pewno z przymusu. Nie trudziłby się by fatygować się do części żeńskiej, do niej. Wyrwała ze szkicownika niezarysowaną kartkę, a z szuflady wyjęła ołówek i gumkę do mazania. Chciała sama spróbować swoich sił w rysowaniu. Na lekcjach o sztuce jeszcze nie rysowała. Daniel powiedział, że na to przyjdzie czas. Nie usiadła przy biurku tylko wzięła jedną z książek z twardą okładką z biblioteczki stojącej prawie obok Willa, ale w tej chwili jakoś o nim zapomniała. Usiadła na swoim łóżku i ostrożnie zgięła nogi kładąc na nich książkę. Układając kartkę zaczęła rysować.
- Marceline... - głos Willa oderwał ją od zafascynowania rysowaniem. Polubiła ta czynność. Ruchy ołówka na kartce, chichy szmer jaki wydawał. Podniosła głowę. W jego głosie brzmiała skrucha, ale jego oczy wyrażały coś innego. Były rozpalone i jakby spragnione... Znów spuściła głowę na rysunek. Przedstawiał delikatną różę w szklanym wazonie pomiędzy kilkoma podwiędłymi narcyzami.

- Powiem to i będę miał z głowy... - westchnął - Bo dręczy mnie to od dawna! - dodał pospiesznie. Przerwał. W końcu po kilku sekundach dokończył - Przepraszam za moje zachowanie wtedy... No wiesz... Przy basenie... Te kilka dni temu.
Pokiwała szybko głową. Nie chciała sobie tego przypominać. Wtedy nie zapanowała nad mocami. Tak jak dziś...
- Dobrze... A teraz... możesz już... - nie chciała być niegrzeczna, ale nie chciała go już w tym pokoju. Nie powinien tu być.
- Tak, tak, tak... Chociaż nie często dziewczyny wyganiają mnie z pokoju. Zwykle chcą bym został... - ostatnie zdanie szepnął przy jej uchu. Nie wiedziała, kiedy się przy niej znalazł. To była chwila.
Musnął ustami jej policzek i wyszedł.
Znów zrobiło jej się gorąco. Bardzo. W uszach słyszała trzask... Ognia... Przed jej oczami stanęły płomienie. Kartka zajęła się ogniem. Wszystko zajęło się ogniem. Przed oczami widziała tylko jego języki.

- Marceline!!! - usłyszała jeszcze zanim ogień ogarnął wszystko zostawiając czerń przed jej oczami. 
________________
Oto jest czwarty rozdział.
Mam nadzieję, że się podoba.
Nie mogłam już się zdobyć na sprawdzenie go, więc przepraszam za wszelkie błędy :)
Nie zanudzam 
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!